Wtedy za jej plecami rozległo się głośne stój… Ale było już za późno.
* * *
Szeryf wyłączył silnik i sięgnął po kapelusz leżący na fotelu pasażera. Dłuższą chwilę
zajęło mu wygramolenie się z samochodu. Ale nie musiał się nigdzie spieszyć. Zwłaszcza że,
jak podał mu przez radio chudszy i szybszy Taylor, strzały już padły… i były trupy.
- Przy odrobinie szczęścia, synu, tej suki nie ma wśród żywych - powiedział cicho grubas,
zakładając kapelusz i ocierając rękawem gromadzące się pod nosem krople potu. - A w razie
czego są sposoby, by dopomóc szczęściu. Będzie żałowała, że nie dała ci wtedy skończyć.
Przyrzekam ci, George. To pewne, jak Bóg na niebiosach.
Charknął, splunął i rozejrzawszy się, ocenił sytuację. Oba radiowozy były już na miejscu.
Stanęły zdecydowanie bliżej niż on, po obu stronach mercedesa, blokując mu wyjazd. Koguty
na dachach migały ostrzegawczo. Wszystko jak w regulaminie. Szeryf uśmiechnął się, lubił
profesjonalną robotę. Wszak nie ma jak pozory.
Stojący przy motorze Taylor rozmawiał właśnie z grupą dzieciaków. Zauważywszy szeryfa,
skinął głową i wyrwał się z otaczającego go kręgu.
- Chłopaki są w środku - powiedział, podchodząc. - Wszystko ustawiłem tak, jak pan
chciał. Jak tylko ją znajdą, rozpoczną strzelaninę. Żadnych budzących podejrzenia
pojedynczych strzałów. I niech pan się nie martwi postronnymi świadkami. - Brodą wskazał
grupkę, z którą rozmawiał przed chwilą. - Powiedziałem tym dzieciakom, że szukamy kilku
kieszonkowców. Powinni zaraz zacząć się ulatniać. Musiałem też spławić czekającego na
McNugget rozżalonego komornika, ale to raczej płotka i nie powinno być kłopotów.
Uśmiechnął się niepewnie, jak chłopczyk oczekujący aprobaty nauczyciela. Doczekał się.
Szeryf odpowiedział uśmiechem.
- Jeszcze rok temu pierwszego, który trafiłby ją przede mną - rzucił, wyciągając paczkę
papierosów - przywiązałbym do zderzaka i przeciągnął po całym tym cholernym miasteczku.
Ale ludzie się zmieniają, nie? Czyj to motor?
Zastępca wydobył z kieszeni zapalniczkę, zapalił i podstawił pod nos szefowi.
- No właśnie o tym chciałem mówić. To może być nasz kozioł ofiarny, jakby tamci w
domu…
- Jacy w domu? - zdziwił się szeryf.
- W domu mamy trzy trupy. Jeden nie ma bebechów, a dwóch straciło makówki. Koroner
rzeczywiście nie będzie szczęśliwy.
Grubas podrapał się po głowie.
- Ostry facet. Znamy go? Barwy na motorze to…
- To żaden z nich - przerwał Taylor. - Poza tym “Głosy Pana” są na naszej liście płac. Nie
robią nam niewesołych numerów. A ten facet? Pewnie jakiś pajac, który podpieprzył “Głosom”
maszynę. W Teksasie nie brak naśladowców Eastwooda snujących się ze spluwą przy udzie.
Ważne tylko, że nie tak dawno chciał stąd zabrać naszą panią McNugget i trochę się
poprztykali. Teraz oboje siedzą w budynku i nikt nie będzie zdziwiony, jeśli poodstrzelają sobie
łby. Idealny koziołek.
Szeryf zaciągnął się papierosem i wyrzucił go. Już po niej, George - pomyślał. - Jak Bóg
na niebiosach już po niej.
* * *
Czas zwolnił. Zupełnie jakby w swej złośliwości zapragnął nie oszczędzić Rosie nawet
najdrobniejszej konsekwencji pochopnego ruszania stołu. Teraz nie pozostało jej już nic innego,
jak patrzeć. Stać w bezruchu, z palcami wbitymi w blat i z przerażeniem czekać chwili, gdy
wywołana przez nią lawina sięgnie celu - wielkiego i obrzydliwego gniazda os. Od nieszczęścia
dzieliło ją coraz mniej.
