lat szczupła brunetka z bliznami po trądziku na pociągłej, a mimo to niezwykle sympatycznej
twarzy. Zasłaniała oczy dwóm pociechom, z których starsze, dziewczynka, mogło mieć z pięć
lat. Młodsze - dwa lub trzy.
Gospodarz zatarł ręce i gestem zaprosił gości do pokoju. Światowidowi wskazał specjalnie
dla niego ustawione krzesło.
- Uwaga, dzieci - powiedział głośno pan Dorek. - Zaraz odsłonimy wam oczy, a wtedy
okaże się, czy byłyście grzeczne. Wiecie, kto przychodzi do grzecznych dzieci?
- Mikołaj! - zawołała dziewczynka.
- Kołaj! - spróbował powtórzyć Jaś.
Stojąca za nimi matka wybuchnęła śmiechem. Gospodarz posłał żonie karcące spojrzenie,
ale zaraz również się roześmiał.
- Uwaga - powiedział po chwili. - Już.
Gospodyni cofnęła ręce.
Oczom Światowida i Lokiego ukazały się dwie najszczęśliwsze buźki na świecie. Dawka
uwielbienia, jaka popłynęła w ich kierunku, sprawiła, że nawet Kłamca poczuł się nieswojo.
Tylko troszkę i przez krótki moment, ale i tak było to dla niego nowe odkrycie. Nagle nabrał
przekonania, że powinni stąd iść jak najszybciej.
Światowid czuł się w swej roli dużo pewniej. Nie na darmo niemal każdy supermarket
chciał go mieć u siebie. Wszystkie wątpliwości co do tego, jak zacząć, rozwiały się w jednej
chwili. Pozwolił dojść do głosu tkwiącej w nim mikołajowatości.
- Dobry wieczór, kochane dzieci - powiedział, przeciągając słowa. - Czekałyście na mnie?
- Bardzo, Mikołaju - powiedziała Małgosia, odruchowo chwytając brata za rękę. - Tatuś
powiedział, że nie mogłeś do nas przyjść szóstego grudnia, bo miałeś dużo spraw, ale że
przyjdziesz dzisiaj. I jak Jasiu zobaczył cię za oknem, i mnie zawołał, i ja też cię wtedy
zobaczyłam, to od razu wiedziałam, że idziesz do nas, bo my naprawdę byliśmy bardzo
grzeczni.
Światowid słuchał tego monologu, uśmiechając się i kiwając głową. Przymocowany do
czapki pompon podrygiwał w rytm jego potakiwań.
- Z wyjątkiem tego razu - nie przestawała mówić dziewczynka - gdy Jasiu wszedł na
parapet i prawie nie spadł, ale wtedy mamusia mocno go przytuliła i powiedziała, że się nie
gniewa, więc to się chyba nie liczy, prawda?
- Nie - odparł Światowid, z całej siły próbując ukryć rozbawienie. - Skoro mamusia
powiedziała, że się nie gniewa, i nikomu nic się nie stało, to się nie liczy.
Uśmiech na twarzy dziewczynki był coraz szerszy. Zerknęła najpierw na mamę, potem na
tatę i puszczając rękę brata, postąpiła do przodu kilka kroków.
Loki pomyślał, że pewnie to przez ciekawość, co też Światowid ma w worku, ale
dziewczynka nawet nie spojrzała na prezenty. Bardziej interesował ją sam Święty. Sięgnęła ręką
do dużej kieszonki na piersi i wyciągnęła zamalowaną, zgiętą na pół kartkę.
- To dla ciebie, Mikołaju - powiedziała.
Ten wziął prezent i przyjrzał się uważnie. Obrazek przedstawiał, a jakże, Świętego
Mikołaja stojącego przed swoimi brązowymi saniami, na których już leżał przepełniony wór
wielokolorowych paczek. Psopodobne różowe renifery czekały cierpliwie, aż ich pan wsiądzie
na nierówny, fioletowy kozioł, i nic sobie nie robiąc z kiepskiej pogody, pogoni je do roboty.
- Dziękuję ci bardzo, Małgosiu - szepnął Światowid. Położył obrazek na swoim krześle.
Dziewczynka dygnęła i przeniosła wzrok na Lokiego.
- Dla pana elfa też bym coś narysowała, ale nie wiedziałam, że pan przyjdzie.
