– Buty! – wykrzyknęła Molly. Z triumfem odstawiła pudełko z ubrankami i wzięła parę jaskrawoczerwonych bucików na koturnach, które pewnie dołączono do kompletu Barbie hipiski albo do jej szałowych obcisłych dżinsów. Meg wzięła lalkę z rąk siostry i założyła jej buciki. Barbie była gotowa do wspaniałego różowego ślubu. Podobna kreacja jeszcze długo nie pojawi się w telewizyjnej reklamie Mattel, pomyślała Meg. Ale Molly wyglądała na bardzo zadowoloną.
– Czas na ślub – oznajmiła, uśmiechając się szeroko. – Tam, tam, ta, tam. Tam, tam, ta, tam…
– Ożenię się z tobą.
– Nie… nie…
– To przez nich, prawda? Pierdolić ich! Porwę cię. Będziesz ze mną szczęśliwa. No, Meg, moja słodka mała Meg…
– Boję się.
– Nie ma czego. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. Nigdy.
– Boję się – mówiła jej mama. – A jeżeli pewnego dnia wszystko nagle jej się przypomni? Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. A ona nie będzie na to gotowa?
– Lekarze powiedzieli, że jeśli sobie przypomni, to znaczy, że jest gotowa.
– Och, daj spokój. Przecież ci sami lekarze nie wiedzą, dlaczego zapomniała całe życie. Zrozum, Tom, oni nie mają o tym zielonego pojęcia.
– Laurie, kochanie, czego ty chcesz?
– Chcę, żeby nasza córka była szczęśliwa! Bezpieczna. Och, Tom, a gdyby Meg przedawkowała leki nasenne? Jeżeli nawet dorosła kobieta nie jest w stanie poradzić sobie z takim okropnym przeżyciem, to jak może zareagować Meg?
– Meg? – zapytała Molly.
Meg zamrugała. Pomalowany na różowo pokój siostrzyczki znowu nabrał konturów. Znowu siedziała na podłodze. Molly patrzyła na nią z niepokojem.
– Dobrze się czujesz, Meg? – zapytała, ściskając lalkę.
– Eee, ja… – Meg dotknęła policzka. Miała spoconą twarz. Skóra zrobiła się zimna i mokra. – Trochę boli mnie głowa. – Uśmiechnęła się słabo, próbując się uspokoić.
– Wyjdź za mnie.
– Nie mogę…
– Wyjdź za mnie.
Ścisnęło ją w żołądku. Przez chwilę myślała, że zwymiotuje. I wtedy nagle, głęboko w głowie:
– Głupia smarkula. Biegnij do domu, do mamy i taty. Wracaj do ich ciasnego drobnomieszczańskiego świata. Nie chcesz mojej miłości? To nie będziesz jej miała. Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę…
– Meg?
– Chwileczkę.
Z korytarza dobiegło:
– Nie chcę, żeby skończyła jak Carol. Nie zniosłabym tego. Och, Tom, jaki błąd popełniliśmy?
– Meg?
– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę…
– Lekarze wciąż nie są pewni, czy Carol z tego wyjdzie. Meg naprawdę się do niej przywiązała. A jeżeli Carol umrze, Tom? Co się wtedy stanie? Boże, Tom!
Meg zerwała się. Wybiegła z pokoju.
– Meg?
– Nienawidzę cię, nienawidzę…
Popędziła przez korytarz.
A jeśli Carol umrze, jeśli umrze…
Wpadła do ubikacji. Pochyliła się…
I nic. Nie zjadła obiadu. O kolacji też zapomniała. Jej żołądek ściskał się i rozkurczał, ale nie miała czym zwymiotować. Podeszła do umywalki i odkręciła zimną wodę. Włożyła głowę pod kran, próbując zmyć lodowatym strumieniem niepokojące obrazy i głosy.
Mijały minuty. Długie, chłodne minuty, gdy woda spływała po jej spoconej skórze, przynosząc kojącą słodycz zapomnienia.
Kiedy w końcu podniosła głowę, w drzwiach stali rodzice. Ojciec wydawał się spokojny jak zwykle. Matka trzymała lewą rękę na biodrze, a w prawej obracała złote serduszko wiszące na łańcuszku na szyi.
– Meg, kochanie? – powiedziała.
