Выбрать главу

– Rozumiem.

– Masz dzieci?

Jillian pomyślała o Trishy i jej radosnych, błyszczących oczach. Pomyślała o matce przykutej do wózka inwalidzkiego.

– Nie.

– To niełatwe. Trzeba się o nie troszczyć. To znaczy, chcesz, żeby ruszyły w świat. Były silne. Wspaniałe. Ale przede wszystkim… przede wszystkim, żeby były bezpieczne. Szczęśliwe.

– Ona jest szczęśliwa – szepnęła pani Pesaturo. – Obie są szczęśliwe.

– Gdybym wtedy mógł przy niej być, tamtego wieczoru… Dobija mnie to, wiesz. Ten Como. – Pan Pesaturo splunął. – Gdybym tam wtedy był, skopałbym mu tę jego żałosną latynoską dupę.

Jillian pomyślała o mrocznym mieszkanku Trishy. O jej nieruchomym ciele na łóżku. I o silnych, mocnych rękach chwytających ją od tyłu.

– Też żałuję, że pana tam nie było – powiedziała.

– Cóż, teraz nie da się już nic zrobić. Ale przynajmniej facet nie żyje. Trochę mi ulżyło. – Podniósł nagle głowę. – Myślisz, że teraz Meg dojdzie do siebie?

Jillian zastanowiła się chwilę.

– Wydaje mi się, że Meg ma się całkiem dobrze.

– Nie to miałam na myśli. Czy uważasz, że sobie przypomni? Odzyska swoje życie. No, wiesz.

– Nie jestem pewna. Nie znam się na amnezji.

– Nie opowiada wam o tym?

– O czym?

– No, o swojej amnezji. O tym, co ten dupek jej zrobił. Nie rozmawiacie o tym przy kawie, dziewczyny?

– Panie Pesaturo… – zaczęła Jillian, ale Laurie wyprzedziła ją.

– Tom, zamknij się.

Pan Pesaturo zamrugał, spoglądając na żonę.

– Co?

– Jillian nie będzie nam opowiadać o tym, jak się czuje nasza córka. Jeżeli chcesz się tego dowiedzieć, zapytaj Meg.

– Ja tylko tak… – zaczął się bronić Tom. Ale po chwili spuścił głowę, skruszony. Jillian zrobiło się go żal.

– Myślę, że Meg radzi sobie nadzwyczaj dobrze – powiedziała. – To silna dziewczyna, panie Pesaturo. Może pan być z niej dumny.

– Ależ jestem z niej dumny!

– Naprawdę? Czy tak naprawdę po prostu się jej pan nie boi?

Też coś! – Panu Pesaturo nie spodobało się to pytanie, ale gdy zobaczył, że Jillian i Laurie patrzą na niego spokojnie, wzruszył bezradnie ramionami. – Jestem jej ojcem – mruknął. – Ojcowie chronią swoje córki. Nie ma w tym nic złego.

– Ona ma dwadzieścia lat – powiedziała z naciskiem Laurie.

– To wcale nie tak dużo.

– Tom, minęły już lata – oburzyła się Laurie.

Jillian była lekko zdziwiona. Pani Pesaturo chyba się przejęzyczyła.

– Tak – odparł Tom – ale mamy szczęście, że wciąż żyje.

– To nie w porządku.

– Myślisz, że nie wiem?

Jillian była już całkiem skołowana. Zdaje się, że było to po niej widać, bo nagle państwo Pesaturo przerwali rozmowę. Oboje popatrzyli na gościa, wymienili spojrzenia i zamilkli.

– Muszę już iść – oznajmiła Jillian, kiedy cisza zaczęła się robić niezręczna.

Rodzice Meg bez wahania wstali z kanapy.

– Dziękujemy, że przywiozłaś Meg – powiedziała pani Pesaturo. – Sami zajmiemy się jej samochodem.

– Jeśli chodzi o tego szampana… No cóż, wtedy wydawało się, że to dobry pomysł.

Pani Pesaturo uśmiechnęła się do niej współczująco.

– To był długi, dziwny dzień, prawda?

– Tak – przyznała Jillian i nagle zachciało jej się płakać. Wzięła się jednak w garść. Od rana miała zszargane nerwy, a rozmowa w cztery oczy z sierżantem Griffinem jeszcze pogorszyła sprawę. Ale jej zmęczenie nie miało znaczenia. Na zewnątrz pewnie wciąż czekają kamery. Trzeba więc robić dobrą minę do złej gry. Poza tym będzie potrzebowała siły, kiedy wróci do domu, do matki, która pewnie już wie, co się stało, i teraz wertuje książeczkę z obrazkami, starając się znaleźć rysunek, który by mówił: „Morderca mojej córki nie żyje i czuję…”

Meg wróciła.

– Odprowadzę cię do drzwi – powiedziała do Jillian.

Jillian podążyła za nią wąskim korytarzem. Siostrzyczka Meg, Molly, wyjrzała zza rogu: burza ciemnych kręconych włosów i wielkie brązowe oczy. Trish, pomyślała Jillian. Musiała jak najszybciej wyjść z tego domu.