Popchnięte przez stół wiadro zdążyło już wywrócić się i uderzyć w kosz ze starymi
parasolami. Zahaczony o rączkę jednego z nich kabel, którego drugi koniec niknął gdzieś na
szafie, naprężył się, ściągając z góry starą lampkę z abażurem. Ta spadła wprost na wysunięty
koniec deski, która, oparta na kawałku dachówki, pewnie nieraz służyła Johny’emu za
huśtawkę. Teraz jednak zmieniła się w katapultę - lampka poruszyła nią, a drugi koniec rąbnął
w wieszak bez jednej nogi.
Ten zachybotał się zupełnie jak drzewo ścinane przez bohatera “Siedmiu narzeczonych dla
siedmiu drwali” i z przerażającym PAC runął prosto na gniazdo os, wreszcie… zatrzymał się
wsparty o owadzią siedzibę niczym pijak o ścianę. Z wnętrza gniazda wyglądającego jak
zmutowana piłka do rugby dobiegł cichy pomruk niezadowolenia… i tyle.
Rosie stała jeszcze przez chwilę zlana zimnym potem, po czym powoli odwróciła się, by
podziękować za ostrzeżenie. Ujrzawszy Lokiego znieruchomiałego w pół kroku niczym jakaś
grecka rzeźba atlety, tyle że z wykałaczką przyklejoną do dolnej wargi, nie wytrzymała.
Wybuchnęła śmiechem.
* * *
- Więc jednak zmienił pan zdanie? - zapytała, patrząc, jak Loki ostrożnie odsuwa wieszak i
stawia pod gniazdem stary kosz na pranie. Kłamca wzruszył ramionami.
- Właściwie to pomyślałem, że pomysł zwiewania przed glinami wcale nie jest taki mądry.
Wezmę tych trzech na siebie, z ciebie zrobimy ofiarę, a ja potem…
Potrząsnęła głową.
- Pomysł zwiewania przed glinami był jedynym sensownym, jeżeli mam wyjść z tego cało.
Nie lubimy się z miejscowym szeryfem.
Loki wskoczył na stół i uśmiechnął się paskudnie na widok Johny’ego. Ten natychmiast
uciekł za matkę. Dopiero potem wytarł o spodnie brudne od kurzu ręce.
- A cóż to takiego spowodowało ową niechęć? - zapytał Kłamca.
Rosie stanęła bokiem do syna i zasłoniła mu uszy.
- Powiedzmy, że nie pozwoliłam włożyć pewnemu skurwielowi tego, co chciał mi wcisnąć.
Później okazało się, że ten gnojek był zastępcą, a co gorsza, też synem szeryfa.
- Był? - zapytał Loki, unosząc brwi. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
- Moje nie dotarło do niego dopiero, gdy powiedziała mu o tym jego trzydziestka ósemka. I
napluła prosto w twarz. Sąd potraktował to jako obronę konieczną…
- Ale szeryf nie może ci tego darować, tak? - dokończył Kłamca, kiwając głową. - Więc
rzeczywiście gliny odpadają. Wcale bym się nie zdziwił, gdybyś w raporcie okazała się jedną z
ofiar tej rzezi. A ja przy tobie.
Usłyszał coś. Podszedł do małego okienka i przetarłszy je, wyjrzał.
- Chyba właśnie przyjechał szanowny tatuś.
- Taki obleśny grubas? Jeśli tak, to na pewno on. Nie ma drugiego takiego w całym stanie.
Nie zmieściłby się.
Loki lekkim ukłonem pochwalił jej dowcip.
- Niezłe. Więc może masz też pomysł, jak stąd wyjść? - Powiódł wzrokiem po strychu.
Rosie nie odpowiedziała, więc spojrzał na Johny’ego.
- Chłopcze, czas zapomnieć o naszych małych nieporozumieniach. Musisz mi pomóc…
* * *
Taylor, klnąc na czym świat stoi, wszedł do budynku. Wcale a wcale nie podobała mu się
rola jedynego zaufanego. Zwłaszcza że wiązała się niemal tylko z obowiązkami, bo szeryf
rzadko pamiętał o czymś takim jak nagroda. Za to słowo kara musiało mu w dzieciństwie
wisieć nad łóżkiem. Znał je jak mało kto.
Zastępca wkroczył w szarość śmierdzącego uryną korytarza, wyciągnął broń z kabury i
odbezpieczył. Jej ciężar w dłoni jakoś zawsze dodawał mu odwagi. Ale tym razem czuł się…
głupio. W jego głowie zaszumiały niedawne słowa kolegów, te o wyglądzie trzech leżących w
mieszkaniu ofiar. Jak to powiedzieli? Ktoś miał chyba armatę z celownikiem.