Выбрать главу

– Nie założył prezerwatywy?

– Otóż to. Wydawało mu się, że zna lepszy sposób. Płyn do higieny intymnej o zapachu polnych kwiatów firmy Berkely and Johnson.

– Co?

– Tak, tak. Bo widzisz, Eddie interesował się sprawą Motyki, znaleźliśmy artykuły prasowe z tego procesu w jego mieszkaniu. Pamiętasz Motykę?

Griffin musiał się zastanowić.

– W Triverton, tak? Jakiś majsterklepka, który naprawiał coś w domu jakiejś kobiety. Później się włamał, zgwałcił ją, zamordował, a ciało wrzucił do wanny z wodą.

Tak. Podczas procesu prokurator dowiódł, że Motyka myślał, że jeśli włoży ciało do wanny, zmyje swoją spermę. Oczywiście nie miał racji; znaleźli próbkę jego nasienia i teraz facet siedzi w pierdlu bez nadziei na wyjście. A to dlatego, że nasienie wnika w głąb ciała. Więc trzeba czegoś więcej, żeby się go pozbyć.

– Na przykład płukania – domyślił się Griffin.

– Tak się właśnie Eddiemu wydawało. Tyle że przekombinował. Jasne, płyn wymył z pochwy nasienie, ale wszystko wylądowało na pościeli. A kiedy pracujemy nad gwałtem, zbieramy próbki nie tylko z ciała ofiary, ale także z całego miejsca przestępstwa.

– Więc Como myślał, że znalazł idealny sposób na pozbycie się DNA, i dlatego nie protestował, kiedy poprosiliście go o próbkę. Tyle że się przeliczył.

Fitz pokiwał głową.

– Dokładnie tak.

– Facet miał całkiem niezły plan – przyznał szczerze Griffin. – Miał jakąś przeszłość przestępczą?

– Nie.

– Znęcał się nad partnerkami?

– Też nie. Prawdę mówiąc, jego obecna dziewczyna miała być kluczowym świadkiem obrony. Twierdziła, że Eddie był łagodny jak baranek. Że był taki wrażliwy, że nie potrafiłby skrzywdzić nawet muchy. A poza tym byli razem we wszystkie trzy noce, kiedy popełniono gwałty.

– Eddie miał alibi? – zdziwił się Griffin.

Fitz przewrócił oczami.

– Nie, miał dziewczynę w ciąży, która nie chciała, żeby ojciec jej dziecka trafił za kratki. Zaufaj mi, wszystko sprawdziliśmy. Nie znaleźliśmy żadnego świadka, który potwierdziłby jej zeznanie. Poza tym mieliśmy jego DNA. Jeżeli Como rzeczywiście oglądał w tym czasie Milionerów, to jakim sposobem jego DNA trafiło na niejedno, nie dwa, ale aż na trzy miejsca przestępstwa?

Griffin pokiwał głową. Fitz miał rację.

– Więc przełom nastąpił, kiedy odkryliście powiązanie między ofiarami a punktami krwiodawstwa?

– Taa.

Griffin zmrużył oczy. Dobra, teraz zrozumiał.

– A ten klub, Klub Ocalonych, pomógł wam w tym.

– Jillian Hayes wiedziała, że siostra oddała krew dwa tygodnie przed napaścią. Wspomniała o tym z powodu tych lateksowych opasek. Postanowiliśmy to sprawdzić i rzeczywiście, biedna mała Meg też oddała krew na miesiąc przed gwałtem. To był pierwszy związek między ofiarami. Potem wszystko zaczęło się kleić.

Fitz zjechał z ulicy i zaparkował na krawężniku.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił.

Griffin spojrzał w okno. Zatrzymali się przed wejściem do rue de Pespoir, małej modnej kawiarenki na Hope Street. Cindy lubiła rue de Pespoir. Za to Griffin wolał sąsiedni lokal, Dużą Alicję, gdzie podawano najlepsze lody w mieście.

Fitz wyłączył silnik. Teraz, kiedy dotarli na miejsce, odzyskał pewność siebie. Znowu zaczął się zachowywać jak pan na włościach: miejski detektyw na swoim terytorium.

