mu potężny brzuch.
- Nigdy - zaczął spokojnie i co dziwne, udało mu się utrzymać w tym tonie resztę
wypowiedzi: - nie waż się mówić o interesach w towarzystwie osób postronnych. A już
zwłaszcza, gdy osoba postronna to pierdolona irlandzka dziwka.
Taylor skinął głową.
- Mam wezwać chłopaków? - zapytał.
- Dwa patrole. I niech się dobrze przygotują. Ci od koronera w końcu dostaną jakąś robotę.
* * *
Obudziło ją głośne plaśnięcie i uczucie, jakby wsadziła policzek do kominka. Krzyknęła, a
jej dłoń błyskawicznie powędrowała w stronę twarzy, by rozetrzeć bolące miejsce. Pochylony
nad nią Loki uśmiechnął się paskudnie.
- Wyspana? Czas już najwyższy wstawać.
Pokiwała głową. W jednej chwili wrócił do niej cały koszmar tego poranka. Zupełnie jakby
ktoś pozbierał wydarzenia kropla po kropli, zamieszał, a na koniec chlusnął jej nimi w twarz.
Przekręciła się na bok i zwymiotowała.
- Gdzie jest Johny? - zapytała po chwili, ocierając usta.
Loki wstał z klęczek i otrzepał kolana. Poczekał aż dziewczyna wstanie, po czym podał jej
znalezioną w spodniach wymiętoloną paczkę chusteczek. Nie przyjęła.
- Gdzie jest mój syn? - ponowiła pytanie, tym razem głośniej i bardziej stanowczo.
Kłamca wzruszył ramionami.
- Siedzi w kuchni i bawi się nożami. Kiedy go ostatnio widziałem, szczeniak wyglądał,
jakby chciał się nimi przede mną bronić.
Rosie uśmiechnęła się. Dzielny chłopak - pomyślała. - Dzielny jak mało kto.
- Nic dziwnego, że się pana wystraszył - stwierdziła. Przez moment zamajaczyła jej przed
oczyma wizja najpierw leżących pod oknem, a potem znikających zwłok. Odegnała ten obraz,
biorąc go za wywołaną strachem halucynację.
- Johny, Johny! - zawołała i ruszyła w stronę kuchni.
- Właściwie ja też mu się nie dziwię - burknął pod nosem Loki, podążając za nią. -
Powiedziałem, że skręcę mu kark. Przez niego będziemy tu mieli za chwilę całą lokalną policję.
Na dźwięk głosu matki chłopiec wybiegł z kuchni, machając tasakiem wielkim jak jego
ramię. Ze szczęścia nawet nie zdawał sobie sprawy, że go trzyma.
- Mamo! - zawołał. - Tak się bałem!
Kobieta kucnęła, rozłożyła ręce…
I wtedy właśnie Johny się potknął. Na krótką chwilę, balansując szeroko rozłożonymi
rękami, wywalczył sobie dodatkowy ułamek sekundy w pionie, potem jednak runął przed
siebie, zupełnie przypadkowo mierząc ostrzem prosto w szyję matki.
Loki zachował zimną krew. Pewnym ruchem złapał Rosie za włosy i pociągnął na bok.
Upadła, a ostrze o kilka centymetrów minęło grdykę kobiety, raniąc ją tylko boleśnie w ramię.
Chłopiec wylądował na matce i dopiero w tym momencie wypuścił z dłoni śmiercionośne
narzędzie. Wtulił się z całej siły w Rosie, drżąc z przerażenia.
Kłamca ukląkł i obejrzał ranę. Pokręcił głową.
- Znając moje szczęście, umrzesz na tężec - wymruczał, po czym ruszył w stronę łazienki
na poszukiwanie apteczki. Za plecami słyszał cichy szloch dziecka i matczyne słowa otuchy.
* * *
- Jak to nie mogę go zabrać?! - wrzeszczała Rosie ku uciesze zgromadzonych wokół
motoru dzieciaków. Loki z uśmiechem obrócił w ręce pudełeczko zabranych z kuchni
wykałaczek.
- Bardzo mi przykro - odparł - ale nie mogę sobie pozwolić na ryzyko. Gówniarz o mało cię
nie zabił. Poza tym mam tylko dwa miejsca, a tego oto młodzieńca moja umowa nie dotyczy. I
tak może być problem, gdy postanowisz zemdleć albo co. Jedna osoba do niańczenia to dla
mnie aż nadto.
Wskazał brodą na jej niefachowy opatrunek ukryty pod przewiewnym sweterkiem. Rosie
nie dawała za wygraną.
