Выбрать главу

Magus znalazł tę pierdoloną książkę… Teraz nic już nie będzie takie samo.

* * *

Dom Kolińskich zupełnie nie pasował do okolicy. Właściwie to ciężko byłoby znaleźć

współcześnie jakiekolwiek miejsce, gdzie ten piętrowy budyneczek z wielką werandą i

spadzistym, stylizowanym na drewniany dachem mógłby się wkomponować, nie dziwiąc.

Chyba tylko w westernach. Bowiem właśnie z Dzikiego Zachodu blisko sto lat wcześniej

przybył Zbig Kolinsky, przywożąc podobno kilka worków złota. Ledwie postawił ten dom,

poszedł na wojnę, gdzie zginął od pruskiej kuli. A budynek trwał. Przetrzymał obie wojny,

Stalina, Gierka i Solidarność i wyglądało na to, że przetrwa jeszcze wiele. Podobnie jak

Kolińscy.

Robert wszedł pewnym krokiem na werandę i zadzwonił do drzwi. Drugi chłopak stanął

nieco z tyłu jak cień.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Majnicki pomyślał nawet, że spotkanie zostało

odwołane, gdy wtem otworzył im ubrany w czarną togę Magus.

Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. Cały zarost na jego głowie

ograniczał się do zabarwionej na czarno koziej bródki. Wyglądał jak prawdziwy mag. Jak

wkurzony, prawdziwy mag.

- Mówiłem, że starych nie ma i macie wchodzić bez pukania - powiedział, poprawiając

okulary. - Jest jeszcze mnóstwo do przygotowania.

Nie czekając, odwrócił się na pięcie i wszedł do środka. Robert dostrzegł wahanie w oczach

młodego. Rozumiał go. Sam też, nawet po tych kilku latach, nie czuł się tu ani trochę u siebie.

- Chcesz zobaczyć? - zapytał jednak.

- No - nowy pospiesznie kiwnął głową.

Piwnica jak zwykle śmierdziała potem, kadzidełkami, spermą i dymem. Majnicki z resztą

chłopaków niejednokrotnie zastanawiali się, jak, pomimo tego zaduchu, udaje się utrzymać

wszystko w tajemnicy przed rodzicami Magusa. Musieli tu przecież czasem schodzić.

Ale z drugiej strony, niby po co? Stary Magusa nie trzymał tu wina, a matka kartofli. Nie

licząc rozstawionych teraz na ziemi pięciu świec, po jednej nad każdym wierzchołkiem

rozrysowanego na posadzce pentagramu, czterech betonowych filarów w każdym rogu, małej

mównicy ze stojącą na niej świecą i koźlą czaszką, no i, rzecz jasna, drewnianych schodów, nic

w środku nie było. I raczej nie bywało.

- Nie jesteście potrzebni. Chłopaki są na górze. Idźcie do nich - powiedział Magus. Sam

podszedł do mównicy i położył na niej księgę. Otworzył z namaszczeniem, delikatnie odwrócił

kilka stron. Robert i jego kumpel spojrzeli po sobie. Młodszy chłopak pierwszy odważył się

odezwać.

- A czy są tam jakieś laski? - zapytał. Nie była to jednak odwaga, raczej hormony.

Magus powoli uniósł głowę. Robert pamiętał, że jeszcze kilka miesięcy… co tam, kilka dni

temu jego głos niewiele miał w sobie z poważnego i arcymądrego przywódcy. Brzmiał raczej

jak szept dojrzewającego dzieciaka, któremu po wielu trudach udało się znaleźć miejsce, skąd

będzie mógł podglądać dziewczyny pod prysznicem. Ale teraz przemówił jak jakiś

popieprzony, nawiedzony prorok.

- Głupcze, czy nie pojmujesz, co właśnie dzieje się na twych oczach?! Oto po latach udało

mi się odnaleźć drogę Magii, która pozwoli kształtować cały świat podług naszej woli. Nie

podołał król Salomon ani John Dee, nie udało się mistrzowi Crowleyowi. Ale oni nie szukali

tam, gdzie powinni, byli bowiem, jak ty, zapatrzeni w drobne przyjemności doczesności, stali

się więźniami swej chuci, która nie pozwalała im odkryć prawdziwej drogi. Jest nią zaś ten,

który upadł, by odrodzić się na ziemi. On to wraz ze śmiercią spłodził nadzieję, by wszyscy mu

wierni nie ustawali w poszukiwaniach. Dał też początek demonom, ażeby służyły jego

wyznawcom. Ci będą mogli sprawiać, by ich wola stała się prawem. Zmienią oblicze świata,

uczynią, co dotąd niewyobrażalne… Co się tak gapisz, kretynie? Rob, zabierz go stąd, kurwa,

bo mu zaraz przyjebię w tę tępą gębę.

