Выбрать главу

Na chodniku przed budynkiem stał zaparkowany czarny mercedes, a na ławeczce po

przeciwnej stronie ulicy siedział, skubiąc orzeszki i gapiąc się w okna na piętrze, gruby, łysawy

pięćdziesięciolatek ubrany w zgniłozielony prochowiec.

Loki zatrzymał motor koło mercedesa i wyciągnął z olstra obrzyna. Zakręcił nim,

wycelował w ziemię i włożył do umocowanej przy udzie kabury. Wokół jego pojazdu zaczęły

gromadzić się okoliczne dzieciaki, barwnym slangiem komentując to harleya, to spluwę.

Kilkoro rzuciło też parę pełnych podziwu komentarzy o samym przybyszu, choć te z racji

przewagi czarnoskórych utonęły w morzu rasistowskich wyzwisk.

Kłamca obrzucił przelotnym spojrzeniem siedzącego po przeciwnej stronie ulicy

mężczyznę i pewnym krokiem ruszył w stronę budynku. Nagle, tknięty jakimś dziwnym

przeczuciem, zawrócił, minął garstkę dzieciaków, przekroczył jezdnię i stanął tuż przy

ławeczce.

Grubas uniósł głowę.

- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytał z nutką lęku w głosie. Loki uśmiechnął się.

- Ma pan może wykałaczkę?

Napięcie spełzło z twarzy siedzącego, nadal jednak lekko drżały mu ręce i nogi.

- Nie, ale mam zapałki i scyzoryk - odparł, sięgając do kieszeni. - Jak się obetnie główkę z

siarką, niemal nie widać różnicy. Chce pan?

Kłamca pokręcił głową.

- Nie lubię prowizorki. Ale chciałem spytać o coś jeszcze. Nie wie pan, czy zastałem Rosie

McNugget?

Nieco zmieszany mężczyzna odruchowo zerknął w stronę okien, którym przyglądał się od

rana. Jedynych okien w tym budynku z firankami i… z całymi szybami.

- Nie wiem. Też na nią czekam. Mam jej do…

Cios w skroń pozbawił go przytomności. Grubas osunął się z ławki wprost na stos skorupek

po orzechach.

- Tylko tyle chciałem wiedzieć - powiedział Loki i ruszył w stronę kamienicy. Gdy

przeszedł koło motoru, dzieciaki zgotowały mu gorącą owację.

* * *

- Zobacz, co tam się dzieje - polecił mężczyzna siedzący naprzeciw Rosie, nawet na ułamek

sekundy nie spuszczając jej z oka. Jeden z jego milczących kumpli podszedł do okna. Drugi

natychmiast przesunął się, zasłaniając drzwi swoimi plecami. Dojrzawszy minę Rosie,

wyszczerzył pożółkłe zęby.

- To tylko dzieciaki - usłyszeli po chwili. - Gapią się na jakiś motor.

Siedzący podrzucił monetę i złapał ją tuż nad ziemią, choć ani na chwilę nie oderwał

wzroku od przestraszonej kobiety.

- Mam nadzieję, że nie siedzą na masce naszego wozu, bo jeżeli tak, to…

Skończyć nie zdążył. Rozległ się potworny huk i mężczyzna strzegący wejścia nagle

przycisnął ręce do brzucha, a chwilę później leżał już na podłodze z drzwiami na plecach. Jego

stojący przy oknie towarzysz odwrócił się. Zdążył tylko dostrzec szczupłego mężczyznę w

skórzanej kurtce i z obrzynem w ręce. Nic więcej już nie zobaczył, bo wielka giwera plunęła

mu śrutem prosto w twarz.

Siedzący na sofie miał więcej szczęścia i rozumu niż jego towarzysze. Rzucił się na

podłogę za sofą, mocnym szarpnięciem zmuszając do tego samego Rosie. Wyszarpnął broń z

kabury i wetknął ją dziewczynie pod brodę.

- Zabiję ją, jeśli się zbliżysz! - wrzasnął. Cały spokój i pogoda ducha, z jaką prowadził

rozmowę, zniknęły w jednej chwili. Odgłos podkutych butów przybysza zdawał się być coraz

bliższy.

- Tylko nie postrzel jej w sposób uniemożliwiający zabawę - poprosił z rozbawieniem Loki,

cicho przeładowując broń - a wszystko będzie w porządku.

- Czego chcesz?! - rozległ się kolejny wrzask zza sofy.

Kłamca pochylił głowę i zamknął oczy. Pod jego powiekami zaczęły krążyć zapomniane

słowa zapomnianego języka.