- Proszę pana - powiedziała, używając tonu zarezerwowanego dla szczególnie
skrupulatnych urzędników - jestem panu niezmiernie wdzięczna za ratunek, jednak… Bez niego
nie jadę. I jeżeli nie pomoże pan nam obojgu, pański wysiłek pójdzie na marne.
Kłamca wzniósł oczy ku niebu i pokręcił głową. Z oddali dobiegło ich ciche zawodzenie
policyjnej syreny. Czasu było coraz mniej.
- No dobrze - zgodził się. - Wyślij go, niech poszuka u twoich gości kluczyków do tego
mercedesa.
- Chyba pan nie myśli, że… - zaczęła, ale spojrzenie Lokiego było aż nadto wymowne.
Zmusiła chłopca, by puścił jej nogę.
- Poczekaj tu, kochanie, mamusia…
- Nie mamusia - Loki wskazał na dzieciaka. - On. Zrobi to szybciej.
Rosie już otwierała usta, by zaprotestować, ale Kłamca nagle pochylił się i na ułamek
sekundy ukazał Johny’emu swe prawdziwe, strawione jadem oblicze.
- Buu - wyszeptał, uśmiechając się upiornie.
Chłopiec na złamanie karku popędził do wnętrza kamienicy.
Wstając, Loki strzepnął z ramienia niewidzialny pył.
- A teraz wsiadaj na motor. I nie myśl, że skoro cię dzisiaj broniłem, to nie potrafię być
brutalny. Już!
Chwilę później patrzył, jak dziewczyna znika w drzwiach budynku. Jego mina wyrażała
podziw i zdumienie.
- Czy ja dobrze słyszałem? - zapytał stojącego najbliżej dzieciaka. - Czy ona właśnie kazała
mi się pierdolić?
Nie czekając na odpowiedź, pobiegł z powrotem do środka. Dźwięk syren stawał się coraz
głośniejszy, a już po chwili zza rogu wyjechał pierwszy radiowóz.
* * *
Każde normalne dziecko ma swoje ciche miejsce. Zakątek, do którego udaje się, gdy nagle
odkrywa kolejną niesprawiedliwość świata. Zwykle wchodzi tam z zamiarem trwania w swym
małym buncie do chwili, gdy rzeczywistość nie przyjmie jego warunków, i najczęściej
wychodzi zmuszone do kapitulacji przez zdradziecki żołądek lub pęcherz.
Każda dobra matka zna kryjówkę swojego dziecka, choć żadna nie przyznałaby się do tego
dobrowolnie. Nigdy też bez potrzeby by do niej nie weszła…
Tym razem jednak potrzeba była i Rosie, uważająca się za całkiem niezłą matkę, gnała na
strych, przeskakując naraz po dwa, a czasem i trzy schodki.
- Johny! - zawołała, stając pod uchylonymi drzwiami na najwyższym piętrze. - Chodź tu do
mnie.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Pchnęła więc drzwi i powoli weszła do środka.
Na strychu panował półmrok. Większość niewielkich okienek z braku szyb była zasłonięta
deskami, a te pokryte ponadto gęstą warstwą kurzu i pajęczyn. Mimo to Rosie doskonale
wiedziała, gdzie ma iść. Nogi niosły ją niemal same.
- Jesteś tu, kochanie? - zapytała, stawiając stopę o pół cala od krzywej trzydrzwiowej szafy
zniszczonej i wyrzuconej tu pewnie jeszcze przez pierwszych lokatorów kamienicy. - Johny? To
ja. Już nie ma się czego bać.
Z zewnątrz dobiegł ją dźwięk, jakby syrena zadławiła się, a zaraz potem wszystko umilkło.
Słychać było tylko ciche brzęczenie owadów gdzieś w głębi strychu.
Stanęła przed starym, nakrytym płachtą stołem i kucnęła, zaglądając pod spód. W
ciemności dostrzegła zarys ciała chłopca i jego rozszerzone ze strachu oczy. Rosie odetchnęła.
- Już dobrze - wyciągnęła w stronę syna lewą rękę. Zaraz jednak syknęła z bólu, a ledwo
przyschnięta rana znów zaczęła krwawić. - Nie będziemy się już zadawać z tamtym panem.
Sami sobie poradzimy. Tylko musimy się spieszyć, zanim przyjedzie tu pan szeryf, dobrze?
Chodź do mnie.
Johny ani drgnął. Wyglądał jak pogrążony w transie. Rosie wstała i złapała za krawędź
stołu, chcąc go odsunąć. Stanęła bokiem do blatu, by łatwiej się zaprzeć, i szarpnęła z całej siły.