Właśnie usiadł, skończywszy kolejny nerwowy spacer po koronie drzewa, gdy drzwi hotelu
nagle się otworzyły. Zaszeleścił zmieniający pozycję snajper. Rozległ się masowy szczęk
odbezpieczanych pistoletów i karabinów. Wszyscy czekali.
Tyle że nie było na co.
- Coś ty tam narobił, Loki? - szepnął, uśmiechając się, Michał.
Widok pędzącego na złamanie karku Anubisa w mig rozwiał wszystkie jego troski. Dobył
miecza. Pozostali aniołowie trwali w bezruchu. Nie, żeby mieli na to ochotę, wiedzieli jednak,
że wódz nie życzy sobie, by przeszkadzać mu w polowaniu. Na jego zwierzynę.
Wzbił się w powietrze, przez chwilę frunął nad szakalogłowym, po czym wyprzedził go i
opadł na ziemię.
- Dokąd to? - zapytał.
Anubis wydawał się zaskoczony.
- Przecież pozwoliłeś mi odejść - zaskomlał.
- Doprawdy? - Wzniesiony ognisty miecz zapłonął jaśniejszym blaskiem. - Więc jak to
możliwe, że nie pamiętam?
Nie czekając na odpowiedź, doskoczył do szakalogłowego i wbił mu ostrze prosto w
rozchylony pysk. Zaskwierczało.
Archanioł od razu poczuł się lepiej.
* * *
Vincent powoli odzyskiwał przytomność, czy też - o czym był przekonany - budził się z
dziwnego snu. Bo czy na jawie mógł stanąć przed sądem Anubisa? Czy mógłby wyciągnąć
sobie serce i iść, trzymając je w ręce? Niedorzeczność.
Ktoś podawał mu rękę, ktoś, kogo twarzy nie był w stanie dojrzeć z powodu światła
padającego zza jego głowy. Skorzystał z pomocy i po chwili stał na nogach… by za chwilę omal
nie upaść z powrotem.
- Edward? - zapytał. - Przecież ty nie żyjesz!
Książę Anglii wzruszył ramionami.
- Też mi się tak wydawało - odparł. - Ale musieli chybić.
- Jak to chybić?! Przestrzelili ci czaszkę! Na wylot! Cholera, Edward, teraz nie masz nawet
zadrapania. Jak to możliwe, że wstałeś z martwych?
Na dźwięk imienia księcia jakiś mężczyzna stojący przy grupie zakładników odwrócił się
raptownie.
- Książę Edward? - krzyknął. Oddał trzymane dziecko opiekunce i podbiegł do chłopców,
po drodze przyczesując siwe włosy. - Jak się cieszę, że żyjesz! Z całego serca wierzyłem, że nic
ci się nie stało.
Brytyjski następca tronu popatrzył na niego ze zdziwieniem, po czym wyciągnął rękę.
- Pan się nazywa…
- Stevenson. Samuel Stevenson. Scotland Yard.
- Panie Stevenson - książę wyprostował się - dziękuję za pańską wiarę i wszystko, co zrobił
pan dla Korony. Nie będzie to panu zapomniane.
* * *
Te dwa dni wolnego naprawdę się Stevensonowi należały. Właściwie należało mu się ich
dużo więcej, ale swoim zwyczajem odmówił skorzystania z dłuższego urlopu. Tym razem nikt
nie nalegał. W końcu Stevenson był bohaterem. Na dodatek mądrym, bo niewspominającym w
raporcie o klaunach, wężach czy egipskich bogach.
Zerknął na stojącą przy stoliku walizkę, potem na zegarek i zamówił jeszcze jedną kawę.
- Pan Stevenson? - zapytał ktoś za jego plecami. Negocjator odwrócił się. Przed nim stał
długowłosy, brodaty blondyn w hawajskiej koszuli i krótkich spodenkach z wielkimi
kieszeniami.
- A kto pyta? - zapytał.
- Nazywam się Liarfather. Agent Loki Liarfather.
Oczy siwego mężczyzny rozszerzyły się na moment.
- Nikt taki nie istnieje - powiedział po chwili. - Sprawdzałem, pytałem…
Loki zajął miejsce przy stoliku.
- I nikt nie przyznał się panu, że wykorzystano pana do przetestowania prototypowego
wynalazku wartego miliony dolarów i to na dodatek bez pańskiej wiedzy? - udał zdziwienie. - A
to zaskakujące!
Stevenson wzruszył ramionami.
