Выбрать главу

spacer opustoszałymi ulicami miasta wywiał z niego niemal całą złość. Właściwie to przecież

wypełnił swe zadanie. Gdy odchodził, Światowid leżał wśród kontenerów na śmieci z

przestrzeloną głową. Nie żył z całą pewnością. A to, że już niedługo pojawi się prawdziwa

konkurencja dla Świętego Mikołaja… Może nawet i lepiej, w końcu interesy to nie tylko

zaspokajanie podaży, ale też wzbudzanie popytu.

Wydobył spod kurtki pluszowego misia i przyjrzał się dużej dziurze w jego piersi.

Kłamczuch był całkiem niezły jako tłumik - pomyślał. Chciał już cisnąć pluszaka w kąt, jednak

smutna, szara mordka obudziła wspomnienia.

Sygin zawsze nabierała się na takie spojrzenie, dlatego też Loki przestał zabierać ją na

polowania. Zawsze miał wrażenie, że wypuszczone sarny czy króliki kpią sobie potem z

litościwego łowcy. O tak, jego żonie z pewnością spodobałby się Kłamczuch. Gdyby tylko

otworzyła oczy…

Siedział tak jeszcze przez chwilę, po czym złapał za stojący na stoliku nocnym telefon.

- Obsługa? Proszę o igłę i szarą nić. Nie, to nie żaden dowcip. To kaprys znudzonego

milionera! Pokój 115.

Tacie

EGZORCYSTA

Południowe Włochy

- To już nie jest moja córka - kolejny raz wyszeptał Michaelo Tonsi, mocniej zaciskając

palce na rękojeści kuchennego tasaka.

Powoli zbliżał się do zwieńczenia schodów. Jeszcze tylko kilka metrów korytarza dzieliło

go od pokoju dziewczynki. Przystanął na chwilę i zerknął za siebie. Z tego miejsca podjęta na

dole decyzja nie wydawała się już tak dobrym pomysłem, a świadomość, że w domu nie ma

nikogo prócz Mar…

- To już nie jest Marietta - zganił się. Zrobił kolejny krok. Skryta pod dywanikiem deska

zatrzeszczała zdradziecko. Zamarł w bezruchu. I wtedy właśnie usłyszał warkot…

Pies, potężny doberman, wyłonił się z cienia i błysnął szkarłatnymi ślepiami. Z na wpół

rozwartego pyska skapywały białe płaty piany.

Michaelo przerażony upuścił nóż. Bestia, jakby tylko na to czekając, ruszyła do przodu. W

ułamku sekundy przewróciła mężczyznę i zatopiła pożółkłe kły w jego krtani. Trysnęła krew…

* * *

Gdyby ojciec Paolo miał w tej kwestii coś do powiedzenia, z pewnością nie wybrałby

jezuity. Jak przystało na franciszkanina, darzył ten zakon szczerą i dogłębną niechęcią. Nie

odpowiadały mu ich metody, przenikliwe spojrzenia i psychoanalityczne gierki. No i ten

czwarty ślub, dający więcej przywilejów niż ograniczeń.

Oczywiście zdanie ojca Paola nie miało najmniejszego znaczenia. Bo czymże jest opinia

prostego gwardiana wobec decyzji Watykanu?

Stojący po drugiej stronie biurka krótko ostrzyżony blondyn w koszuli z koloratką

odchrząknął, dając do zrozumienia, że znudziło mu się kontemplowanie skromnie

wyposażonego gabinetu.

Ojciec Paolo uniósł głowę i oddał mu wizytówkę. Powoli zdjął okulary. Nie miał zamiaru

proponować przybyszowi, by usiadł. Młody jest, postoi…

- Cóż, ojcze Lokianie - wychrypiał zdartym od hymnów głosem. - Skoro tak chce Stolica,

nie zamierzam się sprzeciwiać. Ona wszak nieraz radziła sobie w podobnych sytuacjach. Tyle

tylko, że nie jestem przekonany, czy wiek - ostentacyjnie zmierzył młodego kapłana wzrokiem -

a co za tym idzie, doświadczenie ojca jest…

- Mam trzydzieści trzy lata, ojcze - przerwał jezuita. - Nasz Pan, będąc w tym wieku,

zbawił świat. Myślę, że z jego pomocą dam radę jednemu demonowi.

Gwardian westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą.

- Pycha jest atutem dla szatana.

- Nie pycha, ojcze - zaprzeczył młody kapłan. - Wiara. Wszak, jak mówi apostoł, wszystko

mogę w Chrystusie, który mnie umacnia.

