Выбрать главу

łokciu, a oczy nagle zapłonęły ognikami nadziei.

- Co ci się zrodziło pod tą blond grzywką, cwaniaczku? - Nordycki bóg spojrzał nań

podejrzliwie. Anioł niepewnie poruszył skrzydłami.

- Powiedzmy, że jak przegrasz, przejmiesz za mnie robotę. Na jeden dzień. Z całą

odpowiedzialnością przed górą - zaproponował.

Araazel pokręcił z dezaprobatą głową i położył rękę na ramieniu towarzysza.

- Kerri, nie szalej. Wiesz, że jemu nie wolno. On może tylko w sytuacji, gdy…

- Gdy dostanie polecenie z góry lub gdy pojawia się problem z siłami mitycznymi -

dokończył Kerrous. - To jest taka właśnie sytuacja.

Loki uśmiechnął się na myśl o ewentualnej pracy. Zaczynał już trochę gnuśnieć w tym Los

Angeles. A siedzenia tu bez grosza w ogóle sobie nie wyobrażał.

- Słucham cię uważnie - powiedział. Anioł odchrząknął.

- Rzecz w tym, że nie tak dawno udałem się z kumplami do Mojr. Wiesz, tych z Grecji,

prządek czy jak je tam zwą…

- Parki - podpowiedział Mirael.

- Właśnie. Poszliśmy do nich tak dla zabawy. Mieliśmy trochę wolnego, jakiś tydzień

rozejmu czy Zwierzchności wiedzą co jeszcze. A Grecja to piękny kraj…

Loki skinął głową.

- Byłem tam. Do rzeczy.

- One przepowiedziały mi - Kerrous skrzywił się - że moja podopieczna zginie w tym

tygodniu. Dokładniej mówiąc, jutro i to przed obiadem.

- Na Trony i Zwierzchności - westchnął Araazel. - Teraz rozumiem twój nastrój.

Poklepał go po ramieniu.

- Przykro mi, stary - wyszeptał, a Mirael zrobił minę pełną zarazem współczucia i radości,

że padło na kogoś innego.

- Tak, tak, mnie też przykro - rzucił niecierpliwie Loki. - Czyli moją stawką jest teraz

ewentualne stróżowanie przez jeden dzień przy jakiejś ofierze losu?

- Tak właśnie - zgodził się Kerrous. - Ale skuteczne stróżowanie.

- Niech będzie. Wchodzę i wymieniam dwie karty.

- Tak po prostu? - nie dowierzał anioł.

Kłamca wzruszył ramionami.

- A nad czym tu się głowić? Zwłaszcza że i tak wygram to rozdanie. Ktoś jeszcze dobiera?

- Podbijam - powiedział Araazel, ale pod wzrokiem Lokiego skapitulował. - Ale

właściwie…

Bóg fałszu uśmiechnął się do swojej karety. Tym razem poszło dobrze. Choć może i szkoda

tej roboty. Zapowiadała się nieźle…

- Sprawdzam - powiedział i zanim pozostali zdążyli zaprotestować, dorzucił: - i zastawiam

to, co mam na sobie.

Poranek

gdzieś w Teksasie

- Mamusiu! - Mały Johny raz jeszcze szarpnął śpiącą matkę. Rosie otworzyła zaspane oczy.

- Co jest? - zapytała.

Chłopiec patrzył na nią z konspiracyjną miną.

- Znowu przyszedł ten pan. Siedzi na ławce naprzeciwko i gapi się w nasze okna.

Kobieta usiadła i przetarła powieki.

- Jaki pan?

Johny zamyślił się, po czym wyrecytował z pamięci:

- Ten skurwiony wielbiciel psich tyłków i właściciel najmniejszego fiutka w całym

pieprzonym stanie.

- Komornik przyszedł? - skojarzyła własne słowa. - Znowu?

- Tak, mamo - potwierdził chłopiec. - Pukał, ale bałem się otworzyć. Zostawił to w

drzwiach i poszedł.

Podał matce kopertę z kilkoma urzędowymi pieczęciami. Rosie wzięła ją do ręki, przez

chwilę zastanawiała się, czy może jednak nie rozkleić, po czym sięgnęła do szuflady komódki

stojącej przy łóżku i wrzuciła list na stosik podobnych nigdy nieotwieranych kopert.

- Tak sobie myślę - Johny zmarszczył swój pięcioletni nosek - że jak tata wróci, to mu się

dobierze do dupy, prawda, mamo?