Meg wyprostowała się. Dziwne głosy i niepokojący szum zaczęły powracać. Odległe obrazy zbliżały się niebezpiecznie. Wzięła ręcznik i zaczęła metodycznie wycierać twarz.
– Nic ci nie jest, córeczko? – spytał ojciec.
– Nie. Jestem tylko trochę zmęczona. Pewnie przez ten szpital. – Uśmiechnęła się blado.
– Carol za pewno wyzdrowieje – powiedziała matka. Coraz mocniej ściskała złote serduszko.
– Na pewno. – Meg zakręciła kurek, odwiesiła ręcznik i przeczesała długie kasztanowe włosy.
– Jeżeli czegoś potrzebujesz… – spróbował ojciec.
– Nie, dziękuję, tato.
– Kochamy cię, córeczko – powiedziała czule matka.
– Ja też was kocham.
Co oni robią? Tyle słów, ale żadne nie miało znaczenia. Kłamstwa. Nigdy przedtem nie zdawała sobie z tego sprawy, ale miłość tworzy kłamstwa. Wielkie kłamstwa. Olbrzymie kłamstwa zapakowane w kolorowe papierki i ofiarowane w najlepszej intencji. Bezpieczeństwo za cenę fałszu.
Rodzice wciąż stali w drzwiach. Ona wciąż stała przy umywalce. Nikt nie wiedział, co zrobić.
– Och, mam ślub – powiedziała Meg.
– Ślub?
– Barbie wychodzi za Puchatka. Nie dostaliście zaproszeń?
– Molly znowu wyprawia wesele. – Matka w końcu się uspokoiła. Przestała obracać serduszko. – Barbie znowu wystąpi w różowej sukience?
– Oczywiście.
– I czerwonych koturnach?
– Dzieciak ma styl.
– O, tak. – Matka usunęła się na bok. – Nie możemy stać na drodze prawdziwej miłości.
– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę!
– To idę. – Meg przykleiła uśmiech do twarzy i wróciła do dziecięcego pokoju.
Molly siedziała na podłodze i tuliła lalkę.
– Pora odprawić ślub! – oznajmiła Meg z wymuszoną radością.
Molly podniosła wzrok i uśmiechnęła się szeroko.
Kilka godzin później rodzina Pesaturo poszła spać. W pokojach małego domku gasły światła. Meg też wyłączyła lampę, ale nie położyła się do łóżka. Podeszła do okna.
– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę!
Zaczęła się wpatrywać w nieprzenikniony mrok za oknem. Co się tam kryło?
Ciemno-czekoladowe oczy. Czuły pocałunek kochanka.
– David – wyszeptała. – David. O, nie. David Price.
O północy Jillian opuściła w końcu szpital. Carol nie odzyskała jeszcze przytomności. Leżała spokojnie w śnieżnobiałej szpitalnej pościeli, jej długie złote włosy okalały twarz niczym aureola, ekran monitora mrugał miarowo w rytm jej pulsu, a respirator pompował powietrze do płuc.
Śpiączka, oznajmili lekarze. W jej żyłach wciąż krążyło sto dwadzieścia pięć miligramów ambienu, dwunastokrotność zalecanej dawki. W reakcji z alkoholem lek spowodował niemal całkowite wyłączenie systemu nerwowego. Ciało Carol reagowało tylko na bolesne bodźce. Lekarze powiedzieli, że rano, gdy stężenie alkoholu i ambienu we krwi zmaleje, przeprowadzą ponowne badania. Innymi słowy, będą nakłuwać i opukiwać jej biedne, nieruchome ciało. Spróbują zadać taki ból, który zdoła przywrócić ją do życia.
Dan został w szpitalnej sali. Przysunął krzesło do łóżka żony i w końcu zasnął z głową na skraju materaca. Przez szybę w drzwiach Jillian zobaczyła, jak pielęgniarka okrywa jego ramiona kocem. Potem odwróciła się i odeszła.
Noc była chłodna. Zimny wiatr owiał jej policzki. Wciąż miała na sobie ten sam kostium co rano. Nie wzięła płaszcza. Przygarbiła się pod granatowym żakietem i trzęsąc się, ruszyła przez opustoszały parking. Reporterzy już dawno zdążyli zniknąć. W świecie mediów samobójcza próba Carol przestała się liczyć. Od szóstej po południu uwagę dziennikarzy zaprzątał tylko pozew Tawnyi Clemente przeciwko władzom miasta.