Kiedy Meg otworzyła drzwi, Jillian ze zdziwieniem spostrzegła, że na dworze jest już ciemno. Wieczorny chłód owiał jej twarz. Ulica okazała się pusta. Ani śladu reporterów. Poczuła ulgę, a jednocześnie niepokój. Gdzie się podziały błyskające flesze, krzyżowy ogień pytań? Gdzie się podział dzień? Wszystko zaczęło się już zamazywać.

Meg słaniała się lekko na nogach.

– Dziękuję – szepnęła.

– Za co? – Jillian wciąż wpatrywała się w noc. Po jej prawej stronie coś poruszyło się w krzakach.

– Zaczynam wracać do siebie, wiesz. Zdaje się, że szok mija. Nie sądziłam, że to pójdzie tak szybko, ale teraz… czuję, że po raz pierwszy od roku mogę oddychać.

Jillian po prostu patrzyła na nią. I w końcu zrozumiała. Meg mówiła o zabójstwie Eddiego Como. Dziękowała jej za jego śmierć.

– Ale masz rację – dodała. – Nie powinnyśmy o tym rozmawiać. Policja pewnie będzie się koło nas kręcić przez następne kilka dni. Ale potem najgorsze minie. Sprawa ucichnie. I będziemy… będziemy wolne.

– Meg…

– Piękny wieczór, prawda?

– Boże, Meg…

– Cudowny, wspaniały wieczór.

– Znowu piłaś! Dlaczego ciągle pijesz?

– Nie wiem. Lekarze mówili, żeby się nie zmuszać. Umysł sam się wyleczy. Ale wcale się nie wyleczył, a myślałam, że teraz, po dzisiejszym dniu powinien. Więc wypiłam jeszcze trochę burbona. Ale nie pomogło.

– Meg, potrzebujesz po prostu spokoju, wypoczynku.

– Nie wydaje mi się. Myślę, że to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Miałam spokój, wypoczywałam, a teraz nawet wiem, że Como nie żyje. Ale wciąż czuję, jakby te oczy na mnie patrzyły. Co to może znaczyć?

– To znaczy, że za dużo wypiłaś.

– Chcę być szczęśliwa. Ale chyba nie byłam. Bo gdybym była, to chyba bym to pamiętała, prawda? Po co miałabym zapominać?

– Meg, posłuchaj mnie…

– Ciii, krzaki.

Jillian umilkła. Spojrzała na wciąż drżącą kępę zarośli. Potem popatrzyła na Meg. Z tej odległości widziała szklany połysk jej ciemnych oczu, rumieniec na jej policzkach.

– Ktokolwiek chowa się za tymi krzakami, niech natychmiast wyjdzie! – krzyknęła.

– Piękna, piękna noc – zanuciła Meg. – Och, co za wspaniała, urocza noc. Taka jak wtedy. Jak tamta noc.

– Ostrzegam! – Głos Jillian podniósł się mimo jej woli, gdy znowu zaszumiały listki, a Meg zaczęła się kiwać niczym gigantyczne wahadło.

– Piękna, piękna noc. Cudowna, cudowna noc…

– Cholera jasna! – Jillian podbiegła do krzaka. Zanurzyła w nim rękę, jakby zamierzała wyciągnąć wścibskiego podglądacza za uszy. A potem… potem…

Z zarośli z wrogim „miau” wyskoczył tłusty pręgowany kocur. Jillian cofnęła się instynktownie, serce waliło jej jak młotem. Wzięła głęboki oddech. Potem drugi. Serce wciąż łomotało jak szalone. Nagle poczuła, że musi jak najszybciej opuścić ten dom i tę zbyt pustą ulicę. Nie mogła przestać się trząść.

Na ganku Meg uśmiechała się rozanielona.

– Już go nie ma. Już nie żyje.

– Proszę, wróć do środka, Meg – powiedziała zmęczonym głosem Jillian.

– To bez znaczenia. On tu jest, on tu jest, on tu jest.

– Kto?

– Nie wiem. – wyszeptała Meg. – Ktoś gorszy od Eddiego Como.

GRIFFIN

Mamy problem. Griffin oderwał się od lektury pięciu stosów papierów. Był właśnie w trakcie organizowania centrum śledczego w przestronnej, wyłożonej szarą wykładziną sali konferencyjnej Biura Detektywistycznego. Niezmiennie zdumiewało go, ile papierkowej roboty wiąże się z każdym przestępstwem. Raporty śledcze, zeznania świadków, wyciągi bankowe, wstępne opisy materiału dowodowego. Już był zawalony papierami, a mundurowi, detektywi od przestępstw finansowych i techniczni wciąż wpadali do sali i rzucali na stół kolejne pliki kartek. Od czasu do czasu zaglądali także major, pani porucznik albo pułkownik, żeby zapytać, czy może Griffinowi udało się już w jakiś cudowny sposób rozwiązać sprawę. Do tego co kilkadziesiąt sekund dzwonił telefon. Dziennikarze domagali się wywiadów. Lokalni biznesmeni domagali się sprawiedliwości. Prokurator generalny pragnął podkreślić, że nie lubi strzelanin na terenie sądu, a burmistrz obawia się, że uliczne eksplozje szkodzą turystyce. Teraz zadzwonił Fitz.