Zapanowała cisza. Po raz pierwszy od uzyskania potwierdzenia śmierci Eddiego Como słowa zaczęły się stawać rzeczywiste, obrastać w znaczenie, zmieniać obraz świata. Kobiety patrzyły na siebie. Żadna nie wiedziała, co powiedzieć. Nie było już Eddiego Como. Nie potrafiły sobie tego wyobrazić. Przez ostatni rok ten człowiek stanowił centrum ich świata. Był wszystkim, czego nienawidziły, czym pogardzały i czego się bały. Spotykały się co tydzień po to, by się wyżalić, jak były przez niego wściekłe i zagubione, jak czuły się bezbronne, pozbawione oparcia, zdruzgotane. Czy w ich głowach pojawiła się choćby jedna myśl, która nie wiązałaby się w żaden sposób z Eddiem Como? Zdanie, które nie miałoby z nim nic wspólnego? Zły dzień, dobry dzień, złe wydarzenie, dobre wydarzenie – za wszystko odpowiadał jeden człowiek, Eddie Como. Meg nie pamiętała swojego życia. Carol nie potrafiła wyłączyć telewizora. Jillian nie umiała się rozluźnić i uspokoić. A wszystko to w ten lub inny sposób wiązało się z Eddiem Como. Tylko że teraz on nie żył, a świat dalej się kręcił, ludzie w restauracji wciąż jedli i pili.
– Uważam, że nie powinnyśmy o tym rozmawiać – powiedziała Jillian.
– Powinnyśmy o tym porozmawiać – zaprotestowała cicho Meg.
– Musimy o tym porozmawiać! – poparła ją entuzjastycznie Carol. – Porozmawiajmy o tym! Ja na przykład…
– Nie możemy – przerwała jej stanowczo Jillian. – Jesteśmy podejrzanymi. Jeżeli zaczniemy gadać o zabójstwie albo o tym, że Como nie żyje, ktoś, może nawet Ned D’Amato, wykorzysta to, dowodząc, że działałyśmy w spisku.
– Na litość boską! – oburzyła się Carol. – Gwałciciel z Miasteczka Uniwersyteckiego nie żyje, a ty wciąż ustalasz reguły i obmyślasz strategię. Daj sobie spokój, Jillian! Ostatni rok spędziłyśmy na przygotowaniach do procesu, a teraz nagle okazało się, że procesu nie będzie. Mój Boże, nawet nie wiem, od czego zacząć.
– Nie możemy…
– Zagłosujmy. – Carol wpadła w euforię. – Kto jest za tym, żeby zatańczyć na grobie Eddiego Como, ręka do góry!
Podniosła rękę. Po chwili Meg zrobiła to samo. Spojrzała na Jillian przepraszająco i wyznała cichym głosem:
– Kiedy w telewizji powiedzieli, że Como nie żyje, byłam pewna, że się pomylili. Jak ktoś tak zły jak Eddie mógłby rzeczywiście umrzeć? Czy zabójca używał srebrnych kul? Ale potem zjawili się policjanci, więc chyba to się dzieje naprawdę i… jestem trochę skołowana. On nie żyje, ale coś mówi mi, że nie mógł umrzeć. Wszystko się zmieniło, ale wszystko jest takie, jak było. To takie… nierealne.
Jillian siedziała obrażona. Wciąż nie otrząsnęła się po krytyce Carol. Ale po chwili…
Jej skóra zrobiła się jakaś dziwna, jakby za ciasna na kości. Poczuła chłód na policzkach. Meg miała rację. Wszystko się zmieniło, ale wszystko pozostało bez zmian. Czy przez ten rok choćby raz Jillian kładła się do łóżka, nie życząc Eddiemu Como śmierci? Czy nie modliła się o jego śmierć, nie pragnęła jej każdą cząstką jestestwa?
Zwyciężyła. Klub Ocalonych zwyciężył. I wtedy nagle zdała sobie sprawę, co jest nie tak. Eddie Como nie żył. Ale ona nie czuła się jak zwycięzca.
– Może… może w takim razie porozmawiamy o tym, co czujemy – zaproponowała. – Ale bez wdawania się w szczegóły jego śmierci. Zgoda?
Meg pokiwała głową. Po namyśle Carol zrobiła to samo.
– Ja przede wszystkim jestem szczęśliwa! – wyznała od razu. – Pękam z radości! O, tak! To wielki dzień dla Ameryki! Skurwiel wreszcie dostał to, na co zasłużył! Wiecie, czego nam teraz trzeba? Szampana.
Powinnyśmy to uczcić. W ten sposób naprawdę docenimy to, co się stało. Gdzie jest ta kelnerka? Zamówimy szampana i, czemu nie, po kawałku czekoladowego tortu.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kelnerka pojawiła się przy ich stoliku. Carol zamówiła butelkę dom perignon i cały tort.
