Выбрать главу

– A teraz wspólnik nie stoi już tylko na czatach?

– Możliwe. To tłumaczyłoby także incydent, który wydarzył się ostatniej nocy w domu pani Hayes. Ktoś namalował na oknie napis „Eddie Como żyje”. Może facet uważa się za kontynuatora tradycji zapoczątkowanej przez Eddiego.

– Miałby więc motyw do zamordowania Como. Bał się, że Eddie zacznie sypać.

– Tak, to możliwe. Kiedy Fitz wspomniał o tym dziś rano, uznałem, że przesadza. Ale z drugiej strony…

– To zakłada zmianę zachowania – myślała na głos Morelli. – Sprawca numer dwa godził się na rolę pomocnika, a teraz stał się gwałcicielem i mordercą.

– Stopniowa zmiana zachowania jest częsta wśród przestępców seksualnych – zauważył Griffin. – Większość zaczyna od sadystycznych fantazji. Później stopniowo wcielają je w życie. Najpierw decydują się na mniej poważne przestępstwa: pobicia i napaści na kobiety. Dopiero po jakimś czasie dochodzą do gwałtu. W tym przypadku mamy jednak sprawcę od początku zainteresowanego gwałtem. Zadaje się z gwałcicielem, pomaga mu w popełnianiu przestępstw. A pierwszy samodzielny gwałt wiąże się z wysokim poziomem przemocy. To wprawdzie nie pasuje do wzoru zachowania, ale da się wytłumaczyć szczególnymi okolicznościami. Jeżeli Sylvia Blaire została zaatakowana przez wspólnika Eddiego, to facet musiał się ukrywać przez cały rok. Może był tak wygłodniały, że przy pierwszej napaści po prostu mu odbiło.

Porucznik Morelli milczała.

– Warto sprawdzić ten trop – powiedziała w końcu. – Mogę przekazać porucznikowi Johnsonowi, że szukasz wśród znajomych Eddiego podejrzanych o morderstwo?

– Tak, można to tak wyrazić.

– I tak zrobię. Policja miejska ma już dość problemów. Niech się przynajmniej nie denerwują, że włazimy na ich teren.

– Racja – zgodził się Griffin.

– A propos problemów…

Wiedział, co zamierzała powiedzieć. Ścisnął mocniej telefon, ale utrzymał miarowy oddech.

– Rozmawiałeś z kapralem Charpentierem ze Służby Więziennej?

– Jeszcze nie. Ale słyszałem o sprawie.

– Nikt nie traktuje tego poważnie – zapewniła go porucznik Morelli.

– Doceniam to.

– Ale z drugiej strony… sprawa robi się coraz bardziej skomplikowana. Nie chcę, żeby wymknęła się nam spod kontroli, sierżancie.

– Panuję nad sytuacją – zapewnił Griffin.

– Pośpiesz się, sierżancie. Musimy zamknąć dochodzenie, zanim ludzie całkiem powariują. Zanim adwokat Tawnyi Clemente zyska więcej argumentów i zanim prasa zorientuje się, że jeden z więźniów twierdzi, że ma nam do przekazania ważne informacje. Rozumiemy się?

Griffin zamknął oczy. Doskonale rozumiał.

Właśnie wjeżdżał na podjazd przed swoim domem. Niebieski ford taurus Watersa już tam stał, a detektyw siedział za kierownicą.

– Muszę kończyć – powiedział Griffin.

– Z samego rana…

– Dostarczę pani raport.

– Mam nadzieję. A tymczasem?

– Wyślę detektywów do organizacji pomocy ofiarom gwałtu i do barów w Cranston.

– Życzę szczęścia, sierżancie.

– Dziękuję. – Griffin pomyślał o Carol leżącej w szpitalu i o Davidzie siedzącym za kratkami. O, tak, szczęście na pewno mu się przyda.

WATERS

Detektyw Mike Waters wysiadł z samochodu. Był ubrany w szare spodnie od dresu i takąż koszulkę z napisem „Policja Stanowa Rhode Island”. Przerzucił przez ramię granatową sportową torbę i poczekał, aż Griffin otworzy frontowe drzwi. Obaj zaparkowali na podjeździe, bo w garażu Griffin urządził siłownię.

– Fajne miejsce – powiedział Mike, przyglądając się walącemu się domkowi zmęczonym wzrokiem.

