Выбрать главу

Od tego łomotania omal mi mózg nie odpadł.

Archanioł rozsiadł się w fotelu, nie czekając na zaproszenie.

- Po tej naszej akcji - zaczął - postanowiłem sobie, że zapoznam się lepiej z twórczością

pana Pollocka. Ot tak, dla poszerzenia wiedzy. I nie zgadniesz, czego się dowiedziałem.

Zamilkł na chwilę, licząc, że Loki zacznie zgadywać, o co chodzi. Ten jednak nie wydawał

się zainteresowany teleturniejami.

- Otóż ten obraz, który dostałeś, “Ragnarok”…

- Co z nim? - spytał Loki z cierpiętniczą miną kogoś, kogo w środku nocy budzi

pomyłkowy telefon.

- Wygląda dokładnie tak samo jak “Rytm jesieni”, tylko dobór barw ma inny. Myślę, że cię

oszukano, a ten obraz to falsyfikat!

Loki, ponownie przyczesawszy brodę, podszedł do leżącego na krześle garnituru.

Wyciągnął z marynarki złożony na cztery arkusz papieru i podał go archaniołowi.

- Szanowny panie Smith - zaczął czytać Gabriel. - Serdecznie dziękujemy za udostępnienie

nam obrazu z pańskiej kolekcji. Z przyjemnością zawiadamiamy, że zlicytowana suma przerosła

nasze najśmielsze oczekiwania. Terefere, terefere… Zgodnie z umową, czterdzieści procent

zysku przekazane zostaje na Fundusz Pomocy Dzieciom Etiopii, a pozostała część sumy

zostanie przelana na pańskie konto w terminie 14 dni od dnia aukcji. Z poważaniem…

Archanioł uniósł głowę znad kartki. Złożył ją i podał Kłamcy.

- Nie rozumiem.

- To proste - odparł Kłamca, wzruszając ramionami. - Przez kilka tygodni przyglądałem się

“Rytmowi jesieni”, by zapamiętać każdy szczegół, kształt każdego zacieku. A potem kupiłem

zwykłe płótno i nałożyłem iluzję, zmieniając tylko kolory. Ludzie patrzą po pozorach. A już

zwłaszcza nadęci fachowcy. Rozpoznali Pollocka, bo to w pewnym sensie był Pollock, tylko

trochę pokolorowany… Wątpię, by ktokolwiek się zorientował… Prócz ciebie oczywiście,

Gabrielo. Zrobił się z ciebie prawdziwy koneser.

Po chwili posępnego milczenia archanioł klepnął Lokiego w ramię.

- Nie mieszaj mnie więcej do takich rzeczy - powiedział i nie czekając na odpowiedź,

wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Zatrzymał się przy windzie. Wcisnął przycisk.

- Głodujące afrykańskie dzieci… - mruknął, kręcąc głową.

CICHA NOC

Wrocław

Święty Mikołaj uciekał przez miasto, a elf-pomocnik podążał w ślad za nim.

Ulica, którą biegli, nie różniła się niczym szczególnym od innych głównych ulic w wielkich

miastach - pełna była kolorowych sklepowych witryn, sunących powoli samochodów i

spieszących gdzieś ludzi, tego wieczoru najpewniej do domów na wigilijną kolację. Z

niesionych reklamówek wystawały nawet zakupione w ostatniej chwili pięknie opakowane

prezenty.

Padało. Niby nie deszcz, ale to, co docierało do ziemi, w niczym nie przypominało białej

śniegowej kołderki. Niemal z miejsca zmieniało się w śliską czarnoszarą breję, postrach

nieostrożnych staruszków.

Mikołaj dobiegł do skrzyżowania i, nawet nie zwalniając, ruszył na drugą stronę ulicy.

Zatrąbił klakson.

- Gdzie na czerwonym, kretynie?! - wrzasnął jakiś kierowca, który tylko cudem nie wpadł

w poślizg.

Święty nawet się nie obejrzał. Nie musiał. Ludzie często mu mówili, że chyba ma oczy

naokoło głowy. Doskonale wiedział, co dzieje się za nim i jak niewiele brakowało, by wszystkie

ogniwa ogromnego łańcucha samochodów nie wyhamowały w porę. Ale wiedział też, że nie

może się teraz zatrzymać ani nawet zwolnić. Nie teraz.

- Złodziej - rozległo się za jego plecami. - Łapcie tego Mikołaja! Okradł dzieci!

