moc przeciwko wrogom…
Stojąca w mroku postać schyliła się i wyrwała z ziemi źdźbło trawy. Przez chwilę bawiła
się nim, przekładając między palcami, po czym włożyła do ust.
- Cóż - przemówiła w końcu, nie kryjąc rozbawienia - wszystko wskazuje na to, że
skłamałem. Nieładnie z mojej strony.
Palce na kosturze zbielały. Starzec jeszcze mocniej zacisnął wilgotne powieki, pragnąc
pozbyć się już nie tylko łez, ale i obrazu pozostałej w wiosce córki. I wszystkich innych córek,
synów, sióstr, braci…
- Oby Odyn wywarł na tobie srogą pomstę, zdrajco.
Postać zaśmiała się.
- Odyn? Przekaż mu serdeczne pozdrowienia. Powiedz, że dla niego szykuję coś lepszego.
- Bądź przeklęty, Loki…
Źdźbło trawy przewędrowało z jednego kącika ust do drugiego.
- Zobaczę, co da się zrobić.
Nowy Jork
Współcześnie
Z zasady Loki nie miał nic przeciwko technice. Wręcz przeciwnie, odpowiadała mu
większość ludzkich osiągnięć na czele z samochodem, telewizorem i lodówką. Były jednak
chwile, gdy ich nienawidził. Takie chwile jak ta.
Po omacku, zajęty odwzajemnianiem pocałunków siedzącej na nim nagiej piękności,
próbował zlokalizować ręką telefon. Wreszcie się udało.
Zręcznie zrzucił z siebie dziewczynę i przyłożył słuchawkę do ucha.
- Lokstar Val Hallen - wycedził. - Słucham.
Zaszczebiotał jakiś przejęty kobiecy głosik. Kłamca poderwał się na równe nogi.
- Naprawdę? Ależ oczywiście. Zaraz będę.
Odłożył słuchawkę i jakby z niedowierzaniem popatrzył na rozłożoną na łóżku, gotową na
wszystko kocicę.
- Muszę lecieć - powiedział, wciągając dżinsy.
- Załatw to i wracaj szybko - odparła dziewczyna. Loki uśmiechnął się smutno.
- Nie, to może potrwać całą wieczność. A po takim czasie to nawet taki kretyn, jak ter twój
osiłek, zorientowałby się, że coś jest nie tak.
- Nie nazywaj Dave’a kretynem! - oburzyła się dziewczyna. - Mógłby cię rozgnieść na
miazgę.
- Wcale by mnie to nie zdziwiło. - Kłamca uporał się z koszulką i wsunął buty. Podniósł z
krzesła płaszcz. - Taka szafa jak on? Szkoda tylko, że z tak maleńkim kluczykiem, prawda?
- A ty to niby co masz, złamasie?! - wrzasnęła za nim, ale odpowiedział jej tylko tupot nóg
na schodach.
* * *
Lało jak z cebra. Wielkie krople bębniły w dach samochodu i rozbijały się o przednią
szybę. Wycieraczki raczej wiosłowały, a nie odgarniały wodę.
Loki z trudem zmuszał się do patrzenia na jezdnię. Jego myśli krążyły wokół usłyszanych
przez telefon słów. Jakim cudem mogła się obudzić? Przecież Gabriel nie dawał jej żadnych
szans. Dziwił się, że w ogóle przeżyła. A teraz… Jakim cudem?
Samochód zahamował na miejscu dla karetek. Kłamca wysiadł, ale coś mu się jeszcze
przypomniało. Pstryknął palcami, po czym sięgnął ku siedzeniu pasażera. Gdy po chwili
wyprostował się ponownie, trzymał w ręku bukiet czerwonych róż. Niektóre płatki drżały
jeszcze niedawną niematerialnością, a wstążka z komputerową precyzją dobierała sobie kolor.
- Proszę pana - rozległo się gdzieś z boku.
Loki powoli odwrócił głowę i zobaczył młodego pielęgniarza. Chłopak uśmiechnął się
niepewnie.
- Pan wybaczy, ale tu nie wolno parkować. To miejsce dla karetek.
Kłamca skinął głową. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął kluczyki. Rzucił je chłopcu.
- Tylko nie zarysuj lakieru. - Pewnym krokiem ruszył w stronę szpitalnego wejścia.
* * *
Starzec stanął na ruinach wioski.