– Proszę się nie martwić, zapłacimy za to – powiedziała. – Nie chcemy nadużywać niczyjej uprzejmości, chcemy po prostu wznieść porządny toast. Macie truskawki, złotko? Proszę włożyć po jednej do każdego kieliszka. Idealnie. A potem tort! Proszę nie zapomnieć o torcie. Mój Boże, wygląda tak apetycznie!
Carol z entuzjazmem wymachiwała rękami. Jej błękitne oczy znowu lśniły, a twarz jaśniała radością. Meg i Jillian wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
– No dobra! – zawołała Carol ożywionym głosem. – Bąbelki są już w drodze. W tym czasie spróbujmy wymienić wszystko, co od tej pory zmieni się na lepsze. Ja zacznę. Po pierwsze, nie musimy się już przejmować zeznawaniem w sądzie. Nie będziemy się zmuszać do żadnych okropnych wspomnień ani odpowiadać na wredne pytania obrony. Nie będziemy oglądać zdjęć z miejsca przestępstwa ani pokazywać fotografii naszych ciał obcym ludziom. Najlepszy proces sądowy to taki, którego nie ma. Wszystko dzięki tobie, martwy Eddie Como. O, patrzcie, szampan już idzie.
Kelnerka wróciła. Przyniosła dom perignon i szampanki ze świeżymi truskawkami. Otworzyła butelkę, napełniła kieliszki i zaczęła podawać tort.
Sięgając po szampana, Jillian już wyobrażała sobie nagłówki w prasie. „Eddie Como zastrzelony. Ofiary jedzą tort”. Ale po chwili jej także udzielił się nastrój Carol. Co niby miały zrobić? Ronić łzy do herbaty? Posypać głowy popiołem? Może to nie było najzdrowsze i akceptowane społecznie, ale miały za sobą wiele chwil znacznie bardziej niezdrowych i doświadczyły aż nazbyt wielu rzeczy, które nie powinny być społecznie akceptowane.
Trisha związana, rozebrana do naga, a potem brutalnie zgwałcona. Trisha szarpiąca się rozpaczliwie. Trisha próbująca krzyczeć. Trisha konająca ze świadomością, że w jej ciało wtargnął obcy mężczyzna…
– Teraz moja kolej – powiedziała Jillian, unosząc kieliszek. – Piję za brak telefonów w środku dnia, niepożądanych listów i okropnych plików wideo. Dzięki tobie, martwy Eddie Como.
– Za koniec obaw, że wyjdzie na wolność i zaatakuje kogoś innego – dodała Carol.
– Za koniec obaw, że wyjdzie na wolność i zaatakuje jedną z nas – podchwyciła Jillian.
– Za koniec strachu! – wykrzyknęła Meg.
Wychyliły kieliszki do dna. Szampan smakował wspaniale. Zmył bladość z ich policzków. Jillian nalała następną kolejkę, podczas gdy Carol pałaszowała największy kawałek tortu.
– Dobrze, że gliny sobie poszły – zauważyła Meg przy trzecim czy czwartym kieliszku. Nie zjadła śniadania, więc szampan powędrował jej prosto do głowy.
– O, na pewno wrócą – powiedziała Carol, która po pierwszym kieliszku dała sobie spokój z szampanem i zajęła się tortem. Jej wargi były brązowe od czekolady, miała umazany polewą policzek i upaćkane kremem palce.
– Ten nowy jest niczego sobie – przyznała Meg. – Te błękitne oczy. I ta klata! Widziałyście jego klatę? Idealny facet do obrony obywatelek.
– To samo mówiłaś o Fitzu, a on wcale nie jest przystojny. Po prostu lubisz facetów w mundurach. – Carol skończyła pierwszy kawałek tortu i natychmiast sięgnęła po następny.
– Wydał mi się znajomy – zauważyła Jillian.
– W Rhode Island wszyscy wydają się znajomi – stwierdziła Carol.
– Ale nie mnie! – wykrzyknęła wesoło Meg, podnosząc pusty kieliszek.
– Może powinnaś trochę zwolnić tempo – ostrzegła ją Jillian.
– Stara dobra, rozsądna Jillian. Wszystko zawsze musi być pod kontrolą. Wiecie, czego nam trzeba? Imprezki. Z męskim striptizem!
– Nie wydaje mi się, żeby grupa kobiet, które przeżyły gwałt, powinna wynajmować striptizera.
– Dlaczego? Mężczyzna jako przedmiot. To mogłoby nam pomóc. No, Jillian, nie bądź taka zasadnicza. Kazałaś nam czytać te wszystkie tradycyjne podręczniki i omawiać tradycyjne metody. Dlaczego nie miałybyśmy spróbować czegoś nowego? Minął już rok. Możemy zaszaleć!
Spojrzała na Carol w poszukiwaniu poparcia. To był właśnie problem z trzyosobową grupą, Jillian od początku zdawała sobie z niego sprawę. Dwie osoby mogły się sprzymierzyć przeciwko trzeciej. Na początku to Jillian i Carol decydowały za Meg. Ostatnio jednak…