Przechodnie nie zareagowali. Łapać złodzieja w wigilijny wieczór, spóźnić się przez to na

kolację i kto wie - może nawet dostać po twarzy? Nie po to płacą podatki. Elf najwyraźniej

zrozumiał nastroje społeczne, bo przy następnym okrzyku był już skuteczniejszy:

- Trzymajcie go! Zboczeniec!

Ktoś zastąpił drogę uciekającemu i spróbował złapać za przyklejoną brodę. Święty

wywinął się, walnął napastnika pięścią w brzuch, a biodrem pchnął w stronę sklepowej witryny.

Jednak goniący go elf był coraz bliżej.

I wtedy właśnie z pobliskiego sklepu wysypała się nagle z dwudziestka Mikołajów, każdy z

reklamówką pełną cukierków. Kilku z nich, korzystając z uprzejmości kierowców, przebiegło

szybko przez ulicę, a pozostali ruszyli w jedną i drugą stronę, rozdając łakocie dzieciom, a

ulotki starszym. Zadyszany Święty nie miał pojęcia, co reklamują jego pobratymcy ani

dlaczego zaczynają to robić dopiero w wigilijny wieczór. Ale dzięki nim miał nadzieję uratować

skórę.

Elf również dostrzegł, co się szykuje. Przyspieszył, jednak za późno. Mikołaj był już

pewien, że zdąży. Wpadł między pierwszą parę przebierańców w czerwonych czapkach i

przecisnął się między nimi, uderzając od dołu w jedną reklamówkę z cukierkami. Tak jak

oczekiwał, zawartość zasypała chodnik, a wszystkie dzieci na ulicy skwapliwie zaoferowały

swą pomoc w sprzątaniu. Święty tymczasem minął drugą i trzecią parę swych sobowtórów, po

czym skręcił wprost do najbliższej bramy. Na moment zamarł, widząc skrzynkę domofonu, ale

drzwi okazały się otwarte. Wzdychając z ulgą, wbiegł na podwórze i kucnął między

pojemnikami na śmieci.

Minął dobry kwadrans, zanim w ogóle odważył się poruszyć. Płuca paliły go żywym

ogniem, a w pełnych śliny ustach czuł metaliczny posmak. Mimo to nie pozwolił sobie ani na

głębszy oddech, ani tym bardziej na splunięcie. Całe jego ciało drżało z wysiłku… I nie tylko.

W końcu wyszedł z ukrycia, otrzepując czerwony kubrak i próbując wyplątać ze sztucznej

brody pachnącą wspomnieniem mięty gumę. Nie dało się, więc mocnym szarpnięciem wyrwał

cały kłąb bawolego włosia i cisnął go na ziemię.

- I tak muszę się tego pozbyć - powiedział na głos. - W tym na pewno mnie rozpozna.

- Bez tego też, Światowidzie - usłyszał.

Mikołaj uniósł głowę i zobaczył siedzącego na murku elfa. Spiczastouchy trzymał w ręku

pistolet. Uśmiechał się.

- Szach i mat, brachu - rzucił z drwiną.

Święty ściągnął z głowy czerwoną czapkę. Pokręcił głową z rezygnacją.

- Więc to już koniec? - zapytał.

Elf zeskoczył i podszedł na kilka kroków, pilnując się jednak, by nie wejść w zasięg rąk

przeciwnika.

- Tak, Światowidzie - potwierdził. - To już koniec. Jak mawiają, z wiary powstałeś, a w

nicość się obrócisz. Gotów?

- A jeśli odpowiem, że nie?

- Nie warto - odparł elf, wzruszając ramionami. - Mam zabawną puentę na każdą okazję.

Mikołaj westchnął, po czym rozejrzał się po podwórku. Szare, odrapane i śmierdzące, z

wykrzywionym przerdzewiałym trzepakiem. Z pewnością nie należało do pierwszej dziesiątki

miejsc, gdzie chciałby zginąć. Nawet niebo było jak za kratami, odgrodzone rozciągniętymi na

wysokości drugiego piętra sznurami na pranie. Słusznie ktoś zauważył, że śmierć nie wybiera.

Na pewno nie miejsca, gdzie się pojawia. A jeśli nawet, to w swych wyborach nie kieruje się

dobrym gustem.

- Kończmy to - wyszeptał zdemaskowany Światowid. - Jestem gotów.

Elf już miał coś odpowiedzieć, gdy nagle tuż nad nimi otworzyło się okno. Spiczastouchy