błyskawicznie schował rękę z pistoletem za plecami.
- Tylko bez sztuczek - syknął i nieznacznie uniósł głowę.
Z okna pierwszego piętra spojrzała na niego pyzata, umorusana czymś buzia.
- Naprawdę, tatusiu! - krzyczał ktoś wewnątrz mieszkania. - Naprawdę jest tam Święty
Mikołaj. I to prawdziwy, bo z pomocnikiem.
Po chwili w oknie pojawiła się druga głowa uzbrojona w dwa sterczące w górę kucyki.
- Chodź, zobacz, tato! - zawołała pełnym przejęcia głosem dziewczynka. - Dalej tu są.
- Odsuńcie się od okna - rzucił męski głos z głębi. Mała wystawiła rękę i pomachała
Mikołajowi przyjaźnie.
- Odmachaj - syknął elf.
Światowid posłusznie spełnił rozkaz. Dodał także zupełnie nadobowiązkowy uśmiech.
Szczery, choć trochę zbyt smutny.
- Co teraz?
- Powoli ruszaj w stronę bramy - wyszeptał niedoszły zabójca. - Tylko bez głupich
numerów, bo roz…
Umilkł, gdy w oknie pojawił się ojciec dziewczynki. W zapadającym powoli mroku dało
się dojrzeć jedynie jego czarną sylwetkę na tle żółtego światła z wnętrza mieszkania.
- Panowie się zgubili? - zapytał.
Elf zadarł głowę i posłał mu pogodny uśmiech.
- Ależ skąd, my tylko…
- Nie mamy dokąd pójść - dokończył głośno Mikołaj. - Jesteśmy bezdomnymi z ośrodka
brata Alberta. Mieliśmy dostać pracę w…
Aż syknął z bólu, gdy łokieć drugiego przebierańca uderzył go pod żebra. Mimo to mógł
być z siebie dumny. Jeśli właśnie pojawiła się jego szansa, wykorzystał ją należycie. Jeśli nie,
no cóż, zawsze warto spróbować.
Mężczyzna w oknie uniósł rękę i podrapał się po głowie, po czym na chwilę zniknął im z
oczu.
- Kochanie, czy możesz dołożyć jeszcze jedno nakrycie? - usłyszeli. - W tym roku
niespodziewanych gości będzie dwóch.
* * *
- Myślisz, że to ci coś pomoże? - syknął elf, gdy wspinali się po schodach na pierwsze
piętro.
Mikołaj wzruszył ramionami.
- Już pomogło - odparł. - Wiedziałem, że nie zabijesz mnie na ich oczach. To by się nie
spodobało twoim panom, co? Zasiałoby zgorszenie, a… Jak to było? Niepodobna, żeby nie
przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby
kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem
grzechu jednego z tych małych. To chyba z Ewangelii Łukasza.
- Znasz Świętą Księgę, Światowidzie? - Elf wydawał się naprawdę zdziwiony.
- Znam wiele świętych ksiąg, Loki, trzeba znać zwyczaje wroga.
Na górze szczęknął zamek i zaskrzypiały otwierane drzwi. Do pokonania zostało im tylko
półpiętro. Loki przysunął usta do ucha Światowida.
- I tak cię zabiję - szepnął. - Skopałeś mi wieczór.
* * *
Przed drzwiami czekał na nich gruby, może czterdziestoletni mężczyzna o sympatycznej
twarzy ozdobionej krótko przyciętą czarną bródką. Jego gładko wygolone policzki błyszczały
od wtartego w nie kremu, a starannie zaczesane na bok włosy mieniły się jeszcze kroplami
wody. Na lewej klapie jego szarej marynarki widniało coś, co Loki w pierwszej chwili wziął za
plamę, a okazało się znaczkiem honorowych krwiodawców - maleńka, uśmiechnięta czerwona
kropelka.
- Mam do panów ogromną prośbę - powiedział cicho, gdy obaj przebierańcy weszli na
piętro. - Oczywiście mogą panowie odmówić, ale pomyślałem, że skoro mają panowie te stroje,
a moje brzdące wciąż jeszcze wierzą w Mikołaja… i jego pomocnika oczywiście. No więc
pomyślałem…
Światowid bezradnie rozłożył ręce.
- Bardzo chętnie, ale jak pan widzi, nie mamy nic prócz tych łachów.
Grubas machnął ręką.
