przedramię zespoliło z klatką piersiową, przywodząc na myśl manipulację genetyczną
szalonego naukowca bądź pozostałość po pożarze w gabinecie figur woskowych. Archanioł
pokręcił głową z rezygnacją.
- Nie wygląda to przekonująco.
- A właśnie, że jest idealnie - zaprzeczył Kłamca, otwierając torbę. Wyciągnął z niej garść
nadpalonych szmat, które jeszcze niedawno były koszulkami, spodniami, bielizną. Rzucił nimi
w Gabriela. - Ubierz w to, co się da. Jakieś większe kawałki nóg, korpusy i tak dalej. Potem
wynieś trzech koło drzwi wejściowych. Który to gospodarz?
Archanioł przyglądał się przez chwilę zwłokom, po czym niepewnie wskazał na resztki
Magusa. Loki skinął głową.
- Więc niech będzie wśród tych trzech. Jednego wsadź na kibel, jednego tu przy schodach.
Pozostali do salonu na kanapę. I daj tam też parę szklanek i ciasteczka. Niech się chłopcy
rozerwą.
- A co ty będziesz robił? - zapytał nieco zdezorientowany Gabriel. Kłamca raz jeszcze
sięgnął do torby i wyciągnął klucz francuski.
- Sodomę i Gomorę, przyjacielu.
* * *
Staszek Wołoryński, przez kumpli zwany Stanem, miał właśnie swoje erotyczne pięć minut.
Długie miesiące zajęło mu namówienie na ten wypad Kingi, sąsiadki z naprzeciwka, która
według plotek rżnęła się już z każdym, prócz Stana właśnie. Potem obiecał przez dwa miesiące
pomagać ojcu w warsztacie w zamian za samochód na jedną noc, a matce myć gary, jeśli da
stówę. Dużo wyrzeczeń kosztowała go ta sprawa. Teraz jednak, czując drobną dłoń Kingi
zaciśniętą na swym kutasie, stwierdził, że było warto. Jęknął.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ścisnęła trochę mocniej, a potem wsadziła głowę między jego
nogi… I wtedy właśnie nastąpił wybuch.
Przez chwilę oślepiony i ogłuszony Stan nie wiedział, co jest grane. Potem pojawiła się
myśl, że to pewnie boska kara i właśnie nie żyje. Spanikowany odepchnął od siebie równie
oszołomioną dziewczynę i wyskoczył z forda. Dopiero wtedy dostrzegł łunę za wzgórzem.
Biegiem wrócił do samochodu.
- Pali się chałupa Kolińskich! - wrzasnął i odpalił silnik. Ruszył w stronę miasteczka.
* * *
- No dobra - usiłował zrozumieć Gabriel. Jechali właśnie czarnym BMW autostradą na
Kraków, daleko za sobą zostawiwszy maleńkie miasteczko z płonącym kowbojskim domkiem. -
Ale ciągle nie wiem, dlaczego właśnie w tym domu wybuch gazu nie powinien wzbudzać
podejrzeń.
- Toż właśnie ci tłumaczę. Swego czasu wszyscy tu czerpali gaz koksowniczy. Miał on to
do siebie, że sam uszczelniał rury smolistymi substancjami. Ale potem okazało się, że nie jest to
substancja szczególnie bezpieczna czy dobrze pachnąca, nieważne. Grunt, że wymienili to
wszystko na gaz ziemny, który prócz wszystkich swych zalet miał jedną poważną wadę. Był,
nazwijmy to, suchy i wykruszał wszystko, co tamten uszczelnił. Oczywiście w wielu miejscach
wraz z wymianą gazu wymieniono też całą instalację, ale takie stare domy jak owa hacjenda
chyba by tego nie przeżyły. Wyciek był więc tylko kwestią czasu. Tak przynajmniej twierdził
ten facet od gazu.
Archanioł pokręcił głową z uznaniem.
- Sprytne, ale nie obawiasz się, że ten gazownik pokojarzy fakty?
- A myślisz, że dlaczego wyszliśmy tylnym wyjściem?
- Coś ty mu zrobił? - Archanioł tak gwałtownie odwrócił się ku Kłamcy, że o mało nie
stracił panowania nad kierownicą.
- Zawiadomiłem o wycieku. - Loki wzruszył ramionami. - I poczekałem z wybuchem, aż
gość się zbliży. Czy to podchodzi pod nieumyślne?
- Jesteś potworem!
- Tak - zgodził się Kłamca. Sięgnął pod siedzenie i wyciągnął nadpaloną księgę. - I to
sprytnym. Jak myślisz, ile da mi Michał za, powiedzmy, jakąś połowę jego listy?
