Na szczęście Carol tylko wzruszyła ramionami. Wyglądało na to, że w tej chwili interesuje ją raczej czekoladowy tort, a niekręcący biodrami goły mięśniak. Zresztą ostatnio Carol w ogóle nie potrzebowała mężczyzn. Nie, żeby którakolwiek z nich najlepiej radziła sobie na tym polu, ale Carol aż się wzdragała na myśl o seksie.
– Naprawdę gdzieś widziałam tego Griffina – powiedziała Jillian, sprowadzając rozmowę na inne tory. – Skądś go znam. Mogłabym przysiąc, że widziałam jego twarz w telewizji. Muszę to sprawdzić.
– Nie nosi obrączki. – Meg uniosła znacząco brwi.
– Na litość boską dziewczyno. To policyjny detektyw, a nie uczestnik Randki w ciemno.
– I co z tego? Jesteś bardzo ładna, Jillian. I nie możesz się całe życie zamartwiać.
Po tych słowach zapadła niezręczna cisza. Nawet Carol znieruchomiała, a jej widelczyk zawisł w powietrzu.
– Nie powinnyśmy o tym rozmawiać – przerwała milczenie Jillian.
– Mówię tylko, że…
– A ja nie chcę teraz o tym słyszeć. To dla nas wielki dzień. Pijmy szampana i zostawmy resztę, jak jest.
Carol ponownie zagłębiła widelec w czekoladowym cieście. Lecz Meg wyraźnie się rozmarzyła. Była wstawiona, ale nawet na trzeźwo mówiła czasem o sprawach, o jakich Carol i Jillian nie odważyłyby się wspomnieć. Były starsze, bardziej przywiązane do swojej prywatności i trudno im było burzyć mury, którymi się otoczyły. Ale nie Meg. Meg była inna.
Teraz ni z tego, ni z owego powiedziała:
– Jestem zła. Eddie Como nie żyje, ale ja wciąż jestem zła. Dlaczego?
Jillian wzięła kieliszek i zaczęła obracać jego nóżkę między palcami.
– Bo jest jeszcze za wcześnie – odpowiedziała cicho. – Potrzebujesz czasu, żeby w pełni to sobie uświadomić. Wszystkie potrzebujemy czasu, żeby oswoić się z tym, że jego naprawdę już nie ma.
Meg potrząsnęła głową.
– Nie, to co innego. Myślę, że to może nie mieć znaczenia. A raczej boję się, że to bez znaczenia. Eddie Como nie żyje. I co z tego? Czy dzięki temu nagle wrócisz do dawnego życia, Jillian? Czy ja nagle odzyskam pamięć? Czy Carol w końcu wyłączy telewizor? Nie wydaje mi się. – Jej głos zmienił się niemalże w pisk. – O, mój Boże! Właśnie tego najbardziej pragnęłyśmy i nic się nie zmieniło!
– Meg…
Jillian wyciągnęła ku niej rękę. Meg gwałtownie cofnęła dłoń, przewracając pustą butelkę. Jillian złapała butelkę, Carol serwetkę. Meg mówiła dalej.
– Pomyślcie tylko. Nienawidziłyśmy go. Wszystkie, jak tu siedziby. Nawet ja. Dzięki niemu nasza złość miała jakiś kierunek. Dlaczego zorganizowałaś tę grupę, Jillian? Żeby złapać Eddiego Como. A dlaczego trzymałyśmy się razem? Żeby walczyć przeciwko Eddiemu Como. Przez ostatnie dwanaście miesięcy wszystko koncentrowało się wokół niego. I tak było łatwiej. Kiedy budziłyśmy się zdenerwowane, zdezorientowane albo przerażone, wiedziałyśmy, dlaczego: z powodu Eddiego Como. Kiedy policja wtrącała się w nasze prywatne życie albo znajomi lub rodzina dziwnie na nas patrzyli, wiedziałyśmy, dlaczego: to była wina Eddiego Como. Ale teraz… – zamilkła.
Jillian i Carol nic nie powiedziały. Nie potrafiły nic powiedzieć.
– Jestem taka wściekła – wyszeptała Meg. – Nie wiem, kim jestem. Wciąż muszę się badać na obecność HIV i czasami późno w nocy… po prostu leżę w łóżku i myślę. Ten człowiek wie o moim ciele więcej niż ja. Robił mi takie rzeczy, dotykał miejsc… Odebrał mi mnie samą. I mimo że nie żyje, ja wciąż jestem wściekła.
– Wątpię, żebym dziś zasnęła – odezwała się nagle Carol. – Meg ma rację. Tak naprawdę to nie o niego chodzi. To znaczy, tak, wciąż się go boję. Ale boję się też… wszystkiego innego. Ciemności. Ciszy. Mojego domu. Okna w sypialni. Nawet własnego męża. Nigdy o tym nie rozmawiamy, ale on wie, że czasami budzę się w środku nocy, patrzę na niego i widzę tylko Eddiego. Wolę kanapę. Sypialnie nie są już bezpieczne. Najlepiej spać na sofie. Nawet teraz. Sofa jest stanowczo lepsza.