Franciszkanin kolejny raz westchnął. Z niemałym trudem wstał i ruszył w kierunku stojącej

przy ścianie szafy. Otworzył jedną z szuflad, by wyciągnąć niewielką teczkę. W porównaniu z

innymi była cieniutka. Mogła mieścić w sobie raptem parę stroniczek. Ale tylko tę ozdabiał

czerwony pasek.

Ojciec Paolo rozwiązał sznurek. Ostatni raz rzucił okiem na znajdujące się w środku

zdjęcie, po czym podał dokumentację jezuicie. Ten, nie zaglądając do teczki, zamknął ją i

włożył pod pachę.

- Nawet ojciec nie spojrzy? - zdziwił się franciszkanin.

Lokian wzruszył ramionami.

- Zakładam, że będzie jeszcze w takim stanie, iż rozpoznam ją bez kłopotu - wyjaśnił. - A

jakbym miał się zgubić, zamknę oczy i dojdę po zapachu. Gdyby demony walczyły tak jak

śmierdzą, już dawno rządziłyby niebem.

- Ojciec chyba nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji! - nie wytrzymał gwardian. - Ta

smarkula zamordowała własnego ojca! Poszczuła go psami!

- Jednym psem - sprostował jezuita. - Dzieciaki robią gorsze rzeczy z byle powodu.

Słyszałem, że w Teksasie dziesięciolatek zastrzelił ojca, bo ten nie chciał mu dać

kieszonkowego.

- Też opętany?

- Raczej zdesperowany. W “Playboyu” prezentowali zdjęcia Julii Roberts.

Ojciec Paolo zaczerwienił się po czubki uszu.

- Ależ… - zaczął, jednak Lokian nie pozwolił mu dokończyć.

- Niech ojciec posłucha - powiedział lekko zniecierpliwionym głosem. - Kilka kilometrów

stąd jakiś demon posiadł ciało małej dziewczynki i z każdą chwilą rośnie w siłę. Proponuję

więc, żeby dał mi ojciec coś do zjedzenia i wskazał drogę. Niczego więcej mi nie trzeba, toteż

pewnie więcej mnie już ojciec nie zobaczy. Proszę tylko o obiad i transport. W tej kolejności.

Gwardian zastanawiał się przez chwilę.

- Z tego, co słyszałem, nie ponosi ojciec zbyt długo tego obiadu.

Jezuita sięgnął do kieszeni i wyciągnął pudełeczko wykałaczek.

- Zaryzykuję.

* * *

Około dwudziestej samochód zatrzymał się przed domem Tonsich. Ojciec Lokian wszedł

na ganek i cichutko zastukał do drzwi. Otworzyła mu trzydziestoletnia kobieta o pociągłej

twarzy i ognistorudych włosach. Ich płomień wyraźnie kontrastował z bielą wymęczonego

brakiem snu oblicza. Na widok koloratki ożywiła się nieco.

- Czy ksiądz jest… tym, na kogo czekamy? - Jej głos pełen był niepewności i bezsilnego

smutku.

Jezuita skinął głową.

- Jestem egzorcystą - powiedział. - Przybywam z polecenia Ojca Świętego, by pomóc pani

córce.

W oczach kobiety błysnęły iskierki bólu.

- To już nie jest moja mała Marietta. Ona… odeszła, a tam…

Kapłan położył rękę na jej ramieniu i uśmiechnął się.

- Tam siedzi teraz ktoś, komu należy dać do zrozumienia, że pomysł z opętaniem pani córki

nie był jego najlepszym. A nikt nie zrobi tego lepiej niż ja.

Kobieta gwałtownie potrząsnęła głową.

- Nawet ksiądz tam nie dojdzie - oznajmiła, a po jej policzkach spłynęły łzy. - Ten pies…

Jezuita chwycił ją za podbródek i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Kolejny raz skrzywił się

w uśmiechu.

- Proszę tu tylko zaczekać na mojego asystenta… ojca Michelangelo. Niech czeka na mnie

pod oknem - powiedział. - Resztę niech pani zostawi mnie… I niebiosom.

Minął ją i pewnym krokiem ruszył w stronę schodów. Warczenie rozległo się, gdy dotarł do

ich połowy. Powoli i jakby od niechcenia uniósł głowę. Bestia stała nad nim, szczerząc dziko

kły. Jezuita nie zwolnił ani na chwilę. Nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy pies zacisnął szczęki

na jego szyi, łapiąc w pysk… powietrze. Doberman przechylił łeb z niedowierzaniem i nagle