Выбрать главу

wyraźniejsze, a improwizowana melodia dźwięczniejsza. Wtedy też płomienie świec zmieniły

kolor. Najpierw stały się czerwone, potem część przybrała odcień pomarańczowy, inne biały, aż

w końcu wszystkie zapłonęły nierealnym, bezbarwnym blaskiem. Drobinki kredy, którą był

nakreślony pentagram, uniosły się niczym kurz poderwany wiatrem, po czym opadły, tworząc

na posadzce wzór zwarty jak namalowany farbą. Wnętrze piekielnej gwiazdy zapłonęło.

- Magus… - wyszeptał Robert. Chyba po raz pierwszy w życiu był naprawdę przerażony. -

Magus! - powtórzył głośniej.

Tamten nie reagował. Pieśń zawładnęła nim całkowicie. Z każdym wyższym dźwiękiem

unosiła mu brwi i włoski na karku. Z każdym niższym zmuszała do pochylenia głowy i

przymknięcia oczu. Ogień we wnętrzu pentagramu wzbił się ku sufitowi, barwiąc go czernią

sadzy.

Śpiewający wzniósł ręce i rozpoczął ostatnią strofę. Powietrze wokół zadrżało. I wtedy

właśnie wewnątrz kręgu stanął demon. Wyłonił się z ognia, ukazując najpierw swój rogaty łeb,

a zaraz potem tułów i obfite kobiece piersi. Jego nogi pozostały ukryte w płomieniu, przez co

wyglądał niczym rzeźba na dziobie dawnego żaglowca.

Magus umilkł. Wtedy w piwnicy na chwilę zaległa cisza i bezruch. Czas zdawał się stać w

miejscu, zastygły nawet krople potu na twarzach chłopaków.

Aż demon ryknął. Jego potężny łeb poderwał się w niekontrolowanym spazmie, wielkie

czerwone oczy rozszerzył ból i przerażenie, a między piersiami wykwitł i zaraz zniknął język

ognia. W miejscu gdzie rozbłysnął płomień, pojawiła się potężna dziura. Demon raz jeszcze

zaryczał rozpaczliwie, po czym poleciał do przodu. Gdy jego łeb znalazł się nad linią

pentagramu, eksplodował nagle, a z nim i reszta bestii. Wnętrze gwiazdy zasnuł dym.

Koliński pierwszy wyrwał się z odrętwienia. I znikło całe jego nawiedzenie.

- Chodu! - krzyknął, ale było już za późno.

Z dymu wyszła skrzydlata postać z ognistym mieczem w dłoni. Nie zważała na pentagram,

bez obawy przekroczyła linię mającą odgradzać światy. Pomieszczenie wypełniła jasność. Nie

blask, przed którym należy mrużyć oczy, ale jasność, ciepła i dobra. W tym świetle nawet twarz

przybysza, pełna starych blizn i z tatuażem w kształcie płomienia wokół lewego oka, wydawała

się dobrotliwa. Jego uśmiech przestawał wyglądać cynicznie, a trzy pary osmolonych skrzydeł

zaczynały lśnić. I tylko głos, głęboki i sykliwy, odbierał resztki nadziei.

- Witam, panowie - powiedziała postać, nie kryjąc złośliwości. - Dziś porozmawiamy o

potępieniu.

* * *

- Co tu się stało? - zapytał Loki, stając w progu piwnicy.

Siedzący na przewróconej ambonce Gabriel nawet na niego nie spojrzał. Wzruszył tylko

ramionami.

- Michał dał się ponieść emocjom.

Loki zszedł powoli po śliskich od krwi stopniach i podniósł dłoń leżącą w kałuży wosku.

Przytaknął z uznaniem.

- I on to wszystko sam? Z emocji? Nie ma co, wrażliwy typ…

Gabriel przejechał dłonią po włosach.

- Ścigał jakiegoś demona ze swojej listy - wyjaśnił. - Nie pamiętam imienia, ale to był

któryś z L.E.G.I.O.N.-u. Chyba jakiś od pożądania albo… nieważne. Walczył z nim i nagle

bestia zaczęła mu znikać. W ostatniej chwili złapał się jej kurczowo. Przeniosło go tutaj. Te

dzieciaki robiły jakiś rytuał i…

- Przyzwały archanioła? - zaśmiał się Loki. - Niezłe. Pewnie miały niespodziankę.

Gabriel ponownie wzruszył ramionami.

- Jak widać.

Loki podszedł do miejsca, gdzie widać było jeszcze resztki kredy. Poślinił palec i dotknął

linii. Niewielka iskra skoczyła ku jego ręce. Kłamca syknął i dmuchnął kilka razy na oparzony

kciuk. Wstał, sięgając do kieszeni po wykałaczkę.