- Nic nie szkodzi - rzucił Kłamca, próbując się uśmiechnąć. Jak się okazało, nie było to
wcale takie trudne. - Następnym razem… - zaczął, ale dziewczynka błyskawicznie odwróciła się
na pięcie i wybiegła z pokoju. Loki zerknął zdziwiony na gospodarza, ten jednak tylko wzruszył
ramionami. Nie mam pojęcia - mówił ten gest - co szykuje moja mała.
Mały Jaś zaniepokoił się trochę, gdy został bez siostry. Wygiął buzię w podkówkę, a ręce
wzniosły się ku mamie. Kobieta wzięła go na ręce i przytuliła.
- Co się stało, Jasiu? - zapytała. - Przecież to Mikołaj. Tak czekałeś na niego. Może
zaśpiewasz mu piosenkę?
- Nie - szepnął stanowczo chłopiec, wciskając nos w ramię matki.
Pan Dorek podrapał się po głowie.
- Cóż - westchnął. - Myślę, że…
I w tym właśnie momencie do pokoju wróciła Małgosia, trzymając pod pachą szarego
pluszowego misia. Dumnym krokiem podeszła do Lokiego.
- To dla pana - powiedziała z pełnym przekonaniem.
Kłamca popatrzył po zebranych w pokoju, wyczekując jakiejś reakcji ze strony rodziców
małej. Jakiegoś Pan pewnie nie chce twojego misia, albo Przecież dostałaś go od babci Józi.
Babcia się obrazi. Ale państwo Dorkowie uśmiechali się tylko, najwyraźniej dumni z
zaradności swej pociechy. Loki kucnął.
- Nie mogę go wziąć - powiedział z pogodnym uśmiechem. Sam się zdziwił, że przychodzi
mu to coraz łatwiej. Niemal odruchowo. - On jest twój.
Dziewczynka stanowczo pokręciła głową.
- Już nie - odparła. - Kiedy weszłam do pokoju z zabawkami i zapytałam, kto chce iść z
panem elfem, sam się zgłosił. To dobry miś. Nazywa się Kłamczuch.
Brwi Lokiego uniosły się.
- Jak? - zapytał przekonany, że źle usłyszał.
- Kłamczuch, panie elfie. Nazwałam go tak, bo ciągle opowiada różne rzeczy, a jak się
potem pytam mamy, to mówi, że to jakieś bzdurki i pyta, gdzie to usłyszałam. Proszę, niech pan
go weźmie.
Wziął zabawkę i podziękował. Nie było sensu dyskutować z tą dziewczynką. Odda potem
misia rodzicom. Zerknął w stronę Światowida. Ten uśmiechał się drwiąco, a gdy spotkał wzrok
Lokiego, bezdźwięcznie powiedział panie elfie.
Ten przejechał palcem po szyi. W przód, w tył i z powrotem. Ale kto nie wiedział, o co
chodzi, myślałby, że tylko chciał się podrapać.
- Dzieci - rzekł pan Dorek - o prezenty poprosimy Mikołaja później, a teraz zaprosimy jego
i pana elfa na kolację. Co wy na to?
* * *
Jedzenie było dobre, choć przywykłemu do mięsa Lokiemu czegoś w smaku potraw
brakowało. Mimo to, naśladując gospodarzy, próbował wszystkiego i ani razu nie pożałował.
Gdzieś za ścianą nieszczególnie dobrany chórek zawył: Lulajże, Jezuniu…
Pan Dorek uśmiechnął się.
- Ktoś tu widać zaczął wcześniej - skomentował. - Strawińscy są już pewnie po kolacji.
Nie trzeba było prosić o modlitwę Światowida - pomyślał Kłamca, krzywiąc się z
niesmakiem. - Gdyby nie ten zakłamany sukinsyn, mielibyśmy z pół godziny do przodu. I ryba
by nie wystygła.
Gospodyni wychwyciła jego spojrzenie.
- Coś nie smakuje, panie elfie? - zapytała.
Loki pokręcił głową.
- To tylko ość - wyjaśnił i na dowód wyciągnął iluzyjną igiełkę z ust.
Gdy tylko kobieta pochyliła się ponownie nad talerzem synka, spojrzał na Światowida.
Głupiec - myślał, patrząc jak tamten męczy się, by wraz z jedzeniem nie wpakować sobie
do ust pęku sztucznych włosów. - Czy sądził, że składając życzenia, uratuje skórę? I to jeszcze
jakie życzenia. “Abyś nauczył się odróżniać przyjaciół od wrogów…”. Co to w ogóle miało
być?
Poczuł na sobie wzrok gospodarza. Pan Dorek wskazał głową na trzymany w rękach