popchnięty siłą potężnego kopnięcia pomknął w dół. Wylądował gdzieś pomiędzy trzecim a
czwartym stopniem. Z pękniętej czaszki wyciekła stróżka krwi…
Stojąca u szczytu schodów półprzezroczysta sylwetka na powrót stała się ojcem Lokianem.
Jezuita przechylił gwałtownie głowę, aż chrupnęły kręgi, włożył do ust wykałaczkę i powoli
ruszył w głąb korytarza.
Zatrzymał się przy sporych rozmiarów lustrze wiszącym nad zabytkowym sekretarzykiem.
Odsunął marynarkę. Do pasa miał zamocowaną skórzaną torebkę z Pismem Świętym i
drewnianym krzyżem. Wiedział, że gdyby przyszło co do czego, żaden z tych przedmiotów nie
zdałby mu się na nic, ale czasem trzeba zachowywać pozory. Wierni patrzą.
- Mówisz do mnie? - wycedził, uśmiechając się paskudnie do swego odbicia.
Błyskawicznie dobył krzyża i wycelował nim w lustro.
- Strzeż się, demonie - dodał, nie kryjąc rozbawienia. - Szeryf jest w mieście.
Delikatnie pchnął drzwi i wszedł do wypełnionego błękitnym blaskiem pomieszczenia.
Odrzucił go potworny smród. Przetarł łzawiące oczy i wciągnął kilka razy przepełnione
odorem powietrze. Pomogło. Przestał czuć cokolwiek. Za to zaczął widzieć.
Pokój nie prezentował się imponująco. Jedna wisząca szafka do połowy wypełniona
książkami, niewielkie biurko z przykręcaną czarną lampką i obrotowym krzesłem. Oprócz tego
duża, dębowa szafa pamiętająca młodość Mussoliniego. Z jej masywnych drzwi uśmiechały się
twarze Enrique Iglesiasa i Ricky’ego Martina.
No i oczywiście łóżko. To z niego bił ten trudny do wytrzymania smród gnijącego mięsa.
Zaduch życia, które staje się śmiercią - dobrze znany policjantom wyławiającym zwłoki z
mulistych kanałów lub forsującym drzwi mieszkań samotnych staruszek, których brak na ławce
przed domem sąsiedzi uświadomili sobie dopiero po tygodniu. Ale egzorcysta wyczuł w nim
coś jeszcze… Przyjrzał się.
Dziewczynka siedziała tyłem do drzwi, wlepiając wzrok w okno. Przez chwilę mogło się
wydawać, że nie zdaje sobie sprawy z obecności księdza, że wszystko pójdzie łatwiej, niżby
oczekiwał… I wtedy właśnie w maleńkim karku coś strzeliło cicho i głowa opętanej odwróciła
się o sto osiemdziesiąt stopni. Demon spojrzał na kapłana pełnymi wściekłości oczami dziecka.
A właściwie już nawet nie dziecka, tylko rozczochranego, zielonego potwora o dzikich oczach i
zaschniętych strugach wymiocin na brodzie. Dopiero teraz było widać, jak bardzo nowy lokator
zadomowił się w ciele Marietty. Pokryty pleśnią język muskał brudne zęby z odstręczającą
lubieżnością, a skapujące z czoła krople potu nadawały trupio zgniłej skórze złowrogiego
blasku. Monstrualnie napuchnięte tętnice drżały pompowaną krwią, zaś ręce same, bez
patrzenia dorysowywały wąsy postaciom na świętych obrazkach, których co najmniej
kilkanaście dziewczynka trzymała na kolanach.
Ojciec Lokian nawet nie drgnął. Tylko tkwiąca w jego ustach wykałaczka przewędrowała z
jednego kącika ust do drugiego. Przez chwilę trwali w bezdźwięcznym pojedynku, mierząc się
niczym rewolwerowcy w oczekiwaniu na pierwsze uderzenie dzwonu wybijającego południe.
W końcu jednak jezuita przemówił:
- Nie za daleko jak na ciebie?
Nie było dymu, syku ani nagłego wichru. Żadnej odpowiedzi.
Egzorcysta uśmiechnął się. Podszedł do biurka i usiadł na krześle.
- Jesteś Żydem? - zapytał znowu. - Bo na Chińczyka mi nie wyglądasz. Nie dałeś tej małej
skośnych oczu. Egipt odpada, Grecja też… czekaj, już wiem. Pers?
Spojrzenie dziewczynki złagodniało. Język i zęby zniknęły w zamkniętych ustach, prawa
ręka upuściła kredkę. Ojciec Lokian skinął głową.