Robert skinął głową i chwycił młodego pod ramię. Dochodziła dwudziesta druga.

* * *

Majnicki wiedział, że Koliński ma odloty. Może nie takie jak teraz, ale zdarzały się…

kurczę, mniej więcej co pół roku. Jak wariatom albo geniuszom.

Młody chciał wyjść i choć Robert dobrze to rozumiał, jednak włączył mu się instynkt

bractwa. Przetłumaczył młodemu na schodach, że nie pyta się Magusa o takie rzeczy.

- Trochę szacunku, a nie pożałujesz. Wczoraj mówił, że kto wie, czy sama Pamela

Anderson nie będzie cię błagać, byś dał jej swojego małego… - szepnął.

- Ja? - zdziwił się nowy. I łyknął.

Teraz siedzieli w sześcioosobowym kręgu na podłodze w salonie. Wyglądali niemal tak

samo, różnili się jedynie niewiele znaczącymi szczegółami, jak aparat korekcyjny na zębach,

okulary, liczba pryszczy czy wielki nos. Teraz do ich cech wspólnych należałoby dołączyć

jeszcze skupienie i rozmarzenie na twarzach. Bo jak już Magus coś powiedział…

- Pieprzysz, Beniu! Pamela Anderson to pewnie była tylko przenośnia - powiedział ten z

aparatem, wysłuchawszy rewelacji młodego. - No wiecie, metafora…

Wszyscy pozostali jak na zawołanie spróbowali sobie wyobrazić przywódcę mówiącego

coś w przenośni. Niemal równocześnie pokręcili głowami. Jeśli istniało coś takiego jak prosty

język, to właśnie Magus był jego apostołem. Satanista z aparatem nie dawał jednak za wygraną.

- No bo nie wiem, co jest w tej książce, ale raczej nie sądzę, by po przeczytaniu jakiegoś

tam zdania pojawiła się tu Pamela, żeby dać nam dupy.

- Nie nam, żadne nam - obruszył się Benio. Nie miał chęci dzielić się blond pięknością. -

Rob to sam słyszał, niech powie.

- No - rzucił niechętnie Majnicki i szybko zmienił temat. - A poza tym nie pamiętasz, co

Magus zrobił z tą od polskiego, jak rzucił klątwę? On ma moc, a w tobie nie ma wiary, bracie.

- Zgadza się - dodał pospiesznie okularnik. Był mniej więcej w wieku Roberta. Jego zbyt

równa grzywka i kilka przedzierających się spod niej blond włosków demaskowały nałożoną

perukę. - A niewiara winna być karana.

Majnicki pokiwał głową.

- Też myślę, że może się udać - powiedział poważnie. Miał nadzieję, że jeśli przekona

chłopaków, to może i samego siebie. - Wcześniej nie robiliśmy niczego tak wielkiego, ale

wtedy nie było też księgi. Magus wyglądał, jakby był o krok od odkrycia czegoś wielkiego.

Może nie od razu Pameli…

Wybuchli śmiechem.

- Ta to rzeczywiście ma wielkie - wychrypiał Wrona. Nazywali go tak z powodu długiego i

spiczastego nosa przypominającego nieco dziób. Pozostali potwierdzili jego słowa zgodnym

rechotem. Tylko Benio nie podzielał ogólnego rozbawienia.

- Nie rozumiem, dlaczego nie Pamela - burczał pod nosem - przecież…

Zegar wybił północ. Wszedł Magus.

- Idziemy, panowie - powiedział, pozwalając sobie na ledwo zauważalny uśmiech. - Czas

zaczynać.

* * *

Coś się rzeczywiście zmieniło. Pięciu braci stojących za wierzchołkami pentagramu co

chwilę zerkało. Robert stał obok Magusa, ściskając nerwowo czarną świecę, z twarzą skrytą w

mroku czarnego kaptura…

Coś się zmieniło.

Niby wystrój piwnicy był identyczny jak przy każdych modłach czy klątwach, niby

porządek taki sam, ale…

Zaczęło się, gdy Magus zaczął czytać fragment księgi. Z początku jego wykonanie

staroaramejskej pieśni brzmiało, jakby dostał ataku kaszlu, ale już po chwili słowa stały się