– Uznali, że straciłeś refleks?
– Mało powiedziane. Włożyli mi do szafki nos Ronalda McDonalda. Raz go nawet założyłem, żeby poczuli się winni.
– I co? Podziałało?
– Gdzie tam! Następnego dnia zostawili mi jego buty. Detektywi mają stanowczo za dużo wolnego czasu.
Mike wstał – wciąż z ochraniaczem na głowie – i podszedł do ciężkiego worka treningowego.
– Jakieś postępy w poszukiwaniach kumpla Eddiego? – zapytał Griffin.
– Jeszcze nie. Odwiedziłem dopiero sześć barów. Może jutro.
Griffin mruknął ze zrozumieniem i zabrał się do okładania podtrzymywanego przez Watersa worka. Zaczął powoli, rozgrzewając się. Uznał, że w towarzystwie Mike’a powinien się wykazać odrobiną opanowania. Ale dzień był długi, a sprawa ciężka. Za dużo rozmyślał o Eddiem Como i jego domniemanym wspólniku. Potem przypomniała mu się Carol. Wciąż nie wiedział, w jakim była stanie. Po chwili myślał już o Jillian Hayes, o tym, jak jej tęczówki przybierały złoty odcień, kiedy się denerwowała, o tym, jak przed godziną chwyciła go za ramię.
Wkrótce okładał już worek z całej siły i pod koniec nawet Waters dostał zadyszki. Nic jednak nie powiedział, tylko skinął głową i zamienili się miejscami.
Podtrzymywanie worka Mike’owi nie było zbyt trudne. Waters lubił dokładnie wymierzać ciosy. Traktował worek jak ludzką kukłę, uderzając w różne części ciała. Trzy razy w nerki, potem sierpowy w prawą szczękę. Żołądek, żołądek, lewy policzek.
Griffin rozluźnił się, zatapiając się we własnych myślach. Od dawna już z nikim nie ćwiczył. Zdążył zapomnieć, jakie to uczucie. Zapach talku i potu. Ciepło ciał. Milczenie mężczyzn, którzy nie muszą sobie nic mówić.
Gdy Griffin przerzucił się na wyciskanie sztangi, Mike zaczął się bawić skakanką. Potem Griffin ćwiczył z lekkim workiem, a Mike zabrał się za podnoszenie ciężarów. Po godzinie obaj nie mogli się ruszyć, wzięli więc sobie po piwie oraz dwulitrową butelkę wody i przenieśli się na werandę.
Było już po zmroku. W oddali lśniły światła Newport Bridge, a chłodna bryza od oceanu owiewała ich spocone ciała. Mike założył górę od dresu, Griffin zaś wciągnął na siebie stary pulower.
Nie rozmawiali.
Zadzwonił telefon komórkowy. Griffin poszedł do sypialni, żeby odebrać. Carol Rosen została przeniesiona na intensywną terapię. Wypłukano jej żołądek, ale wciąż nie odzyskała przytomności. Lekarze chcieli ją mieć na oku.
Kiedy wrócił na werandę, Waters zdążył już dopić wodę i właśnie otwierał Griffinowi puszkę budweisera.
– Widzę, że wciąż kupujesz wyłącznie najlepszy browar – zauważył, podając mu piwo.
– Ma się rozumieć.
Potem znowu siedzieli w ciszy. Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach Mike zapytał:
– Wciąż ci jej brakuje?
– Każdego dnia.
– Ja też za nią tęsknię. – Mike spojrzał Griffinowi w oczy. – Ciężko mi było bez ciebie. Czułem się, jakbym stracił was oboje.
Griffin milczał. Przyjaźnili się z Watersem od piętnastu lat. Mike był przy nim, kiedy został awansowany na detektywa. Słuchał go, kiedy Griffin wrócił z wycieczki górskiej i nie potrafił przestać mówić o dziewczynie, którą poznał. Był drużbą na jego ślubie, a potem w pewien słoneczny wiosenny dzień niósł trumnę Cindy do grobu. Czasami Griffin zapominał, że nie tylko on cierpi.
– David Price był kompletnym dupkiem – powiedział ni stąd, ni zowąd Waters. – I naprawdę świetnie się z tym ukrywał, nie tylko przed tobą. Ale to już przeszłość. Dostał, na co zasłużył. Nie musisz się już nad nim pastwić.
– Wiem.
– To dobrze. Cindy chciała, żebyś był szczęśliwy, Griffin. Chciała dla ciebie tego samego, czego ty dla niej.
