Выбрать главу

uzbrojonym gangerom, z pewnością ma na głowie inne rzeczy niż gapienie się na nagie biusty.

A nawet jeśli… pewnie i tak nie pożyje długo. Czemu zabierać mu ostatnią przyjemność?

Tylko jeden członek gangu spał dalej - ten tuż przed Lokim. Kłamca pokręcił głową z

dezaprobatą.

- Słuchajcie, ja tylko… - spróbował tłumaczenia, ale ledwie zaczął, już wiedział, że to na

nic. Dyskretnie powiódł wzrokiem po ciele leżącego brodacza. Gdyby się dobrze postarał, może

zdążyłby wyciągnąć pistolet z kabury przy jego udzie i wycelować w gościa z obrzynem. Może

nawet zdążyłby wystrzelić…

Błyskawicznym ruchem wyszarpnął broń i rzucił się na plecy. Chmurka śrutu przemknęła

tuż nad jego nagim torsem. Loki zrewanżował się dwoma strzałami. Trafił.

Pozostali, odpychając od siebie sztywne ze strachu towarzyszki, również sięgnęli po

spluwy, ale ich przeciążone umysły nie nadążały z wydawaniem rozkazów ciału. Loki zdążył

wstać i rozwalić jeszcze dwóch, nim padł kolejny strzał w jego kierunku. Kobieta! Klęczała

przy pierwszym zabitym i trzymała broń w obu rękach niczym wystraszona kadetka w

tandetnym serialu o szkole policyjnej. Mogłaby stanowić niemałe zagrożenie, gdyby nie

przejęła się oddanym strzałem do tego stopnia, że zupełnie zapomniała o reszcie pocisków w

magazynku. Zanim się opamiętała, kula przeszyła jej krtań.

Loki tymczasem przeskoczył przez ognisko, wyrwał dziewczynie pistolet i zgrabnym

przewrotem zszedł z linii strzału dwóm członkom gangu. Co prawda zorientowali się, że teraz

mierzą do siebie nawzajem, ale wcześniej zdążyli nacisnąć spusty. Sekundę później obaj leżeli

już w kałużach krwi.

Kłamca odwrócił się i spojrzał w oczy ostatniemu gangerowi, który zdołał się w końcu

obudzić.

- Czego chcesz? - zapytał przerażony widokiem nagiego szaleńca z giwerą. Ten tylko

westchnął.

- Mówiłem ci już - odpowiedział. - I radzę wysilić główkę, bo więcej powtarzać nie będę.

Po chwili siedział na motorze ubrany w skórzane spodnie, kurtkę i czarny T-shirt. Na nosie

miał okulary przeciwsłoneczne, a w olstrze obrzyna. Włosy związał w koński ogon.

- Ma któraś z was lusterko? - zwrócił się do kobiet. Jedna zaczęła grzebać w swoich

rzeczach i po chwili podała mu kosmetyczkę. Loki przejrzał się i uśmiechnął.

- A wykałaczkę?

* * *

Johny zastukał do drzwi łazienki. Po chwili jeszcze raz, tylko głośniej. Wewnątrz ucichł

szum prysznica i chłopiec usłyszał przytłumiony głos matki: - Tak?

- Przyszli jacyś panowie. Mówią, że są od pana Deedsa.

- Wpuściłeś ich?!

Chłopiec odruchowo wzruszył ramionami, choć kobieta nie mogła go przecież widzieć.

- Sami weszli. - Przysunął głowę bliżej drzwi. - Wiedzą, że jesteś w domu. Czekają na

ciebie.

Przez łazienkę przebiegł cichy pluton przekleństw. Potem zaległa cisza. Johny zaniepokoił

się.

- Mamo?

- Powiedz, że zaraz wyjdę, tylko coś włożę.

Cicho przekradła się do sypialni, wyszukała najkrótszą mini, a do tego przyciasną bluzkę

na ramiączkach i z dużym dekoltem. Jenny, jej przyjaciółka z pracy, nazywała ten strój OBA -

Ostatni Babski Argument. Wyjątkowo rzadko zdarzało się, by nie skutkował, gdy załatwiała coś

z facetami.

Jednak wchodząc do salonu, spostrzegła, że tym razem nie miała szans. Nie miałaby ich

nawet w samej bieliźnie.

W pokoju znajdowało się trzech mężczyzn w garniturach i w okularach

przeciwsłonecznych na nosach. Dwóch stało przy drzwiach wyjściowych, wyraźnie sugerując,

że choćby nawet kopnęła w jaja ich towarzysza, przeskoczyła kanapę i dobiegła do wyjścia, to

korytarza nie zobaczy. Nie mówiąc już o światełku na jego końcu.