– Zasady są takie – oświadczył. – Jako najmłodsza i najcichsza, Meg jest najsłabsza w grupie. Ale z drugiej strony, najmniej wie, więc przyciskanie jej nic nam nie da. Carol jest najbardziej wybuchowa. Wydaje mi się, że nie najlepiej sobie radzi z tym, co przeszła, a jej małżeństwo nie jest idealne. Jeżeli dobrze rozegramy tę partię, może uda nam się coś od niej wyciągnąć. Ale jest jeden problem. Jillian. To ona tam rządzi. Ona zorganizowała grupę, ona prowadzi konferencje prasowe i dyktuje warunki. Ta kobitka ma, że się tak wyrażę, jaja ze stali. Jak ją wkurzysz, rozmowa skończona. Jeśli ona nie będzie chciała rozmawiać, żadna z nich nic nam nie powie i tylko stracimy czas. Musimy więc nacisnąć Carol na tyle, żeby puściła farbę, nim Jillian się zorientuje, co się święci, i odeśle nas z kwitkiem.

– Nastawiasz się na wrogą rozmowę. – Griffin uznał, że to ciekawe, bo Fitz podobno czuł się związany z kobietami. Po roku pracy nad sprawą był ich opiekunem, strażnikiem i przyjacielem.

– Myślę, że żadna z nich nie będzie rozpaczać z powodu śmierci Eddiego – odparł Fitz. – I nawet jeśli wszystkie są niewinne, na pewno nie będzie im zależało na wyjaśnieniu jego zabójstwa. Eddie Como był szumowiną. Teraz jest martwą szumowiną. Jak myślisz, czy komuś powinno przeszkadzać, że został zamordowany?

– Uważasz, że jedna z nich wynajęła zabójcę? – zapytał bez osłonek Griffin.

Fitz westchnął.

– Żadna nie umie się posługiwać bronią palną – odparł po chwili. – Gdyby chciały się pozbyć Eddiego, musiałyby się zwrócić do kogoś o pomoc.

– Ale czy myślisz, że są zdolne do tego, żeby wynająć snajpera?

Fitz znowu się zawahał.

– Myślę, że przeżyły gwałt. I jako zgwałcone są zdolne do wielu rzeczy, o jakie by się przedtem nigdy nie podejrzewały.

– Nawet do zabicia człowieka?

– A ty nie byłbyś zdolny do czegoś takiego? Chodź. – Fitz otworzył drzwiczki. – Załatwmy to, póki nie dogonią nas dziennikarze.

KLUB OCALONYCH, CD.

Weszli do kawiarenki. Bez trudu odnaleźli trzy kobiety. Siedziały samotnie w rogu sali nad gigantycznymi czerwonymi kubkami, próbując ignorować ciekawskie spojrzenia pozostałych klientów. Ujrzawszy je, Griffin zwrócił uwagę na kilka spraw jednocześnie. Po pierwsze, Eddie Como miał dobry gust. Jego ofiary stanowiły nader atrakcyjną grupkę: dwie starsze i jedna młodsza, jakby dwie eksmodelki zaprosiły na obiad utalentowaną gwiazdkę nowego pokolenia. Po drugie, wszystkie ściskały wielkie czerwone kubki znacznie mocniej, niż było trzeba. Po trzecie – i to było bodaj najbardziej interesujące – żadna nie wydawała się zaskoczona widokiem Fitza.

Policjant podszedł do ich stolika. Pozostali goście zaczęli do siebie szeptać, ale nie zwracał na nich uwagi.

– Jillian. Carol. Meg – powitał je, kiwnąwszy każdej głową.

Kobiety odpowiedziały tym samym gestem. Fitz nie powiedział nic więcej. One też nie. Zaległa niezręczna cisza. Griffin musiał przyznać, że postawa całej czwórki zrobiła na nim wrażenie. Pozwolił im kontynuować pojedynek na spojrzenia i zajął się oceną sytuacji.

Meg Pesaturo wyglądała prawie dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażał. Pesaturo było starym włoskim nazwiskiem, a ona, ze smagłą cerą, długimi kasztanowymi włosami i ciemnymi błyszczącymi oczami doskonale do niego pasowała. Była ubrana zupełnie zwyczajnie: w dżinsy i brązowy T-shirt. Stanowczo najmłodsza w grupie. Ona też pierwsza odwróciła wzrok.

Za to ofiara numer dwa, Carol Rosen, wyglądała jak bogata dama z towarzystwa. Miała zaczesane do tyłu blond włosy, mocno umalowane błękitne oczy i kremowy kostium od znanego kreatora mody. Siedziała sztywno, plecy trzymała prosto i wypinała pierś. Pewnie ukończyła jeden z tych kursów, na których dziewczęta uczą się trzymać filiżankę z uniesionym małym palcem i nigdy nie płakać w obecności męża. Patrzyła na Fitza błyszczącymi oczyma, zaciskając wargi.