– Ale to nie było sprawiedliwe, wiesz? – powiedział Griffin.
– Wiem.
– To jest właśnie najgorsze. Kiedy zaczynam o tym myśleć… – Obrócił puszkę w dłoni. – Znowu mi odbija.
– Więc nie myśl.
Griffin westchnął ciężko. Spojrzał w ciemne niebo.
– Tak. Jest, jak jest. Ludziom, którym wydaje się, że panują nad życiem, po prostu brakuje spostrzegawczości.
– Amen – powiedział Waters, po czym poszedł do kuchni i wziął z lodówki kolejne dwa piwa.
Kiedy wrócił, Griffin zapytał:
– Skontaktowałeś się z kapralem Charpentierem?
– Tak.
– I co?
– Price nic nie wie.
– Jesteś pewien?
– Charpentier rozmawiał z Jimmym Woodsem, tym, który siedział z Como w celi. Okazuje się, że Eddie cały czas się żalił. Ciągle powtarzał, że jest niewinny i że zaszła jakaś okropna pomyłka.
– Tak powiedział Woods?
– Tak. Dla świętego spokoju Charpentier rozmawiał jeszcze z Price’em. David stwierdził, że Woods kłamie, ale nie zrobił na Charpentierze wrażenia. Zgadnij, co odpowiedział, kiedy Charpentier zapytał, kto zgwałcił Sylvię Blaire.
– Co?
– Powiedział, że Eddie Como. A potem zaczął się śmiać.
KLUB OCALONYCH
Zapadł zmrok. Meg siedziała na podłodze w pokoju Molly i zaplatała warkoczyki lalce Barbie, starając się nie zwracać uwagi na gęstniejący za oknem mrok i dochodzące zza drzwi głosy kłócących się rodziców.
– Różowa suknia – orzekła pięcioletnia Molly, która od dziesięciu minut grzebała w pudełku z ubrankami Barbie, próbując wybrać lalce odpowiedni strój ślubny. Molly nie miała Kena, więc Barbie miała wyjść za Kubusia Puchatka, który wydawał się uszczęśliwiony takim obrotem sprawy. Specjalnie na tę okazję włożył różową pelerynę. Molly uwielbiała róż.
Dziewczynka podała starszej siostrze długą, wyszywaną cekinami suknię, która bardziej pasowałaby na uroczystość rozdania Oscarów niż na ślub. Meg jednak posłusznie ubrała w nią lalkę.
– Może powinniśmy o tym komuś powiedzieć – mówiła właśnie mama.
– Nie ma mowy! – odparł ojciec.
– Na przykład Jillian…
– Nie.
– Albo sierżantowi Griffinowi?
– Daj spokój, Laurie, to sprawa rodzinna. Radziliśmy sobie do tej pory i nie zamierzam teraz angażować w to jakichś obcych ludzi.
– Buty – powiedziała Molly. Spojrzała na Meg i zmarszczyła brwi. W tym domu trudno było o odpowiednie buty dla ludzi, a co dopiero mówić o plastikowych pantofelkach dla lalek.
– Może wziąć ślub na bosaka – zasugerowała Meg.
– Nie! – Molly była oburzona.
– Puchatek nie ma butów – zauważyła rozsądnie Meg.
Mała przewróciła oczami.
– Puchatek jest misiem, a misie nie noszą butów. Wszyscy o tym wiedzą.
– A noszą peleryny?
– Tak, różowe. Bo róż to ulubiony kolor Barbie, a Puchatek chce jej sprawić przyjemność.
Purpura, pomyślała Meg. Kolor władców. Jego ulubiony. Ale czyj? Skąd o tym wiedziała?
– Martwię się… – dobiegł z korytarza głos matki.
– Ależ, kochanie…
Nie nazywaj mnie „kochaniem”! Na litość boską Tom. Lekarze zapewniali, że pamięć szybko jej wróci. Amnezja pourazowa nie powinna trwać tak długo. I nie powinna obejmować całego życia. A ona niczego nie pamięta. Niczego! Może nawet jest z nią gorzej, niż nam się wydaje!
– Przestań, Laurie. Widziałaś ją. Jest szczęśliwa. To co, że niczego nie pamięta?! Kurczę, może to nawet lepiej dla nas wszystkich.
– A może ona nienawidziła swojego życia. Pomyślałeś o tym, Tom? Może to, co zrobiliśmy… O, mój Boże, może zraniliśmy ją na całe życie?!