– Dobrze radzi sobie z ludźmi – powiedział Griffin.
Charpentier pokiwał głową, a potem wolno pochylił się do przodu.
Jego wzrok powędrował od Griffina do Fitza i z powrotem.
– Wiecie co? Liczba pobić w więzieniu o zaostrzonym rygorze wzrosła aż dwukrotnie, od kiedy Price tam siedzi. Właśnie dzisiaj rano przeglądałem statystyki. Niemal codziennie przez ostatnie dziewięć miesięcy coś się dzieje. Mają tam ciągły sezon łowiecki. A jedyna zmienna, jaką dostrzegam, to więzień, który wciąż mógłby się ubierać w sklepach z odzieżą dziecięcą.
– Myślisz, że to on za tym stoi? – zapytał Fitz.
Charpentier wzruszył ramionami.
– Nie możemy niczego udowodnić. Więźniowie podają różne powody bójek. Ale David cały czas z kimś gada. Jak jakiś cholerny polityk. Miele ozorem na spacerniaku, rozsyła liściki po całym bloku. I ani się obejrzysz, a znowu ktoś ląduje w szpitalu. Nie wiem, co David Price robi i mówi, ale jest w nim coś przerażającego.
– Dobrze radzi sobie z ludźmi – powtórzył Griffin. „W takim razie muszę ci opowiedzieć o twojej żonie…” Zadzwonił telefon. Charpentier podniósł słuchawkę.
– Dobra, możemy iść.
Budynek więzienia o zaostrzonym rygorze robi wrażenie. Wzniesiony w 1878 roku z szarych kamiennych bloków dwupiętrowy gmach wieńczy wielka biała kopuła. W dawnych czasach na jej szczycie stała latarnia, która paliła się na zielono, kiedy wszystko było w porządku, a na czerwono, gdy działo się coś złego. Widząc czerwone światło, mieszkańcy Providence posyłali konnego kuriera, który miał za zadanie dowiedzieć się, co się stało.
Więzienie może się także pochwalić jednym z najstarszych mechanicznych systemów bezpieczeństwa w kraju. Obecnie większość zakładów karnych jest zelektronizowana. Aby otworzyć celę lub blok, wystarczy nacisnąć guzik. W Starym Maksie, jak pieszczotliwie określa się to więzienie, ciężkie stalowe drzwi nadal otwiera się i zamyka za pomocą metalowych dźwigni. Więźniowie nie są z tego specjalnie zadowoleni, za to wielbiciele historii aż pieją z zachwytu.
Stary Max ma jednak przede wszystkim charyzmę. Jego grube kamienne mury wyglądają jak mury więzienia. Stalowe, szerokie na dwa i długie na dwa i pół metra cele wyglądają jak cele więzienia. Pomalowane na czarno metalowe drzwi, skrzypiące przy otwieraniu i trzaskające przy zamykaniu, brzmią jak drzwi więzienia. Stale unoszący się odór potu, moczu, amoniaku i świeżej farby jest dokładnie taki, jaki powinien być w więzieniu. A inne dźwięki – gardłowe okrzyki, szum odbiorników radiowych i telewizorów, brzęk metalu, odgłosy sikających mężczyzn – to dźwięki prawdziwego więzienia.
Przez ostatnie sto lat dziesiątki tysięcy mężczyzn przekroczyło jego bramy. Gwałciciele, mordercy, handlarze narkotyków, mafiosi, złodzieje. Gdyby mury mogły mówić, Stary Max krzyczałby jak opętany.
Griffin i Fitz wpisali się do księgi odwiedzin. Cywile musieli przejść przez wykrywacz metali. Jako stróże prawa detektywi zostali pozbawieni tego przywileju i od razu otworzono przed nimi pancerne drzwi do pierwszego strzeżonego sektora. Tam czekał na nich siedzący w budce strażnik, który poprosił Fitza i Griffina o położenie na obrotowej tacy policyjnych odznak. Obrócił tacę do siebie, obejrzał odznaki, skinął głową, rzucił na tacę dwie czerwone przepustki, po czym znowu ją obrócił.
