złamał archanioł Michał. Nie mogło być mowy o pomyłce, na całym świecie istniała tylko
jedna taka włócznia. Tak jak jeden tylko był Odyn. Był!
Kłamca z niemałym trudem uniósł się na kolana, a potem wstał. Poczuł zawroty głowy,
jednak wolno ruszył w stronę tronu. Nie wiedział po co, ale czuł, że musi. Gdy od pana zamku
dzieliła go już tylko szerokość stołu, Odyn uśmiechnął się. Jego dudniący głos obudził echo:
- Czy nie wydaje ci się, że bóg kłamstwa powinien być jakoś przygotowany na takie
sztuczki? Wiesz, wykrywanie pułapek, szybki kontratak, jak myślisz?
Loki rozmasował obolały kark.
- I co? - odgryzł się. - Miałem ich wszystkich wykończyć, a później zwyczajnie tu
zapukać? Zepsułbym cały efekt.
Odyn przytaknął i oparł włócznię o tron. Po chwili wybuchnął śmiechem.
- Wiesz, że swoim sarkazmem niszczysz mi cały plan rozmowy?
Kłamca wzruszył ramionami. I zaraz pożałował. Ostrze bólu pognało wzdłuż pleców i
nieomal zwaliło go z nóg.
- Pewnie liczyłeś - wycedził przez zaciśnięte zęby - że zapytam cię, kim jesteś?
Przeliczyłeś się, mam to w dupie. Wystarczy mi tylko fakt, że nie jesteś Odynem, a wszystko tu
wokół to jedna wielka bzdura.
Przyciągnął najbliższe krzesło i usiadł. W tym momencie na stole pojawił się mały
pojemnik z wykałaczkami. Loki wziął jedną i włożył do ust. Siedzący na tronie ani przez
moment nie wydawał się zbity z tropu. Wręcz przeciwnie. Nie krył rozbawienia.
- Gdybym był prawdziwym Odynem, miałbyś się z pyszna, prawda? Ale to nieważne. Na
twoje szczęście bądź nieszczęście to nie jest Walhalla, a ja nie jestem jej władcą.
Z każdym kolejnym słowem jego twarz ulegała przemianie. Zniknęła gdzieś przepaska
skrywająca pusty oczodół, wysunięte kości policzkowe zmalały, czyniąc twarz bardziej
pociągłą i jakby gładszą. Włosy okryła czerń, a gęsta broda zmieniła się w obłok szarej mgły i
rozwiała w nicość. Potężne ramiona wojownika, jego szeroki, ozdobiony napierśnikiem tors,
ogromne jak bochny chleba dłonie - wszystko poczęło tracić kształt. Po chwili na tronie, miast
dostojnego wikinga, siedział… anioł. Dwie pary złocistobiałych skrzydeł mieniły się w
oświetlającym Walhallę blasku, a kruczoczarne włosy opadały na jasnobrązową twarz. Tylko
uśmiech nie uległ zmianie. Nadal był pełen rozbawienia i niemal przyjaźni. Gdyby rekin śmiał
się do swych ofiar, robiłby to pewnie identycznie. Loki skrzywił usta z niesmakiem.
- Czy już do końca prześladować mnie będą te skrzydła i pedalskie gęby?
Anioł rozłożył ręce z uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: Co ja ci na to, kotku, poradzę?
- Wiesz, kim jestem? - zapytał, wstając. Powoli zszedł po stopniach i usiadł przy stole
naprzeciwko Lokiego. - Powiedzmy, że masz trzy szanse.
Kłamca wyciągnął wykałaczkę z ust i rzucił w twarz rozmówcy. Tak jak się domyślał,
przeleciała przez nią i cicho wylądowała na podłodze.
- Zakładam, że nie jesteś jednym z tych dobrych. Oni mnie nie biją.
- Ciepło.
Loki oparł łokcie na stole i złożył dłonie, skubiąc kciukami czubek nosa.
- Nie podejrzewam też, żebyś był wielkim szefem.
- A to dlaczego? - zapragnął wiedzieć skrzydlaty.
- Taki pedant jak on nie przybrałby nawet na moment tak głupiego wyglądu.
- Jak Odyn?
- Jak ty - wyjaśnił Kłamca. Sięgnął po kolejną wykałaczkę. - Zgadłem?
- Tak, nie jestem Lucyferem - wycedził anioł. - Nazywam się Belzebub.
- Czytałem, czytałem - Loki pokiwał głową. - Świńska głowa na kiju, wyspa pełna
chłopców. To chyba twój największy sukces, co?
Oczy Belzebuba zapłonęły żądzą mordu.
