mnie wyglądasz, jakby matce przed połogiem zebrało się na gazy.
Twarz karła, przed chwilą ledwie różowa, spurpurowiała z wściekłości.
- Może ja i jestem pierdnięciem, ale w takim razie ty jesteś tym, co zwykle pojawia się
chwilę później. I tak samo śmierdzisz!
Olbrzym wzruszył potężnymi ramionami. Od początku nie miał chęci na żadne gadki. No
ale brat to brat, choć pokurcz. Wypadało go choć spytać, czy też nie ruszy w drogę. A ten od
razu się wściekł, jakby rzeczywiście byli tu komuś potrzebni. Nikt przecież nie odwiedzał
Walhalli co najmniej od kilku stuleci, nawet sam Odyn zmienił się nie do poznania. Podobno…
- Ktoś się zbliża - powiedział nagle karzeł, a w jego głosie słychać było satysfakcję. - I co
na to powiesz, tchórzu?
Olbrzym przyjrzał się wędrowcowi. Pomimo przypasanego miecza i pewnego kroku nie
wyglądał groźnie. Nie uznałby go za wojownika nawet dzieciuch, co wierzy w babcine
bajeczki… Mimo to wielkolud wzniósł maczugę i wsparł ją na ramieniu. Ukradkiem zerknął w
stronę brata i z ulgą odkrył, że nawet po solidnej kłótni rozumieją się bez słów. Karzeł uniósł
swój kostur, by wykreślić wokół krąg ochronny. Palce lewej ręki ułożył w pierwszą z run i
ukrył dłoń w rękawie szaty. Był gotowy.
Tymczasem obcy minął już stojący u szczytu wzgórza złamany drogowskaz i nie
zwalniając, ruszył w stronę zamku.
Pokurcz oparł kostur na ramieniu i postąpił krok do przodu, uważając, by nieopatrznie nie
opuścić kręgu.
- Ja będę mówił - syknął i nie czekając na odpowiedź olbrzyma, zawołał: - Kim jesteś?
Skąd idziesz? I dokąd zmierzasz?
Ale przybysz szedł spokojnie dalej, aż znalazł się w odległości kilku kroków od strażników
zamku.
- Jestem wędrowcem - rzekł. - Idę stamtąd. - Wskazał kciukiem za plecy. - A gdzie
zmierzam, mógłby pytać tylko ostatni matoł.
- Ty! - wycharczał karzeł. Wściekłość nieomal odebrała mu głos. - Teraz cię poznaję.
Jednak wróciłeś, psie!
Loki błyskawicznie wyszarpnął miecz i pogroził nim olbrzymowi próbującemu zajść go od
tyłu. Wielkolud zastygł w pół kroku, po czym drobnymi kroczkami wycofał się za plecy brata i
schował w jego magicznym kręgu.
Przybysz z uśmiechem opuścił oręż.
- Jak widzisz - powiedział, nie kryjąc rozbawienia - i kłamca Loki musi czasem dotrzymać
obietnicy. Ciekaw jestem tylko, jak zbudowaliście to wszystko po tym, jak zmiótł was
Ragnarok?
Bracia spojrzeli po sobie i niemal równocześnie wzruszyli ramionami.
- Zapytam kogoś lepiej poinformowanego. - Loki machnął ręką. - Kto jest teraz panem na
tym zamku?
- Jak świat światem - wycedził karzeł - Walhallą rządził i rządzić będzie Odyn, władca
Asów. A ty, zdrajco, nie uczynisz już ani jednego kroku w stronę domu bogów.
Uniósł do góry dłoń, wokół której mienił się błękitną poświatą utkany czar. Kłamca
odrzucił miecz i powoli uniósł ręce.
- Wyrabiasz się. - Skinął głową z uznaniem. - Nie podejrzewałem cię o to.
- Wyrabiasz się? Dziwnie nauczyli cię mówić, ale domyślam się, co chciałeś powiedzieć -
rzekł mag z dumnym uśmiechem. - Ale to raczej z ciebie, Loki, jest już stary dziad. Dałeś mi
wiele czasu na utkanie czaru.
- Ale ja wcale nie mówiłem o czarze. - Uśmiechnął się bóg. - Miałem na myśli kłamstwa.
Aż dwa na jednym oddechu, to naprawdę osiągnięcie…
Zanim przebrzmiało ostatnie słowo, Loki znów trzymał w ręku broń. Karzeł zaczął
wykrzykiwać zaklęcie i już miał nim cisnąć, gdy w miejscu, gdzie przed chwilą stał przybysz,
naraz spostrzegł brata. Powstrzymał swą moc w ostatniej chwili i obrócił się na pięcie. Tak jak
przypuszczał, Loki był teraz za nim, unosząc ostrze do zadania ciosu. Mag cofnął się o krok i
wystrzelił mocą prosto w twarz boga kłamstwa. Ten wrzasnął. Upadł, przez chwilę wstrząsały
nim konwulsje, lecz po chwili stał się martwym… olbrzymem.