Dopiero gdy Fitz i Griffin przypięli więzienne identyfikatory, otworzyły się przed nimi ciężkie, pomalowane na biało drzwi. Po drugiej stronie musieli się zatrzymać i poczekać, aż drzwi się zatrzasną. Wtedy otworzyła się przed nimi kolejna brama i wreszcie mogli wejść do sali odwiedzin Starego Maksa.
W pomalowanym na biało i wyłożonym czerwonymi płytkami pomieszczeniu siedziało sześciu strażników. Na lewo od wejścia znajdowały się drzwi prowadzące do cel. Obok mieścił się gabinet naczelnika więzienia, przed którym dwóch strażników czuwało przed rzędem ekranów telewizyjnych. Na wprost był korytarz prowadzący do kafeterii, a po prawej stronie sala odwiedzin. Siedział w niej skuty łańcuchem i kajdanami David Price. Przed wejściem prężyło się dwóch strażników, którzy spojrzeli na Griffina, kiwnęli głowami, po czym ostentacyjnie odwrócili wzrok.
Czyżby myśleli, że stanowy detektyw znowu zaatakuje Price’a? Czy w ten sposób zamierzali okazać, że nie mają nic przeciwko temu? Wyglądało na to, że wszyscy chodzili wokół Davida na palcach, bez względu na to, czy można mu było cokolwiek udowodnić, czy nie. Nawet przy zaostrzonym rygorze więźniowie przebywali osiem godzin poza celami: jedli, pracowali, przyjmowali gości, łazili po spacerniaku. Innymi słowy, mieli możliwość kontaktu z innymi więźniami i mnóstwo czasu, żeby narobić kłopotów.
To miejsce było dla Price’a naprawdę idealne.
Kapral Charpentier otworzył drzwi. Griffin i Fitz weszli za nim do środka.
W więziennym uniformie koloru khaki David Price nie wyglądał groźnie. Zresztą nigdy tak nie wyglądał. Miał metr siedemdziesiąt wzrostu i sześćdziesiąt kilogramów wagi. Jasnobrązowe włosy, piwne oczy i okrągła, gładka twarz nadawały mu wygląd siedemnastolatka, mimo że stuknęła mu już trzydziestka. Nie był przystojny, ale nie był też brzydki. Miły młody człowiek, tak opisałaby go większość kobiet.
Właśnie w ten sposób wyraziła się Cindy, kiedy złożył im pierwszą sąsiedzką wizytę: „Hej, Griffin, poznaj naszego nowego sąsiada Davida Price’a. Powiedz Dave, co taki miły młody człowiek jak ty robi w takiej okolicy?”
David Price uśmiechał się do niego.
– Dobrze wyglądasz – powiedział. Zdawał się w ogóle nie zauważać Charpentiera i Fitza. Ich obecność była dla niego zupełnie nieistotna. Griffin od razu to zrozumiał, oni pewnie też.
David Price wciąż uśmiechał się przyjaźnie. Jak dzieciak uśmiechający się do starszego brata. Właśnie na tym polegał jego urok. Unikał bezpośredniej konfrontacji, zwłaszcza gdy miał do czynienia z silniejszymi od siebie. Udawał uległego pomocnika, oddanego ucznia, dobrego kumpla. Okazywał szacunek, ale nigdy się nie płaszczył. Prawił komplementy, ale zawsze szczere. Na początku człowiek go lekceważył, lecz po jakimś czasie zaczynał lubić jego towarzystwo, chętnie się z nim spotykał, czekał na jego pochwały. I wtedy stosunek sił ulegał zmianie. Aż w końcu nie było już jasne, kto jest mistrzem, a kto pomocnikiem. Tyle że człowiek nigdy się nad tym nie zastanawiał, bo wydawało się, że wciąż robi to, co chce, nawet jeśli nie potrafił sobie przypomnieć, by przedtem tego pragnął.
Mężczyźni lubili Davida – był dla nich idealnym bezkonfliktowym przyjacielem. Kobiety też go lubiły, bo nigdy nie czuły się zagrożone jego towarzystwem. Dzieci również – był dla nich jak dobry wujek.
Powinienem był go zabić, kiedy miałem sposobność, pomyślał Griffin.
– Znalazłeś już kogoś na miejsce Cindy? – zagaił David. – Czy zrezygnowałeś z kobiet? Znalezienie bratniej duszy nie jest takie łatwe.