Wzdychając ciężko, zaczął powoli i ostrożnie wchodzić po schodach: pierwsze piętro,
drugie… Tam przeszedł długość korytarza i zajrzał przez wyważone drzwi. Policjanci uwijali się
jak w ukropie, zabezpieczając ślady. Jeden z funkcjonariuszy zauważył go i pokręcił głową.
- Nigdzie ich nie ma - rzucił. - Tylko ci trzej.
Taylor pokiwał głową ze zrozumieniem. Jego uwagę przykuła żółtozielona plama na środku
pokoju. Uśmiechnął się złośliwie.
- Który nie wytrzymał? - zapytał. Gliniarz wzruszył ramionami.
- To już było - odpowiedział, po czym wskazał ręką w stronę stóp Taylora. - W naszych
stoisz. A przy okazji, kiedy pojawią się chłopaki ze stanówki? Bardzo chętnie usłyszałbym już
to ich nadęte przejmujemy sprawę.
- Jadą - skłamał Taylor. - Ale znasz ich. Uważają, że do trupów nie muszą się spieszyć.
Wtem z wyższego piętra dobiegł ich wrzask dziecka. Zastępca odwrócił się gwałtownie,
uniósł broń. Powoli ruszył w kierunku schodów, z których już po chwili zbiegł Johny,
wrzeszcząc jak opętany. Policjant schował broń i złapał chłopca. Dzieciak przestał krzyczeć,
choć nadal chlipał nerwowo. Funkcjonariusz pogładził go po włosach.
- Co się stało, mały? - zapytał. Johny wskazał palcem w górę.
- Tam - wydusił z siebie. - Ten pan… robi brzydkie rzeczy mamie.
Taylor postawił malca na ziemi i przyjrzał mu się z uwagą.
- Nazywasz się McNugget, prawda?
Johny potwierdził skinieniem głowy, po czym przetarł nos rękawem. Zastępca szeryfa
znów wydobył broń z kabury.
- I twoja mama jest z tym panem na strychu?
Kolejne potaknięcie. Taylor uśmiechnął się.
- Zaczekaj tu na mnie, dobrze?
Jak najciszej i jak najszybciej pobiegł na górę. Jeśli się pospieszy, może zdąży jeszcze na
igraszki… Jakoś niestraszny mu był harleyowiec ze spodniami na wysokości kolan. Płynąca z
ciężaru broni moc pomknęła wzdłuż palców, wypełniając go po brzegi.
Na igraszki nie zdążył. I sądząc z tego, co ujrzał, nie miał prawa zdążyć. Rosie co prawda
leżała na podłodze w poszarpanym ubraniu, ale jęki siedzącego obok harleyowca, a już
zwłaszcza fragment złamanego wieszaka tkwiący w jego brzuchu, świadczyły wyraźnie o tym,
że choć Rosie McNugget często rozkłada nogi, to tylko przed tym, przed kim sama chce.
Dziewczyna zauważyła policjanta i uśmiechnęła się nerwowo.
- Zastępca szeryfa - powiedziała przymilnie. - Jak to miło pana zobaczyć.
Taylor wycelował jej w głowę.
- Zaraz nie będzie ci tak miło, suko - wycedził. Jego palec powoli zwiększał nacisk na
spuście.
I nagle harleyowiec zaczął się zmieniać. Zastępca zauważył to kątem oka i w pierwszej
chwili wziął za grymas bólu. Ale już za moment zorientował się, że ozdobiona blond brodą
twarz wpatruje się w niego z wściekłością.
- Nie wolno tak mówić o mojej mamie! - ranny mężczyzna niemal wykrzyczał te słowa.
Jego głos brzmiał jak…
- Takie małe pytanie - rozległo się za plecami Taylora. Zastępca odwrócił się, wbrew logice
doskonale wiedząc, co zobaczy. Tak było w istocie. Mały Johny celował z wielkiego obrzyna
wprost w jego pierś. - Oglądałeś film “Omen”?
Głośny huk i nagły, potworny ból odebrały mu chęć do odpowiedzi.
* * *
Szeryf ufał swojemu zastępcy i wiedział, że zadba o każdy szczegół. Nawet przez myśl mu
nie przeszło, że Taylor mógłby okazać się na tyle głupi, by czekać, aż przeciwnik wyciągnie
broń. Kto ma spluwę w ręce, ten ma przewagę - to zasada stara jak świat. Kto ma przewagę i ją
traci, nie zasługuje na to, by żyć.