Pokurcz oniemiał, a palce jego prawej dłoni mocniej ścisnęły kostur. Głośny śmiech
potwierdził jego obawy. Zerknął pod nogi. Jego lewa stopa znajdowała się poza kręgiem.
- Czy nie wydaje ci się, że magiczne stwory powinny być jakoś przygotowane na takie
sztuczki? - zapytał głos Lokiego za jego plecami. - Wiesz, wykrywanie iluzji, odporność, jak
myślisz?
Karzeł nie zdążył odpowiedzieć. Poczuł tylko chłód, potem ciepło, a później… jego głowa
potoczyła się i zatrzymała na środku kręgu.
Kłamca spojrzał na nią z niesmakiem. I wtedy właśnie opadły go demony.
Przyszły zewsząd. Część z dzikim rykiem wyłoniła się z ziemi, bryzgając wokół błotem i
lawą. Niektóre sfrunęły z dachu, gdzie do tej pory udawały ozdobne gargulce. Najwięcej jednak
wypadło przez otwarte z impetem wrota. Wyglądały przeróżnie, a jednak znać w nich było
pomiot tego samego nasienia. Jak nocne koszmary, które czy łypią żółtymi ślepiami w
ciemnościach, czy szepczą złowrogo tuż za uchem, tak samo ściskają serce, a umysł wpędzają
w szaleństwo. Jedne miały rogi proste niczym górskie kozice, inne zakręcone jak barany. No i
szpony. Cały asortyment szponów, kłów czy pazurów przez tysiąclecia przysposabianych tylko
do jednego - niesienia jak najokrutniejszej śmierci… I to właśnie czyniły. Chciały czynić.
Loki miał prawo być z siebie dumny. Nie tylko uniknął pierwszego lecącego nań stwora,
ale i zgrabnie trzepnął go między oczy rękojeścią. Podobnie gładko poszło mu z następnym
demonem, niedawnym gargulcem, który, pikując, nabił się na wystawione w górę ostrze.
Potwór pisnął przeraźliwie i gwałtownie wzleciał w powietrze. Opadł kilka kroków dalej,
przygniatając sobą kilku współtowarzyszy wyłaniających się właśnie z ziemi. Kłamca wiedział
jednak, że najgorsze jeszcze przed nim. Przy wtórze demonich wrzasków wzlatywały ku niebu
odcięte łapy, łby, bryzgała cuchnąca, gorąca posoka…
Jednak mimo wszystko Loki czuł już, że przegrał. Demonów wciąż przybywało, miast
ubywać, i te nowe były coraz silniejsze. I choć nie zaprzestał walki, niemal z ulgą powitał
ciemność, jaka przybyła doń wraz z ciosem w kark… i bólem. Ostatnią rzeczą, którą pamiętał,
była świadomość, że przynajmniej nie padnie przed swym wrogiem. Tłok wokół na to nie
pozwalał.
* * *
Istoty mityczne nie mają zaświatów ani świetlistych tuneli. Zdziwił się więc niepomiernie,
gdy pośród ciemności nagle ujrzał światło. Zdziwił i nawet trochę ucieszył. Ale radość nie
trwała długo. Ból karku, żeber i słony, metaliczny posmak w ustach uzmysłowiły mu, że nadal
żyje… i tkwi po uszy w gównie. Choć musiał przyznać, przyglądając się dobrze znanemu
wnętrzu, że wpadł w gówno wyjątkowo okazałe - wprost do sali biesiadnej, najważniejszej
komnaty Walhalli. Wyglądała zupełnie jak w latach swej świetności. Suto zastawione stoły
ustawione w podkowę, ściany ozdobione przepięknymi gobelinami tkanymi złotem oraz krwią
podbitych i ofiarowanych bogom ludów. Na klepisku rozłożone skóry mitycznych zwierząt, a w
każdym rogu stojak na broń bohaterów. Nad głową miał zastygłe w nieczasie jezioro
zawieszone wolą pana wód, Aegira, a wokół wszechobecny zapach krwi. Oto raj prawdziwych
wojowników.
Loki zmrużył oczy. W przeciwległym końcu sali na tronie rzeźbionym w smoczym kle
siedział Odyn. Ojciec i władca Asów trzymał na kolanach włócznię, tę samą, którą wieki temu