- Skoro to takie tajne, to w takim razie, co pan tu robi? Czyżby ryzykował pan życie, żeby
mi się ujawnić? Jak w “Archiwum X”?
Podeszła kelnerka, postawiła na stoliku zamówioną kawę i wyczekująco spojrzała na
Kłamcę.
- Poproszę jakiegoś drinka z parasolką. Obojętnie jakiego.
Przyglądał się jej przez chwilę, jak odchodzi, kręcąc pupą. Wiedział już, co będzie robił w
nocy.
- Pytałem, czy… - negocjator wyrwał go z miłych planów.
- Wiem, o co pan pytał - odparł Loki, nie przestając śledzić wzrokiem kelnerkę. -
Odpowiedź brzmi nie. Oczywiście jestem tu na polecenie moich przełożonych, których
zaniepokoił jeden szczegół w pańskim raporcie.
Powoli przeniósł spojrzenie na Stevensona. Sięgnął do pojemniczka z wykałaczkami.
Wydobył jedną i włożył do ust.
- Wspomniał pan, że karmiono pana jabłkami pochodzącymi podobno z kosza, który ich
rzekomy bóg ukradł innym bogom.
- Nic podobnego! - Negocjator niemal krzyknął oburzony. - Napisałem o próbie otrucia
funkcjonariusza na służbie. Proszę wrócić do archiwum Scotland Yardu i przeczytać dokładniej.
- Tak, czytałem bardzo dokładnie. Mam jednak na myśli ten poprzedni raport, który dał pan
niszczarce na pożarcie.
- Ja wiem, że brzmi to niedorzecznie - zaczął cicho Stevenson, ale Loki pokręcił głową.
- To wcale nie brzmi niedorzecznie. A moje pytanie brzmi: czy powiedzieli, jakim bogom?
CLEANER
Gdzieś na Śląsku
Polska
Robert Majnicki nie był satanistą. Prawda, nosił pentagram, czytał Czarną Biblię i pluł na
widok krzyża, ale to wszystko raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. Choć
właściwie był jeden powód skrzętnie ukrywany przed resztą bractwa. Za wszelką cenę starał się
ukryć, że na pierwsze spotkanie pchnęła go jedynie obietnica, iż będzie tam goła Strońska z IV
b. Miał wtedy piętnaście lat i szansa na obmacanie najbardziej zajebistej laski w całej tej
zapadłej dziurze, była dla niego największym darem, jaki mógł dostać. Skorzystał… i tak już
zostało.
Przez dwa lata, jakie minęły od tamtej pory, piwnicę u “Magusa” Kolińskiego, gdzie się
spotykali, nawiedziły jeszcze tabuny innych dziewczyn, może nie tak zgrabnych jak Strońska,
ale z pewnością dużo bardziej ochoczych i zaangażowanych w sprawę. Ideały towarzyszące
powstaniu bractwa powoli wietrzały, by stać się w końcu resztkami zatartych symboli na
ścianie, spranymi czarnymi bluzami i skrzętnie ukrywanym przed rodzicami Magusa zestawem
rytualnym. Nie było źle. Aż do wczoraj… Westchnął raz jeszcze i zerknął na wystawę księgarni,
choć mógłby przysiąc, że stercząc tu ponad pół godziny, zdążył się już nauczyć tytułów
wszystkich leżących tam pozycji.
Zegar na wieży ratusza wybił szóstą i jak na zawołanie po drugiej stronie szyby opadła
pancerna roleta, zamiast książek pokazując Robertowi jego własne zmizerowane odbicie:
podkrążone oczy na bladej, wychudzonej twarzy, poskręcane w strąki, ufarbowane na czarno
włosy, lekko odstające uszy. Opuścił głowę, udając przed samym sobą, że sięga po wciśniętą w
przednią kieszeń dżinsów sfatygowaną paczkę papierosów.
Gdy ponownie zerknął na wystawę, obok jego własnego odbicia pojawiło się drugie,
niemal identyczne. Koleś taki sam jak Robert kilka lat temu, gdy stał przed wyborem -
coniedzielne msze i słuchanie banałów grubasa z ambony albo czarny kościół i goła Strońska.
Cóż, sprawa była oczywista…
Majnicki odwrócił się i skinął młodemu głową. Ten odpowiedział tym samym, po czym
ruszyli wzdłuż ulicy. Dwa dni wcześniej pewnie przywitaliby się normalnie, jak przystało na
dobrych kumpli, pogadaliby o panienkach i poszli na pizzę do “Alberta”. Ale tak było, zanim