- Przejeżdżałem obok i zastanawiałem się, ile może palić taki mercedes. I jak bardzo można

go rozbujać - rzucił dla niepoznaki nieco drętwym głosem. Słowa pod jego powiekami zaczęły

układać się w zdania, a te z kolei w obrazy. Jeszcze tylko chwila i…

Był gotów.

* * *

Pomimo uwierającej ją w podbródek lufy, Rosie ucieszyła się z takiego przebiegu sytuacji.

Nieważne, kim był ów nowy przybysz, czy tajemniczym supermanem, czy też kolejnym

wierzycielem jej męża - był zwykłym facetem, nie bubkiem w garniturze, a to zawsze dawało

jej jakąś szansę. Żeby tylko nie dał się…

Wtem zobaczyła jego głowę wychyloną zza oparcia sofy. Wstrzymała oddech, modląc się

w duchu, by jej oprawca niczego nie zauważył. Jeszcze tylko kawałek, jeszcze tylko…

Nagle przestała czuć chłód lufy. Broń śmignęła jej tuż przed oczami i wypaliła dwukrotnie.

Tajemniczy przybysz padł na ziemię zalany krwią. Szef mafijnych egzekutorów poderwał się

błyskawicznie, raz jeszcze wypalił do zwłok i z uśmiechem poprawił marynarkę.

- Na czym to skończyliśmy? - zdążył zapytać, zanim jego głowa zmieniła się w coś na

kształt przegniłego arbuza zrzuconego z wieżowca. Obryzgana krwią i kawałkami mózgu Rosie

z całych sił zmuszała się, by nie wrzeszczeć. Zamknęła oczy.

Gdy je otworzyła, sofa była odsunięta, a przed nią stał wybawca, tajemniczy przybysz, cały

i zdrowy. Zerknęła w stronę okna. Jego zwłoki nadal tam leżały, z tym że teraz stawały się

nieco niematerialne i mogła przez nie zobaczyć błysk leżącego na podłodze kolczyka, który

zgubiła w zeszłym miesiącu.

- Jasna cholera - westchnęła tylko, nim zemdlała.

Samo południe

Zastępca szeryfa Taylor kołysał się na krześle, nerwowo bębniąc palcami o blat biurka. Z

całego serca nienawidził takich sytuacji. Jego uczucie było tym silniejsze, że od kiedy pięć lat

temu znalazł robotę w tym miasteczku, zdarzały się one nagminnie. Średnio raz na tydzień

stawał przed wyborem: lojalność wobec szefa bądź… no właśnie, kogo? Społeczeństwa?

Siebie? Ideałów?

Zwykle jego myśli docierały do tego właśnie momentu, po czym zastępca Taylor

podejmował zawsze tę samą decyzję. Tak było i tym razem.

Pochylił się nad biurkiem i nacisnął przycisk interkomu. Czekał przez chwilę, a jego palce

jęły uderzać w biurko coraz szybciej. Może to znak, żeby jednak się wycofać? Może…

Z głośnika dobiegł najpierw cichy chichot, a zaraz potem bas szeryfa.

- Czego?

Taylor przełknął ślinę.

- Mamy wezwanie, szefie. Dzwonił pewien dzieciak i mówił, że u niego w domu są jacyś

goście i straszą mu matkę. Podobno wyglądają groźnie i…

- Jak myślisz, Taylor, co mnie to obchodzi? - zapytał mocno znużony głos. - Standardowa

procedura, kurwa, czy wszystko muszę powtarzać po tysiąc razy?

Coś w głowie zastępcy kolejny raz zaproponowało mu wycofanie się. Mało brakowało, a

tym razem posłuchałby tej myśli.

- Znam procedurę, ale doniesienie pochodzi z domu Rosie McNugget.

Szeryf nie odpowiedział. Taylor doskonale wiedział, że wzrok i myśli szefa skupione są

teraz na stojącym na biurku zdjęciu syna. Zdjęciu z czarną tasiemką w narożniku ramki.

Postanowił dać mu chwilę, zanim dokończył:

- Podobno ci ludzie są uzbrojeni. I myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że zaczną

strzelać, a wtedy…

- Stul dziób, kretynie - ryknął szeryf. - Zaraz wyjdę.

Po chwili z gabinetu wypadła rudowłosa dziewczyna, zasłaniając nagie piersi trzymaną w

rękach koszulką. Spomiędzy palców wystawały jej dolarowe banknoty. Za chwilę zniknęła za

przeszklonymi drzwiami biura.

Wtedy w progu gabinetu stanął szeryf. Usiłował zapiąć pasek, w czym usilnie przeszkadzał