* * *
Aniołom dobrze było w czerni. Loki krążył wokół zakapturzonych skrzydlatych postaci i z
uśmiechem przyglądał się goszczącemu na ich twarzach speszeniu. W końcu Gabriel nie
wytrzymał.
- Jesteś pewien, że to zgodnie z zasadami?
Kłamca nie zdążył odpowiedzieć. Za jego plecami rozległ się tubalny głos archanioła
Michała.
- A myślisz, Gabrielu, że ta wojna wciąż jeszcze ma jakieś zasady? Uważam, że pomysł
Lokiego jest wręcz genialny.
- Cieszę się - odparł bóg fałszu z uśmiechem. - Ale ten komplement nie zbije ceny.
Głową wskazał wyrysowaną na posadzce pięcioramienną gwiazdę.
- Czas zająć miejsca - powiedział i ruszył w stronę ambonki.
Coś się zmieniło. Pięć stojących za wierzchołkami pentagramu aniołów spoglądało
niepewnie na boki. Michał z twarzą skrytą w mroku czarnego kaptura zajął pozycję obok
Lokiego, ściskając w dłoni płonący miecz…
Po chwili w kręgu pojawił się demon. Jego zamknięte oczy i wysunięty lubieżnie język
mówiły wyraźnie, jaką przyjemność czerpał z przyzwania. Trwał tak w całości już
zmaterializowany, a jego rogaty łeb kiwał się w ekstazie.
Loki krytycznie obejrzał rycinę w księdze.
- Niepodobny wcale - stwierdził. - To ten?
Archanioł skinął głową i ruszył w stronę demona. Ten, słysząc głosy, otworzył oczy… i
zamarł. Ostatnim jego widokiem była pozbawiona wyrazu twarz wodza zastępów Michała.
Kłamca wykonał ołówkiem haczyk w rogu strony i raz jeszcze przewertował księgę.
- Działamy dalej, chłopaki - powiedział z uśmiechem. - Czeka nas jeszcze mnóstwo pracy.
PRZEPOWIEDNIA
Przeddzień
w Los Angeles
Loki podniósł karty i westchnął w duchu. Zupełnie nie szło mu tego wieczora. Powiódł
wzrokiem po gładkich twarzach pozostałych graczy. A miało być tak pięknie! W końcu anioły
nie potrafią blefować. Z ich oczu zwykle czytał jak z otwartych ksiąg. Nie może być nic
prostszego - myślał - niż ograć anioła w pokera i na parę piór.
Dopiero po pół godziny spostrzegł, że przeoczył mały szczegół - oni czytają w myślach.
Zanim nauczył się blokować swój umysł, minęło następne trzydzieści minut, a potem po
prostu miał pecha. Tak się przynajmniej łudził, licząc, że fart wróci.
- To jak, Loki? - zapytał zniecierpliwiony Araazel. - Grasz czy nie? Pamiętaj, że niektórzy z
nas mają pracę.
- Ty to nazywasz pracą? - prychnął Kłamca. - Leży sobie twój podopieczny w szpitalu i
zasysa kroplówy. Jedyne, co mu grozi, to nagły wzwód i tym samym niedokrwienie mózgu. A
wtedy przynajmniej odetchną pielęgniarki. Wiesz, ile one mają już siniaków na tyłkach od jego
szczypania?
- A ty skąd to wiesz? - zaciekawił się siedzący po lewej Mirael.
Loki rzucił mu pełne pogardy spojrzenie.
- Bo to normalne dla tych, co nie mają braków w aparaturze, skrzydlaty - odparł. Przeniósł
wzrok na milczącego dotąd Kerrousa. Biedak chyba nie bawił się najlepiej tego wieczora. - Jak
tam stawki?
Anioł wzruszył ramionami. Myślami był gdzie indziej. Aż dziw, że wygrał niemal
wszystkie kolejki.
- Jest tak - wyjaśnił szybko Mirael - że właśnie rozdanie temu przegrałeś swój ostatni
samochód, a teraz Kerri postawił wszystko, co dziś zdobył, i dwa pióra. Ja wszedłem, Araazel
spasował. Wchodzisz?
Loki sięgnął do kieszeni po pudełko wykałaczek. Włożył jedną z nich do ust.
- Głupia sprawa - powiedział, uśmiechając się przymilnie - ale nieszczególnie mam już z
czym.
- A gdybyś miał z czym, to wszedłbyś? - zapytał Kerrous. Jego głowa nie opierała się już na