Выбрать главу

– Gdzie jesteś? – zapytał Griffin, słysząc hałas w tle.

– Na parkingu przed Starym Maksem. Maureen Haverill z Kanału Dziesiątego właśnie skończyła wywiad z adwokatem Price’a. Teraz domaga się spotkania z samym Davidem. Oficjalne godziny odwiedzin zaczynają się o dwunastej. Sierżancie, obawiam się, że nasz czas minął.

– Masz listy, o które prosiłem?

– Detektyw James właśnie je przesyła. Ale mówimy o prawie stu osobach. Nie wiem, czy to się na coś przyda.

– Mam nową teorię. Skupcie się na ludziach, którzy siedzieli w areszcie w tym samym czasie co Price. Z tej listy wybierzcie tych, którzy nie zostali skazani. Zostali uniewinnieni albo wywinęli się z powodu jakiegoś błędu proceduralnego.

– Dlaczego zależy wam tylko na nich?

– Bo po pierwszym gwałcie detektyw Fitz sprawdzał bazę danych przestępców seksualnych i nic to nie dało. Więc może nasz gwałciciel nigdy nie został skazany. Może go tylko aresztowano, a potem wypuszczono.

– Pobrano jego DNA podczas aresztowania, a potem wypuszczono go na wolność – domyślił się Charpentier.

– Właśnie. Potrzebował nowego sposobu działania – powiedział Griffin.

– A David Price pomógł mu go wymyślić – podsumował Charpentier. – Czemu nie? Skoro już się siedzi w ciupie, warto skorzystać z okazji i zasięgnąć rady mądrzejszych od siebie.

Hałas w tle jeszcze się wzmógł. Głos Charpentiera zdawał się przytłumiony, jakby kapral osłaniał dłonią usta.

– Mogę załatwić tę listę, ale to potrwa co najmniej godzinę, a zdaje się, że medialny cyrk już się zaczyna. Dowódca straży więziennej chce sprawdzić sprzęt kamerzysty, ale nie może powstrzymać mediów. Są godziny odwiedzin, adwokat Price’a zatwierdził wywiad… Mamy przerąbane.

– Jak długo potrwa sprawdzanie sprzętu?

– Około piętnastu minut. Najwyżej dwadzieścia.

Griffin zerknął na zegarek. Byli już niedaleko domu pani Como, ale kwadrans na pewno nie wystarczy, żeby złamać Tawnyę Clemente. A kiedy Maureen podstawi Price’owi mikrofon pod nos…

– Alarm – powiedział Griffin.

– Alarm?

– Tak. Niebieski, biały, wszystko mi jedno. Sami wybierzcie kolor. Kiedy jest alarm, trzeba zamknąć całe więzienie, prawda? I wyprowadzić na zewnątrz nawet adwokatów i dziennikarzy.

– Zgadza się – potwierdził Charpentier.

– A zanim wszystkich znowu wpuszczą trzeba ich będzie ponownie przeszukać, prawda? Więźniów trzeba jeszcze raz odeskortować do sali odwiedzin…

– To mogłoby trochę potrwać – zgodził się radośnie Charpentier, po chwili jednak się zawahał.

Griffin rozumiał dlaczego. Niebieski alarm można było wprowadzić, tylko gdy w więzieniu doszło do poważnego zakłócenia porządku: do pobicia strażnika albo do bójki między więźniami. Z kolei biały alarm był stosowany wyłącznie w przypadku zagrożenia czyjegoś życia lub zdrowia. Tak czy inaczej, najpierw musiało się coś wydarzyć w samym więzieniu.

– Naczelnikowi nie podoba się, że telewizja chce tu wejść – powiedział w końcu Charpentier. – Mogę z nim porozmawiać. Może nadszedł czas na ćwiczenia. Wiesz, sierżancie, jako gest dobrej woli w stosunku do policji stanowej.

– Policja stanowa byłaby bardzo wdzięczna – zapewnił Griffin.

– Chwileczkę. – W słuchawce zaległa cisza. Griffin usłyszał odgłos kroków, a potem stłumione dźwięki rozmowy. Po minucie Charpentier znowu się odezwał. – Wiesz, co się okazało? Już od bardzo dawna nie mieliśmy ćwiczeń. Prawdziwe alarmy to co innego. Te mamy cały czas, ale nie ćwiczenia. W związku z tym na pewno da się coś załatwić…

– Doskonale, kapralu. Powiedz naczelnikowi, że zawsze doceniamy dobre ćwiczenia. I jeszcze jedno…

– Tak?

– Jeżeli mimo wszystko dojdzie do wywiadu… nie odprowadzajcie Price’a do celi. Zaprowadźcie go gdziekolwiek, tylko nie tam.