- Pewnie tak, kochanie - potwierdziła, wstając. Nie miała sumienia tłumaczyć dziecku, że to

właśnie przez jego kochanego tatusia znajdowali się w takiej sytuacji. Do dziś nie potrafiła

zrozumieć, gdzie miała rozum, kiedy postanowiła zamieszkać z tym facetem. Ale jak zawsze

mawiała jej matka pełna swych pijackich mądrości: Ładne dziewczyny są jak wybory

prezydenckie. Nieustanna walka między republikańską głową a demokratyczną dupą.

- Jest coś w lodówce? - zapytała, sięgając po wiszący na krześle szlafrok. Ścisnęła pasek i

spięła włosy.

Chłopiec biegiem opuścił pokój.

- Jest jeszcze trochę sałatki - zawołał już z kuchni. - Tej od pana, co przyszedł z kwiatami.

Jakiś kawałek sera i dwa pomidory.

Przez chwilę milczał, po czym dodał z wahaniem:

- A nie, pomidory już się nie liczą. Są za to jajka i mleko. A w szafce trochę płatków. Na

śniadanie starczy.

Rosie weszła do kuchni i nastawiła wodę. Potrzebowała kawy.

* * *

Loki otworzył oczy. Jak na zawołanie do jego umysłu jęły intensywnie dobijać się

wydarzenia z wczorajszego wieczora. Pamiętał, że przegrana zapewniła mu nową robotę,

przypomniał sobie nawet, jak jeden z aniołów pisał mu na ręce adres jakiejś kobiety, tak żeby

na pewno nie zgubił… Za nic jednak nie potrafił sobie przypomnieć, skąd wziął się nagi w tym

pieprzonym polu kukurydzy.

- Cholera - zaklął, wstając.

Po jego stopie przebiegła polna mysz. Przystanęła na moment, powęszyła sekundę i

pognała dalej. Loki patrzył przez chwilę za zwierzątkiem, po czym odruchowo uniósł rękę, by

zerknąć na zegarek. Pod wypisanym czarnym tuszem adresem któryś dowcipniś narysował mu

tarczę zegarka wskazującego za pięć dwunastą i dodał krótką notatkę: Spiesz się.

- Cholera jasna - rzucił ponownie i ruszył przed siebie.

Mimo wczesnej godziny upał wyraźnie dawał mu się we znaki. Suszyło go potwornie, a do

tego wcale nie miał pewności, czy idzie we właściwą stronę. Jeżeli źle obrał kierunek, mógł

brnąć przez pola godzinami…

Miał szczęście. Po niecałej półgodzinie marszu dobiegł go nieprzyjemny zapach gaszonego

moczem ogniska. Loki przyspieszył. Niedługo później stał już na skraju pola.

Tuż obok drogi, na niewielkim wypalonym kawałku ziemi motocyklowy gang odsypiał

nocną orgię. Świadczyły o tym porozrzucane wszędzie butelki i kawałki damskiej bielizny.

Właścicielki wszechobecnej garderoby wtulały się w leżących wokół prymitywnego paleniska

odzianych w skóry brodaczy. Nieco dalej stały zaparkowane motocykle Harley Davidson. Loki

obejrzał grafiki na bakach. Przedstawiały gorejący krzak z dwoma anielskimi skrzydłami.

- Dzięki - westchnął bóg kłamstwa, unosząc oczy ku niebu, po czym podszedł do leżącego

najbliżej mężczyzny i szturchnął go nogą.

Brodacz powoli otworzył przekrwione oczy. Zaraz jednak, sycząc z bólu, zamknął je z

powrotem.

- Czego, kurwa?! - warknął.

Loki uśmiechnął się.

- Potrzebne mi twoje ubranie, broń… i motor - odparł.

- To bierz i spierdalaj! - motocyklista odwrócił się na drugi bok, zaraz jednak, kolejny po

raz kopnięty, wrócił do swej poprzedniej pozycji.

- Daj mi spać, człowieku - w przepitym głosie słychać było błagalną nutę. Kłamca

przykucnął obok i złożył ręce, opierając łokcie na kolanach.

- Zapomniałeś się rozebrać - przypomniał.

- Hej! - usłyszał nagle. - Co ty tam robisz, zboku?!

Po przeciwnej stronie paleniska siedział, o dziwo, niemal całkowicie rozbudzony facet i

mierzył do niego z obrzyna. Pozostali, zbudzeni krzykiem, podnosili właśnie skacowane głowy.

Dziewczyny próbowały zasłonić nagie piersi, ale przyjrzawszy się intruzowi, stwierdziły, że nie

warto. Gość stojący nago na kukurydzianym polu, który na dodatek właśnie podpadł