Griffin uśmiechnął się lekko.

– Jak zobaczysz na podłodze miejsce, które wygląda na spróchniałe, radzę ci: nie stawiaj tam stopy.

Otworzył drzwi i wprowadził Watersa do środka. Kupił ten dom sześć miesięcy wcześniej, żeby rozpocząć nowe życie. Bungalow stał w dobrej okolicy, w North Kingstown. W pogodne dni z tylnej werandy widać było Newport Bridge i ocean. Spokojne miejsce. Ptaki i kilka wspaniałych stuletnich buków. Stary dom był kompletną ruiną. Normalny człowiek – to znaczy ktoś z pieniędzmi – natychmiast by go wyburzył i postawił nowy. Jednak po szczodrym darze na rzecz Amerykańskiego Towarzystwa Walki z Rakiem Griffin nie dysponował takimi pieniędzmi. Poza tym lubił niebezpieczne życie.

– Słyszałem, że zrobiłeś remont – powiedział Waters, przestępując próg i spoglądając krytycznym okiem na poplamioną podłogę i sufit z płatami łuszczącej się farby.

– Harowałem non stop przez sześć miesięcy – odrzekł z dumą Griffin.

– Żartujesz.

– Zacząłem od instalacji elektrycznej, naprawiłem kanalizację i dach. Teraz zostały mi tylko kuchnia, łazienka, sufit, podłogi i trzy ściany w sypialni. A, i jeszcze weranda. Poza tym wydaje mi się, że coś wlazło i zdechło pod podłogą garażu. Strasznie cuchnie.

– Co ty powiesz? Czyli planujesz skończyć jeszcze przed wyginięciem gatunku ludzkiego?

– Mam taką nadzieję – odparł Griffin, wprowadzając Watersa do maleńkiej kuchni. Podłoga była wyłożona brązowym od brudu winylem prosto z lat siedemdziesiątych. Przy ścianie stała kuchenka w kolorze oliwkowym, również z tej dekady. Za to lodówka, wielkie blaszane pudło z zaokrąglonymi rogami, pochodziła aż z lat pięćdziesiątych. Griffin nacisnął chromowaną klamkę i odetchnął z ulgą, gdy drzwiczki się otworzyły. – Piwo? Oranżada?

– Później.

– Jak chcesz.

Griffin zniknął za drzwiami sypialni, przebrał się w dres, a następnie zaprowadził Mike’a do garażu, gdzie zgromadził imponującą ilość przyrządów do ćwiczeń. Ich też nie kupił w czasie swojego krótko trwającego bogactwa. Kolekcjonował je od czasu, gdy skończył naukę w college’u. Pierwszym nabytkiem był ciężki worek treningowy firmy Everlast, który teraz wisiał na grubym łańcuchu w jednym z rogów. Obok niego ustawił dwa mniejsze worki z nadmuchanymi gumowymi pęcherzami w środku. Jeśli mrugnęło się w złym momencie, taka obita skórą kula potrafiła posłać ćwiczącego na deski albo nabić wielką śliwę pod okiem. Griffin wiedział o tym jak nikt.

Najpierw skierowali się właśnie do rogu bokserskiego. Mike trenował trochę w college’u. Był za chudy do tego sportu, ale braki muskulatury skutecznie nadrabiał szybkością i zasięgiem ramion. Kiedy pierwszy raz walczyli ze sobą, Mike cztery razy z rzędu posłał Griffina na deski. Oczywiście ważącemu dziesięć kilo więcej Griffinowi wystarczył jeden dobrze wymierzony cios, żeby znokautować partnera. Od tego czasu ograniczyli się do wspólnych treningów z workami. No, może niezupełnie.

Waters rozpiął granatową torbę, wyjął ochraniacz i założył go na głowę.

Griffin osłupiał. Zrozumiał, do czego Mike zmierza, i nie wiedział, jak zareagować. W końcu uśmiechnął się i ostrzegł:

– Stłukę cię na kwaśne jabłko.

Odetchnął z ulgą, gdy Waters także się uśmiechnął.

– Nie liczyłbym na to – odparł. – Ostatnio sporo ćwiczyłem. Wiesz, jak to jest, kiedy kumple nabijają się, że przyjaciel złamał ci nos?