- Witam w prawdziwym świecie, pani McNugget - powiedział trzeci mężczyzna. Choć

wyglądał jak dwaj pozostali, nie było wątpliwości, że to on jest szefem. Siedział na kanapie,

prawy łokieć opierając o blat szklanego stolika. W palcach drugiej ręki obracał dużą srebrną

monetę. - Odnoszę wrażenie, że raczej się on pani nie spodoba.

Wskazał fotel naprzeciwko siebie. Rosie skinęła głową i posłusznie zajęła miejsce. Ścisnęła

nogi, a ręce złożyła na podołku. Szlag trafił pewność siebie.

- Panowie przyszli w sprawie… - zaczęła, z trudem opanowując drżenie głosu.

- Długu pani męża oczywiście - mężczyzna odparł z uśmiechem. - A z jakiegoż innego

powodu trzech uzbrojonych drabów straszyłoby pani syna i brudziło podłogę zapaskudzonymi

buciorami?

Zaśmiała się nerwowo. Na dźwięk słowa syn odruchowo zerknęła ku wnętrzu mieszkania.

Johnego nie było w drzwiach, ale na pewno uważnie przysłuchiwał się rozmowie z drugiego

pokoju. I tak jak ona był uwięziony w mieszkaniu. Musiała spróbować.

- Panowie - rzuciła nieco odważniej - nie jest chyba tak źle, by…

- Nie mogło być lepiej? - kolejny raz rozmówca wszedł jej w zdanie. - Niewątpliwie.

Obawiam się jednak, że jedynym, co poprawi pani sytuację w chwili obecnej i skłoni nas do

opuszczenia tego pomieszczenia bez pani serca w skrzyneczce, jest wypowiedziane w ciągu

najbliższej minuty zdanie: Proszę panowie, oto wasze pięćdziesiąt tysięcy.

Aż podskoczyła.

- Ile?!

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Nie wiem, jak to ująć, żeby nie mówić źle o zmarłym, ale pani mąż był… No cóż, lubił

damskie towarzystwo.

Rosie z niedowierzaniem pokręciła głową.

- Pięćdziesiąt tysięcy! I on wydał to wszystko na dziwki? - zapytała, zupełnie zapominając

o stojącym gdzieś za drzwiami Johnym.

Zrozumiałaby, gdyby szło o prochy, hazard, ale to… Przecież dziesięć lat temu zdobyła

pieprzony tytuł cholernej miss stanu!

- Proszę sobie nie brać tego do serca - powiedział mężczyzna ze świetnie zagranym

współczuciem, pochylając się w jej stronę. - Jest pani piękną kobietą. On po prostu miał naturę

łowcy… No, może turysty na safari. W końcu za wszystko płacił.

Siedziała z tępą miną. Już nie walczyły w niej głowa i dupa, tylko lęk z wściekłością.

Stojący w przedpokoju Johny najciszej jak potrafił podniósł słuchawkę telefonu i wystukał

dobrze znany z telewizji numer 911.

* * *

Wjeżdżając do miasta, zwolnił. Zerknął na adres na przegubie, potem na drogowskaz. Był

prawie na miejscu. Skręcił i zaczął uważniej przyglądać się numeracji domów. Już z daleka

dojrzał ten, do którego zmierzał - niewielką trzypiętrową kamienicę o zrujnowanej elewacji i

tak przerdzewiałych schodach przeciwpożarowych, że nawet ptactwo wolało nie ryzykować.

Kiedyś był to najładniejszy budynek w okolicy. Właściciel pobliskiej fabryki obuwia,

zafascynowany Europą, kazał go postawić, by mógł służyć rodzinom fachowców ściągniętych

ze starego kontynentu. W zamyśle tak biznesmena, jak i architekta miała to być wąska

kamieniczka na wzór paryskich, z lekko spadzistym dachem i wąskimi gzymsami wyraźnie

oddzielającymi piętra. Cel udało się osiągnąć, choć nie bez kompromisów - schody pożarowe

szpecące zachodnią ścianę budynku były tego najwyraźniejszym przykładem.

Potem, pod koniec lat sześćdziesiątych fabryka upadła, fachowcy rozjechali się po całym

kraju, a kamienica, oddana miastu, marniała z roku na rok, stając się przez jakiś czas

siedliskiem narkomanów, potem zaś już tylko domem życiowych nieudaczników, których nie

stać było na nic lepszego.