- Tak myślałem - stwierdził, wskazując na zbezczeszczone obrazki. - Tylko Żyd albo Pers
mógłby rysować takie loczki. No i ten pies… Jakbym znów widział króla Dariusza.
Głowa Marietty kilkakrotnie poruszyła się w górę i w dół.
- Ale i tak uważam, że spisałeś się nieźle - kontynuował egzorcysta. - Zdradził cię smród.
Chrześcijańskie demony raczej nie cuchną odleżynami i trądem. Siarka i spalenizna to co
innego… No, powiesz mi, jak się nazywasz, czy mam sam na to wpaść?
Z ust dziewczynki dobył się bulgot. Niewidoczny przybysz dopiero po chwili zapanował
nad zdobycznym aparatem mowy.
- Astowidad - wycharczał. - Śmierć i Zaraza.
- Więc nie pomyliłem się. Pers. I pomyślałeś sobie, że odbierzesz diabłu kilku wiernych,
tak? - drążył jezuita. - Że stary, dobry Lucyfer nie przejmie się jedną małą włoską wioską?
Ledwie parę setek mieszkańców! Dla niego jak splunąć, a dla ciebie ziemia obiecana, co? Cóż,
gdyby nie było to tak bezdennie głupie, powiedziałbym, że to nawet sprytny pomysł.
Oczywiście jednak zdajesz sobie sprawę, że nie możemy tego tak zostaw…
W tym momencie demon zaatakował. Błyskawicznie opuścił ciało małej i skoczył w stronę
kapłana. Jego wielkie, pokryte łuskami łapy momentalnie ścisnęły szyję Lokiana, a olbrzymi
ogon owinął się wokół piersi, miażdżąc żebra. Bestia odchyliła do tyłu rogaty łeb, wysunęła
rozdwojony język…
Rozległ się głośny brzęk i powietrze wypełnił rój szklanych odłamków. Potwór osłabił
uścisk i obejrzał się. W miejscu, gdzie jeszcze przed momentem było okno, zionęła teraz
potężna wyrwa, a w niej stał sześcioskrzydły, odziany w szarą togę serafin z płonącym
mieczem w dłoni. Jego twarz skryta była w cieniu kaptura.
Bestia oderwała się od ledwo żywego jezuity i błyskawicznie odwróciła, wznosząc łapy do
walki. Serafin niespiesznie sięgnął lewą ręką do kaptura i zdjął go, odsłaniając poznaczoną
bliznami i spaloną słońcem twarz. Wytatuowany wokół lewego oka płomień zalśnił
krwistoczerwonym blaskiem, gdy kąciki ust anioła uniosły się w nikłym uśmiechu.
- Ho, ho, ho - wycedził przez zęby.
Dalej wszystko poszło już błyskawicznie. Przybysz uniósł miecz i szybkim jak myśl
cięciem odciął demonowi łapę. Potwór ryknął z bólu, odruchowo atakując ogonem. Anioł
kucnął, chlasnął bestię przez korpus i zanim ta zdążyła zareagować, uniósł się w powietrze,
wykonał taneczny obrót, po czym uderzył na łeb. Rogaty czerep podskoczył w górę, grzmotnął
o sufit i spadł tuż obok wstającego z podłogi ojca Lokiana.
Jezuita spojrzał z pogardą na odrąbaną głowę i splunął jej między ślepia. Powoli przeniósł
wzrok na stojącego teraz przed nim anioła.
- Nie za wcześnie, Michale? - zapytał, nie kryjąc sarkazmu. - Przecież spokojnie mogłeś
poczekać jeszcze z jakiś kwadrans.
Serafin zgasił ostrze i wsadził miecz do ukrytej między skrzydłami pochwy.
- Nie jęcz, Loki. Przecież zdążyłem. Czemu się gorączkujesz?
- Ty się jeszcze pytasz? To miał być demon mityczny. Tak mi powiedziałeś, nie? Łatwa
robota, nie natrudzisz się, bo to jakiś pomniejszy mityczny stwór nie wiadomo skąd… Otóż
powiem ci coś, panie ekspercie. Pomniejsze mityczne stwory nie mają pieprzonych dwóch
metrów i łap jak wystawa noży. To, co tu leży, to demon z waszego cholernego piekła!
- Z wyglądu pasuje - stwierdził Michał. - Ale nie śmierdzi jak one. Tu czuć raczej…
- Zgnilizną? Też tak myślałem - zgodził się Kłamca. - I właśnie dlatego uwierzyłem w tego
całego Astowidada. Swoją drogą, piekłu bardzo musi już na mnie zależeć, skoro specjalnie dla
mnie demony zaczynają używać innych perfum.
- Jak to dla ciebie? - archanioł skrzywił się z powątpiewaniem.