- Jak rozumiem, przysłano cię, byś się ze mną dogadał. - Bóg fałszu kontynuował z
uśmiechem. - Nie udały się zamachy, nie udały się kuszenia, więc przyszedłeś wprost. A cała ta
pułapka to tylko pokaz sił. Mam rację?
- Zapytaj swój kark - odparł upadły anioł, powoli odzyskując zimną krew. - I każdej rany,
jaką zadały ci moje demony. A co do mojej misji, miałem sprawdzić, czy okażesz się dla nas
przydatny.
- I co?
- Jak widać - Belzebub uniósł rękę i wykreślił w powietrzu dziwny znak - nie jesteś.
Spodziewaliśmy się, że twoja hardość to jedynie poza, ale nawet jeśli, wyplenienie jej z ciebie
nie jest warte zachodu. Pozwól więc, że okażę ci rozczarowanie mojego pana. Nazywa się
Behemot i stoi właśnie za tobą.
Jak na zawołanie powietrze wypełniło się odrażającym odorem zgnilizny.
Kłamca spojrzał za siebie. Potężne, sięgające sklepienia wrota Walhalli niemal w całości
zasłaniał teraz stwór wyglądający jak ścierwo szarego goryla, którego ktoś dla zabawy
skrzyżował z nietoperzem, a potem dodał po dwie ręce z każdej strony. Behemot przez chwilę
bezskutecznie usiłował rozłożyć skrzydła, po czym ryknął. Głos bestii zawierał w sobie cały
ból ludzkości, wszystkie cierpienia upadłych aniołów, agonię płonącej ziemi, a nawet wrzask
bólu rodzącego się wszechświata. Brzmiało to, jakby z boskich opowieści o początku ktoś
wyjął całe cierpienie i włożył je w jeden ryk. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Loki
również zaczął wrzeszczeć. Zamknął oczy, przyłożył dłonie do uszu i krzyczał, byleby tylko
zagłuszyć otaczający go dźwięk. I gdy już prawie się poddał, głos Behemota przybrał ton jakby
bardziej kobiecy, a potem przeszedł w niemal ludzki wrzask bólu… i walki. Kłamca powoli
otworzył oczy.
Nie było już potwora, a przy wrotach stała Sygin. Jego Sygin. Krzyczała ostatkiem sił. Loki
odwrócił głowę i popatrzył na przerażonego Belzebuba. Jego niematerialne ciało migotało
coraz intensywniej, aż zaczęło się rozmywać. Bóg fałszu, nie czekając, rzucił się przez stół,
wskoczył na stopnie prowadzące do tronu i złapał za włócznię. Gdzieś tu musi być oryginał -
myślał gorączkowo. Głos jego żony z wolna na powrót przeradzał się w ryk bestii. Sygin słabła.
- Byleby tylko złapać Belzebuba! To on jest wrotami piekieł. On wpuszcza tu Behemota. Pewniej
uchwycił drzewce i cisnął włócznię w tron Odyna. Przez moment sądził, że chybił, ale po
chwili zraniony demon pojawił się wśród błysków. Sługą Lucyfera wstrząsały konwulsje,
jednak jego oczy cały czas były pełne skupienia. A głos Sygin cichł jak szept wśród piekielnych
wrzasków. Loki wyszarpnął włócznię i z całych sił wbił ją ponownie, i jeszcze raz, i jeszcze. W
sali zaległa już cisza, a on dalej dziurawił martwy zewłok.
Z odrętwienia wyrwało go dopiero ledwie słyszalne wołanie żony.
- Loki!
Kłamca odwrócił się i ujrzał, że jego wybawczyni leży na posadzce. Pognał ku niej,
odrzucając skrwawioną włócznię. Przeskoczył przez stół i nieomal przewrócił się na łbie
jakiegoś rozciągniętego na podłodze zwierzęcia. Sygin oddychała płytko, z wysiłkiem, ale
poznała go, była przytomna.
- Uratowałam cię - wyszeptała, uśmiechając się, a cienka strużka krwi wyciekła z kącika
ust. Loki pogładził żonę po złotych włosach.
- Zgadza się. Uratowałaś. Jak zawsze. Tylko co ty tu robisz?
- Mój umysł - odpowiedziała z wysiłkiem. - Jesteśmy w moim… on obiecał, że się obudzę,
jeśli tylko umożliwię wam spotkanie. Powiedział, że ma dla ciebie lepszą ofertę niż tamci i…
Loki, tak mi przykro… ale chyba jestem silniejsza niż myślał… on…
Zakrztusiła się. Krople krwi trysnęły na twarz Kłamcy, ale ten nawet nie mrugnął. Mocniej