Obie spojrzały na Jillian. Nadeszła jej kolej. Na takich zasadach funkcjonował klub. Jeśli jedna dzieliła się czymś, dzieliły się wszystkie.
– Przynajmniej mamy jakieś poczucie powrotu do zdrowia – spróbowała.
Carol pokiwała głową.
– Powrót do zdrowia. Nieźle brzmi. Jednak Meg nie dała się przekonać.
– Znowu unikasz odpowiedzi.
– Nie unikam – zaprotestowała Jillian, jak zwykle. – Nie muszę odpowiadać od razu.
Carol i Meg po prostu popatrzyły na nią. Czekały. Ostatnio zrobiły się twardsze.
– Moja strata polega na czym innym – powiedziała w końcu. – Trish nie żyje i bez względu na to, co się stało z Eddiem Como, nic nie zdoła przywrócić jej życia. Od początku zdawałam sobie z tego sprawę.
– Tobie jest łatwiej. – W głosie Carol słychać było odrobinę goryczy. – Nie dałaś mu się. Zwyciężyłaś.
– Nie zwyciężyłam.
– Zwyciężyłaś.
– Miałam szczęście, okej? Myślisz, że o tym nie wiem? Miałam szczęście!
– No cóż, nie jestem wybredna, chętnie skorzystałabym ze szczęścia!
– A ja wolałabym, żeby moja siostra wciąż żyła! – Jillian prawie krzyczała, po raz kolejny przyciągając uwagę innych gości. Zacisnęła wargi, próbując nad sobą zapanować. Podniosła pusty kieliszek. Odstawiła go. Znowu podniosła.
– To było coś – powiedziała Meg, kiwając głową. – Pełna szczerość. Wydaje mi się, że robisz postępy.
Jillian ledwo stłumiła chęć, by udusić dziewczynę. Meg miała przecież dobre intencje, a ona powinna to docenić. Tyle że Jillian nie była dwudziestolatką z amnezją. Miała trzydzieści sześć lat, masę spraw na głowie i wszystko pamiętała. Wszystko. A niech to wszyscy diabli…
Podniosła kieliszek, odstawiła go, podniosła i z trudem zwalczyła odruch, by trzasnąć nim o posadzkę. Minął rok… och, Boże, wystarczy na nie spojrzeć…
Carol przerwała w końcu milczenie.
– Mimo wszystko teraz jest lepiej. Życie z Eddiem Como było nie do zniesienia. Po jego śmierci musi się zmienić na lepsze.
– Racja – powiedziała Jillian.
– Racja – powtórzyła Meg.
– Bez dwóch zdań – dodała Carol.
– Życie na pewno będzie teraz lepsze – zgodziła się Jillian. Meg uśmiechnęła się.
– Przecież nie może być gorsze.
TAWNYA
Rzeczywiście są twarde jak skała. – Jillian, Carol i Meg? – Fitz znowu przeciskał się rozklekotanym fordem taurusem przez wąskie śródmiejskie uliczki. Zerknął na Griffina zza kierownicy. – Nie daj się zwieść pozorom. To był dla nich ciężki rok. Każdej z nich zdarzały się chwile słabości.
– Nawet Julian Hayes?
– Hmm. – Fitz musiał się zastanowić. – No, może Jillian nie.
– Siostra musiała być od niej znacznie młodsza. O piętnaście, szesnaście lat? Chyba łączyła je raczej więź typu matka-córka, a nie siostra-siostra.
– Bardzo możliwe. Ich matka, Oliyia, nie jest w najlepszym stanie. Kilka lat temu miała wylew i od tej pory jest przykuta do wózka. Jillian opiekuje się nią z pomocą wynajętej pielęgniarki.
– Czyli Jillian była głową rodziny? Fitz wzruszył ramionami.
– Ma trzydzieści sześć lat, więc to nie taka tragedia.
– Nie. Ale tak sobie myślę… Strata rodzeństwa musi być bardzo trudna. A przez Eddiego Jillian straciła za jednym zamachem siostrę i jakby dziecko. To musi być cholernie ciężkie. – Griffin pomyślał o Cindy. – Musi nieźle wkurzać – mruknął. – Naprawdę cholernie wkurwiać.
Fitz patrzył na niego ze zdziwieniem.
– Nigdy o tym nie pomyślałem.
– Miała na sobie niezłe ciuchy – zmienił temat Griffin. – Gdzie pracuje?
– Prowadzi własną firmę marketingową. Niezbyt dużą ale przynoszącą zyski. Ma też inne dochody. Znasz się choć trochę na bluesie? Jej matka, Olivia Hayes, była kiedyś dosyć znaną piosenkarką. Odłożyła kilkaset tysięcy, a Jillian obróciła je w miliony.
Griffin otworzył szeroko oczy.