- Nie rozumiem tylko, dlaczego nie ma tu Michała - powiedział, wkładając zaostrzony

patyczek do ust. - I co my tu właściwie robimy?

- Michał ma swoją listę i krucjatę. Nie może jej przerwać z byle powodu. A co do mnie,

to… Czekałem tu na ciebie. Z zadaniem.

- Jeśli powiesz to, o czym myślę… - zaczął Loki.

- Dobrze myślisz - przerwał mu Gabriel. - Chcę, żebyś tu posprzątał.

Kłamca jeszcze raz rozejrzał się po piwnicy.

- Są co najmniej trzy powody, dla których nie powinienem brać tej roboty - powiedział. -

Po pierwsze, z całą pewnością jestem uczulony na detergenty. Jeszcze nie byłem u lekarza, ale

na pewno tak jest. Po drugie, nie wywiązałem się jeszcze z ostatniego zlecenia od Michała. I po

trzecie… chyba mi się nie chce.

- Znaczy, nie zrobisz tego? - zapytał zdumiony archanioł. - To chcesz powiedzieć?

W oczach Lokiego pojawił się dobrze już znany Gabrielowi błysk chciwości.

- Daję ci tylko do zrozumienia, że będziesz potrzebował co najmniej czterech solidnych

argumentów, by mnie przekonać.

- Ilu?! Odbiło ci?

- Komuś na pewno - odgryzł się Kłamca, szturchając nogą przypalony korpus z dziurą

zamiast serca. - Ale na twoim miejscu nie upierałbym się, że chodzi o mnie.

Gabriel machnął ręką zrezygnowany.

- Zgoda, dostaniesz cztery pióra. Masz jakiś pomysł?

- Dopiero w tej chwili przekonałeś mnie, że warto w ogóle myśleć - odparł Loki. Rozejrzał

się. - Gdzie są właściciele domu?

- Podobno na kilkudniowym wyjeździe - wyjaśnił archanioł. - Tylko wtedy ci tutaj bawili

się w te swoje czarne msze.

- A czy ktokolwiek słyszał, co się tu wydarzyło?

Gabriel pokręcił głową.

- Mało prawdopodobne. Ludzie tędy nie chodzą. Stary domek na odludziu, cisza, spokój i

szanowana rodzina. Nie ma czego szukać.

Kłamca stał przez chwilę, w zamyśleniu żując wykałaczkę. Jego umysł pracował na

najwyższych obrotach, odrzucając coraz to nowe koncepcje.

- Może zamieszamy w to jakiegoś psychopatę - podpowiedział archanioł. - Wielu jest

takich, co to twierdzą, że działają z polecenia diabła. Jeszcze konkurencję wmieszamy.

- Dobrze kombinujesz - pochwalił Loki. - Ale sprawy z diabłem też podchodzą pod obsesje

religijne. Potem jest gadka, że owszem, zadziałał diabeł, ale gdzie był wtedy Bóg i jego

aniołowie? Lepiej sprawić, żeby ludzie pozrzucali winę na siebie nawzajem, a nam, znaczy

wam, dali spokój.

- Chyba masz rację - zgodził się Gabriel, lekko czerwieniejąc na twarzy. - Palnąłem.

- Bywa. Psychopata to nie taki głupi pomysł, ale trzeba też wiedzieć, jak go wykorzystać.

Potrzebujemy odrobinki szalonej finezji, coś w stylu krwi jednej z ofiar i w miarę czystej

ściany. Na przykład tamtej.

Ruszył w kierunku muru najdalszego od pentagramu i najbardziej skrytego w cieniu. Gdy

doszedł, wypluł wykałaczkę i uniósł głowę. Stojący za jego plecami archanioł nie widział

twarzy, ale był pewien, że Loki się uśmiecha.

- Co takiego odkryłeś? - zapytał.

Kłamca tylko pokręcił głową.

- Wydaje mi się, że żaden psychopata nie będzie nam potrzebny. - Spojrzał na Gabriela.

Tak, anioł śmierci nie pomylił się. Na twarzy Lokiego rzeczywiście gościł uśmiech. Bóg fałszu

wskazał palcem kilka leżących wokół fragmentów zwłok. - Pobaw się w puzzle. Ja będę za

jakieś pół godziny.

* * *

Gdy Loki wrócił z wielką torbą na ramieniu, Gabriel kończył właśnie składać Magusa.

Pozostali leżeli już dopasowani, na ile to było możliwe. Tu i ówdzie brakowało jakiegoś

kawałka albo wręcz całej kończyny. W jednym przypadku dłoń wtopiła się w udo, w innym