Mimo wszystko, gdy z wnętrza budynku dobiegły dwa strzały, szeryf wcale nie miał
pewności, czy wszystko poszło tak, jak powinno. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy z
krótkofalówki dobiegł go pełen przejęcia głos Taylora.
- Czysto - powiedział zastępca, nie wdając się w szczegóły. Szeryf z uśmiechem podrapał
się po porośniętym szczeciną podbródku.
- Jestem z ciebie dumny, Taylor. Dziś bawisz się na mój koszt.
Z głośnika dobiegł pomruk zadowolenia, a zaraz potem ponownie głos zastępcy.
- Pewnie chciałby pan to zobaczyć. Zapraszam na strych. Ja tymczasem odwołam
chłopaków.
Myśli o wszystkim - przebiegło przez głowę grubasa. - Dobry chłopiec.
- Już tam idę - rzucił, odwieszając mikrofon. Wysiadł z radiowozu i poprawił kapelusz.
Ważne chwile wymagają odpowiedniej prezencji.
Zanim doszedł do drzwi wejściowych, minęli go funkcjonariusze dotąd obstawiający
mieszkanie. Zatrzymał ich, wypytał o zabezpieczenie śladów i zapewnił, że sam poczeka na
koronera i policję stanową. Pozwolił też skorzystać z barku w swoim gabinecie, zapewniając,
że dziś raczej nie będzie mu potrzebny.
Taylora spotkał koło mieszkania Rosie. Właśnie pochylał się, by przykleić koniec
policyjnej taśmy do podłogi. Gdy wstał, na moment skrzywił twarz w grymasie bólu. Szeryf
zauważył, że zastępca ma strzaskane ramię. To jednak twardziel - pomyślał. - Po głosie nie było
znać, że tak oberwał.
- Proszę na górę, szefie. - Taylor wykonał zdrową ręką zapraszający gest. - Pewna dama
czeka tam na pana.
Obaj wybuchnęli śmiechem, jakby to był najprzedniejszy dowcip w historii świata. Gdy się
opanowali, zastępca zszedł po schodach, zostawiając szeryfa samego. Grubas poczekał, aż
zamkną się drzwi na dole i dopiero wtedy kontynuował wspinaczkę. Na strych dotarł, ciężko
dysząc, z czołem mokrym od potu. Mimo to, jak zauważył, warto było.
Nieco na lewo od wejścia leżał kozioł ofiarny z wielką dziurą w okolicy serca. Dłoń
trzymał zaciśniętą na skrwawionym nożu. Dalej, ale z pewnością w zasięgu ręki harleyowca,
znajdowały się zwłoki chłopca z poderżniętym gardłem. Po plecach szeryfa przebiegł dreszcz.
Ale z tą akurat śmiercią jego zastępca raczej miał niewiele wspólnego.
Ponure rozważania przerwał mu nagły, ledwo dostrzegalny ruch. Grubas spojrzał uważniej i
z miejsca zapomniał o dzieciaku.
- Masz u mnie podwyżkę, Taylor - powiedział, kręcąc głową z uznaniem. - Zajebiście
wielką podwyżkę.
Dziewczyna z pozoru wydawała się martwa, co wcale nie byłoby takie złe. Jednak jej
rozszerzone przerażeniem oczy i nerwowe, ograniczone ruchy dłoni sprawiły szeryfowi jeszcze
milszą niespodziankę. Jak w pornolu sado-maso! McNugget leżała związana, choć w półmroku
nie było tego widać. Większość knebla zasłaniały rozpuszczone włosy.
Tłuścioch przykucnął przy Rosie i z uśmiechem wyjął jej z ust starą piłeczkę do ping-
ponga. Gorąco pragnął, by przed śmiercią choć raz błagała go o litość.
- Uwaga, szefie! - wrzasnęła McNugget głosem Taylora. - To pułapka.
Pomimo swej tuszy szeryf niemal błyskawicznie poderwał się na równe nogi i rozejrzał po
pomieszczeniu.
Przeciągnięty od drzwi do kubła na pranie sznurek dostrzegł w chwili, gdy ten naprężył się
gwałtownie. Kubeł upadł, otwarta nagle klapa wypuściła rój wściekłych os. A drzwi na strych
jednocześnie się zatrzasnęły.
* * *
Rosie i mały Johny wyszli przed budynek, zostawiając za sobą pełne bólu wrzaski
uwięzionych na strychu mężczyzn. Trzymając się za ręce, poczekali, aż czarny mercedes
wykręci i zahamuje tuż przed nimi. Wsiedli.
- I jak? - zapytał Loki. Dalej ubrany był w mundur zastępcy szeryfa, ale gdzieś zniknęła