Zgliszcza pobliskiej chaty należącej niegdyś do młodego Olafa, chłopca, który miał pojąć
za żonę jego córkę, wciąż jeszcze nie przestały się tlić. Tam właśnie, u progu, starzec znalazł
ciało swego jedynego dziecka, zupełnie jakby dziewczyna była przekonana, że nawet pusty
dom jej wojownika może dać schronienie przed hańbą i śmiercią. Leżała teraz w strzępach
ubrania, ze spaloną twarzą, przybita do ziemi ostrym kołkiem. Jak wszystko wokół, śmierdziała
spalenizną…
Siwy, zgnębiony człowiek zacisnął zęby, odetchnął głęboko, po czym wykreślił kosturem
okrąg. Wewnątrz naszkicował drzewo. Dobywszy noża, zrobił nacięcie na ręce i pozwolił, by
kilka czerwonych kropel skapnęło na rysunek. Na koniec z przewieszonej przez ramię sakwy
wydobył świecę. Zapalił ją. Wiedział, że przyjdzie mu teraz długo czekać, ale nie dbał o to. I
tak nie miał już gdzie iść.
Przybyli koło południa i choć wcale nie wyglądali jak ci, których się spodziewał, nie
wątpił, że to oni. Po pierwsze, było ich dwóch. W tę okolicę zapuszczali się albo samotni
szaleńcy, albo zbrojne hufce wojska czy znakomicie strzeżone kupieckie karawany. Po wtóre,
jeden z nich miał młot, a drugi włócznię…
Gdy się zbliżyli, upadł na twarz i stuknął głową o ziemię z takim impetem, że rozbił sobie
czoło. Potężniejszy przybysz wybuchnął śmiechem. Niższy, jednooki, skarcił go gniewnym
spojrzeniem i grotem włóczni wskazał starca.
- Kim jesteś? - zapytał dudniącym głosem. - I któż dał ci prawo, by wezwać swego boga?
Zwłaszcza po tym, co uczynił twój lud…
Jakby w odpowiedzi na te ostatnie słowa rozległ się głośny skrzek i po chwili na ramieniu
Odyna usiadł czarny kruk. Starzec po raz pierwszy zwątpił, czy modlitwa aby na pewno była
dobrym pomysłem…
* * *
Holowi szpitala daleko było do dramaturgii tego z “Ostrego dyżuru”, ale i tak wyglądał
przytłaczająco. No i śmierdział. Wszystko przez to, że zgodnie z prawem stanowym na parter
miał wstęp każdy, nawet ten, którego nie stać było na opłacenie łóżka na wyższych piętrach.
Nie można wszak sobie pozwolić, by jakaś zaraza rozprzestrzeniła się po całym kraju tylko
dlatego, że chory nie miał akurat ubezpieczenia.
Pełen altruizmu przepis okazał się nie lada gratką dla niezliczonych rzesz bezdomnych czy
narkomanów. Zwłaszcza wieczorami. Zwłaszcza deszczowymi wieczorami. Loki bywał tu
wiele razy i doskonale wiedział, że gdy tylko przekroczy szklane drzwi, skierują się ku niemu
oczy większości zgromadzonych w holu, a ledwie zrobi kilka kroków, zaatakuje go legion
starych, szanownych panów czy kolesiów, prosząc o solidną dawkę drobnych. Taki los czekał
niemal każdego, kto nie był odziany w wyliniałe futro i trzy warstwy owiniętego drutem
kartonu. Ale Kłamca wiedział też, jak sobie z tym radzić.
Przekroczywszy próg, zatrzymał się i sięgnął do kieszeni. Ze środka wydobył pudełeczko
wykałaczek. Pozwolił też, by na podłodze wylądował skórzany portfel. Stał jeszcze przez
chwilę, karmiąc się wygłodniałymi, skierowanymi ku podłodze spojrzeniami, po czym ruszył
ku recepcji. Nim zdążył dojść do połowy holu, za jego plecami rozpoczęła się uliczna wersja
amerykańskiego futbolu - bez kibiców i drużyn, każdy przeciw każdemu. I nikt nie zaczepił go
o żadne drobne. Ciekawe, czy ten byczek Dave bardzo lubił ten portfel - pomyślał jeszcze
przelotnie Loki.
Podszedł do zielonego kontuaru recepcji i cichutko zastukał w blat. Po drugiej stronie
szczupła Meksykanka, na oko czterdziestoletnia, wlepiała przekrwione oczy w monitor. Głośne,
nerwowe staccato palców na klawiaturze sugerowało, że nie było to jej ulubione zajęcie.
Kłamca poprawił opadające na twarz włosy i chrząknął. Kobieta uniosła głowę.