- Mam dla nich prezenty - wyjaśnił. - Chciałem im je podrzucić pod choinkę, ale gdyby
panowie byli tak mili, byłbym bardzo wdzięczny. To naprawdę wspaniałe dzieciaki i nie trzeba
ani ich karcić, ani straszyć rózgami. Podejrzewam, że nawet zaśpiewają bez proszenia.
- Jak cudnie! - westchnął cicho Loki, wznosząc oczy ku niebu.
- Oczywiście jeśli panowie odmówią - ciągnął dalej gospodarz - to nie ma sprawy.
Rozumiem, że mogą być panowie zmęczeni i tak czy inaczej zapraszam na wigilijną wieczerzę.
Tyle że…
Światowid uciszył go gestem i uśmiechnął się wesoło.
- Panie…
- Dorek - przedstawił się grubas, wyciągając rękę. - Roman Dorek.
- Bogusław Widzeński - zrewanżował się Światowid, ściskając podaną dłoń. - A to jest
Kłam…czyński. Mirek. Znaczy Mirosław.
Loki, który do tej pory stał nieco z tyłu i blokował schody, zrobił krok w przód i również
przywitał się z gospodarzem.
- Z przyjemnością wręczymy prezenty pańskim dzieciom, panie Dorek.
Sympatyczny brodacz uśmiechnął się pogodnie i zastukał cichutko do drzwi. Te uchyliły
się i kobieca ręka wystawiła na próg niewielki czerwony worek.
- Jeśli panowie pozwolą, to ja teraz wejdę do środka, a panowie tak za jakieś dwie, trzy
minuty. To mądre dzieci i mogłyby się czegoś domyślić.
Przestąpił próg.
- Nazywają się Jaś i Małgosia - szepnął jeszcze i zamknął za sobą drzwi.
Przebierańcy zostali sami na korytarzu.
- Jaś i Małgosia - parsknął Loki. - Jakie to oryginalne!
Światowid nie odpowiedział. W myślach układał, co powie. Nie mógł zacząć tak jak w
supermarkecie, skąd miał strój, bo tam wszystko było przygotowane na masówkę: siadał na
krześle, a obok ustawiała się kolejka dzieci. Każde z nich siadało mu na kolanach, mówiło
życzenie i dostawało kupon na balonik i zniżkę w McDonaldzie. Tam było prosto, a tu…
- Masz jakiś pomysł, jak to zrobimy? - zapytał.
Kłamca poprawił zielony kubraczek.
- Myślę raczej, jak najlepiej odwdzięczyć ci się za całą tę szopkę - odparł. - Zupełnie nie
rozumiem, dlaczego dałem się w to wciągnąć. Niezidentyfikowany mężczyzna w stroju Mikołaja
zastrzelony w Wigilię na oczach mieszkańców kamienicy… Co mi szkodziło? Może nie co roku,
jednak takie rzeczy się zdarzają.
Fałszywy Mikołaj zarzucił worek na plecy i złapał za klamkę.
* * *
Wchodząc do saloniku Dorków, Światowid po raz pierwszy odkrył, że naprawdę istnieją
ludzie, którzy nie potrzebują wiele, by być szczęśliwymi. Owszem, znał wielu, którzy
wyrzekali się dóbr doczesnych dla takich czy innych celów. Oni żyli w większym nawet
ubóstwie, za to z ogromną nadzieją na przepych w wieczności. Mieszkańcy tego domu nie
potrzebowali żadnych nagród. To, co mieli, wystarczało im w zupełności.
Całe wyposażenie pokoju sprowadzało się do kanapy, kilku krzeseł, suto zastawionego
stołu, stojącej przy oknie choinki i regału. Ten ostatni nie był niczym innym jak drewnianą,
rozkładaną drabiną malarską. Pomiędzy jej szczeblami położono polakierowane szerokie deski.
Na drabinowych półkach stały książki. Na samym dole gumowe i tekturowe Jasia, wyżej
dwie półeczki na baśnie Małgosi. Potem kolekcja książek przygodowych wymieszanych ze
starymi wydaniami powieści Clancy’ego i MacLeana, a na przedostatniej półce równo stojący
szereg wszelkiego rodzaju poradników. Najwyższą i zarazem najwęższą półkę zajmowała
oprawiona w skórę Biblia. Ku zdumieniu Światowida, nigdzie nie było telewizora ani nawet
radia.
Przy oknie po drugiej stronie pokoju stała uśmiechnięta, wyglądająca na dwadzieścia kilka