– Nie chcesz, żeby stamtąd coś zabrał.

– Nigdy nie dość ostrożności.

– Na pewno naczelnik przyzna ci rację. O, kurczę… Wygląda na to, że w bloku przydałaby się niespodziewana inspekcja. Co za kształcący dzień dla straży więziennej!

– Ćwiczenie czyni mistrza. I zajmijcie się tą listą, kapralu. Będziemy w kontakcie.

Griffin rozłączył się w momencie, gdy wjeżdżał na ulicę, przy której mieszkały Tawnya i pani Como.

O dwunastej piętnaście zaparkował przed domem.

– Ty pierwszy – powiedział Fitzowi.

Miejski detektyw uśmiechnął się promiennie.

TAWNYA

Tak samo jak poprzednim razem poszli na tyły domu. Biorąc pod uwagę, że nigdy nie wiadomo, za którym krzakiem ukrywa się żądny sensacji fotograf lub kamerzysta, wydawało się to rozsądne. Tym razem Tawnya prawie natychmiast pojawiła się w oknie drzwi. Jak zwykle tryskała humorem. Obrzuciła Fitza mściwym spojrzeniem i splunęła.

Griffin pogroził jej palcem. Może jego czar zaczynał wracać, bo panna Clemente otworzyła drzwi.

– Jeśli przychodzicie w sprawie pozwu sądowego – oznajmiła – to spieprzajcie mi stąd. Idźcie ruchać kozy na pastwisku! Mój adwokat mówi, że nie powinnam z wami rozmawiać.

– Cóż za barwna wiązanka – zauważył Griffin.

– Znam takich więcej. Jak nie zostawicie mnie w spokoju, usłyszycie je wszystkie.

– Dzień dobry, pani Como. – Fitz przemknął za Griffinem do kuchni, cały czas chowając się za nim na wypadek, gdyby Tawnya zrobiła się bojowa.

Pani Como znowu stała przy kuchni. Wyglądało na to, że daniem dnia miała być ostro przyprawiona fasola. W powietrzu unosił się zapach czosnku, nadający kuchni niepowtarzalną domową atmosferę. Oczywiście woni gotowanych pieluch również nie mogło zabraknąć.

Tym razem Eddie junior nie spał, lecz siedział w dziecięcym foteliku na kuchennym stole i patrzył na Griffina wielkimi brązowymi oczyma. Po chwili wpakował do buzi kolorową plastikową zabawkę i zaczął się ślinić. Griffin wcisnął ręce do kieszeni, żeby nie zrobić czegoś głupiego, na przykład nie połaskotać pucołowatych dziecięcych policzków. Przyszedł tu odegrać rolę złego detektywa. A czas wciąż uciekał. Kurczę, dzieci są jednak bardzo słodkie.

– Może powinniśmy porozmawiać w salonie – zaproponował Fitz, zerkając na małego Eddiego.

– Nie mam wam nic do powiedzenia – oświadczyła Tawnya.

– Chodźmy do salonu – powtórzył Fitz bardziej stanowczo.

Tawnya zmarszczyła groźnie brwi, ale wyszła z kuchni.

Gdy tylko znaleźli się w salonie, Fitz otworzył ogień.

– Wiemy, co zrobiłaś, Tawnyu. Przyznaj się, póki nie zginie następna dziewczyna, a może uda nam się coś załatwić. Eddie junior stracił już jedno z rodziców. Chyba nie chcesz, żeby wychował się jak sierota?

– O czym wy, kurwa, mówicie?

– O pięćdziesięciu milionach dolarów. Dla takiej forsy ludzie sprzedają własne matki, nie mówiąc już o chłopaku, który zrobił ci dziecko, a mimo to nie chciał się z tobą ożenić.

– Mówicie o moim pozwie? Nie mam wam na ten temat nic do powiedzenia. Mój adwokat twierdzi, że nie muszę wam nic mówić. Zabiliście mojego Eddiego! Teraz pora za to zapłacić!

– Nie będzie żadnego odszkodowania, Tawnyu – powiedział Griffin.

– Nie dostaniesz ani centa – dodał Fitz – kiedy ludzie dowiedzą się, co zrobiłaś Eddiemu.

Tawnya była dobra. Naprawdę dobra. Najpierw zrobiła zdziwioną minę, a potem przygotowała się do bitwy. Wyszczerzyła zęby. Błysnęła ostrymi paznokciami.

– Wypierdalać z mojego domu!

– Posłuchaj, Tawnyu. Jeśli będziesz teraz współpracować, może mały Eddie nie skończy jako sierota na ulicy.