– Były czymś osłonięte?
– Tak. Czymś gumowym. Jakby miał lateksowe rękawiczki, co sprawiło, że od razu pomyślałam o Trish…
– A jego twarz? Próbowałaś ją podrapać albo bić? Może miał wąsy, brodę?
Musiała się zastanowić.
– Nie. Nie pamiętam, żebym uderzyła go w twarz. Ale śmiał się. Mówił. Nie miał przytłumionego głosu, więc raczej nie zarzucił nic na głowę.
– A udało ci się go uderzyć?
– Między nogi. Ręką.
– Był ubrany?
– Tak. Miał spodnie, buty. Zdaje się, że zdążył się wcześniej ubrać.
– A pamiętasz może, z jakiego materiału miał spodnie? Co poczułaś, kiedy go uderzyłaś?
– Z bawełny – odparła bez namysłu. – Materiał był miękki. Na pewno nie drelich. To musiały być spodnie na lato albo od dresu.
– A wyżej?
– Uderzyłam go w żebra… Też bawełna. I guzik. Więc to nie był T-shirt, tylko normalna zapinana koszula.
– Taka, w jakich lubił chodzić Eddie?
– Dokładnie! – Pokiwała energicznie głową.
Griffin spojrzał na ocean. Słońce było jeszcze wysoko. Pusta plaża, kojący szum fal. Tylko brodźce z piskiem biegały po mokrym piasku w poszukiwaniu pokarmu.
– Świetne miejsce na weekendy – zagadnął. – Można odpocząć po tygodniu stresów w pracy.
– Tak.
– Twoja mama wciąż tu przyjeżdża?
– Lubi się wygrzewać na werandzie, kiedy jest ładna pogoda. Toppi też uwielbia to miejsce.
– A Trisha?
– Też jej się tu podobało – odparła spokojnym głosem.
– Opowiedz mi o niej, Jillian. Opowiedz o czymś, co wiązało się z tym miejscem.
– Po co?
– Bo dobrze jest powspominać. Nawet jeżeli to boli.
Nie odpowiedziała od razu. Nic nie przychodziło jej do głowy. Trochę ją to przestraszyło. Minął przecież dopiero rok. Trisha nie mogła tak szybko zniknąć z jej pamięci. W końcu jednak uspokoiła się, wzięła głęboki oddech. Spojrzała na pieniące się fale i okazało się, że to wcale nie takie trudne.
– Trisha była straszną psotnicą. Lubiła rzucać się w fale, a potem wybiegała na plażę, turlała się po piasku i straszyła mamę i mnie, że nas uściska.
– Co wtedy robiłaś?
Uśmiechnęła się.
– Przerażoną minę, oczywiście. Nie przepadam za wodą ani za piachem. Dla mnie plaża jest po to, żebym mogła leżeć na wielkim ręczniku pod wielkim parasolem i czytać dobrą książkę. Właśnie dlatego Trishę tak to bawiło. – W końcu odwróciła się do niego i spojrzała mu w oczy. – Opowiedz mi o swojej żonie. Skoro dobrze jest powspominać, nawet kiedy to boli, opowiedz mi o niej.
– Miała na imię Cindy, była piękna i bardzo ją kochałem.
– Jak się poznaliście?
– Na wycieczce w New Hampshire. Oboje należeliśmy do Klubu Wspinaczki Górskiej. Ona miała dwadzieścia siedem lat. Ja trzydzieści.
Wyprzedziła mnie w drodze na szczyt Mount Washington, ale ja przegoniłem ją w drodze powrotnej.
– Czym się zajmowała?
– Była elektronikiem.
– Naprawdę? – Jillian spojrzała na niego ze zdziwieniem. Wyobrażała sobie jego żonę jako kogoś… z mniejszym mózgiem. Może słodką blondynkę, którą pociągają bicepsy.
– Pracowała w firmie w Wakefield – powiedział Griffin. – A poza tym lubiła dłubać na boku. Niedługo przed chorobą zaprojektowała nawet nowy model EKG. Dostała patent i tak dalej. Wciąż mam na ścianie certyfikat.
– Musiała być dobra.
– Sprzedała prawa za trzy miliony dolarów – oznajmił rzeczowo Griffin. – Była bardzo dobra.
Jillian patrzyła na niego z rosnącym zdumieniem. Naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć.
– Nie musisz już pracować.
– Tego bym nie powiedział.
– Ale trzy miliony dolarów…
– Pracuje się z wielu powodów. Ty też masz pieniądze, Jillian. A mimo to prowadzisz firmę.
– To pieniądze mojej matki. Chcę, muszę mieć własne.
Griffin uśmiechnął się do niej.
– A tamte pieniądze zarobiła moja żona – powiedział łagodnie. – Może ja też potrzebuję własnych. Poza tym – dodał zmienionym głosem – rozdałem je.
– Wszystkie?
– Co do centa. Wkrótce po tym, jak miałem załamanie. I coś ci powiem. Jeżeli rzucenie się na podejrzanego o dziesięciokrotne morderstwo pedofila nie przekona ludzi, że masz świra, z pewnością przekona ich rozdanie milionów dolarów.
– Rozdałeś je? – Wciąż nie mogła się oswoić z tą myślą. Nie wyobrażała sobie, że policyjny detektyw zarabiający około pięćdziesiąt tysięcy rocznie pozbył się trzech milionów. No, dobrze, półtora miliona po odjęciu podatków.
Dziwiło ją, że opowiedział jej to wszystko. A może nie było się czemu dziwić. W końcu ubiegłej nocy przyjechał do jej domu. I tak naprawdę nie miał obowiązku spotykać się z nią i potwierdzać przekazania pieniędzy ojcu Rondellowi. Mimo to wciąż się zjawiał, a ona wciąż z nim rozmawiała. Oboje muszą być stuknięci.
– Kiedy Cindy podpisała umowę – podjął Griffin – to było coś niesamowitego. Pracowała nad tym modelem pięć lat, aż tu nagle proszę, nie tylko udało jej się go zbudować, ale jeszcze sprzedała go za grube pieniądze. To było niesamowite, wspaniałe. Ale potem zachorowała. W jednej chwili była szczęśliwą, pełną życia kobietą, a w następnej zmieniła się w diagnozę lekarską. Zaawansowany rak trzustki. Dawali jej osiem miesięcy życia. Umarła po sześciu.
– Przykro mi.
– Kiedy Cindy zarobiła te pieniądze, byłem w siódmym niebie. – Wzruszył ramionami. – W końcu co może być złego w trzech milionach dolców? Cindy kupiła sobie u Nordstroma nowe rzeczy, zaczęliśmy myśleć o kupnie nowego domu, może nawet jachtu. Zachowywaliśmy się jak dzieci. Nie mogliśmy uwierzyć, że ktoś dał nam tyle szmalu. Ale potem Cindy zachorowała i umarła. A te pieniądze… zaczęły mi ciążyć. Czułem się, jakbym podświadomie podpisał cyrograf z diabłem. Fortuna w zamian za żonę.
– Miałeś poczucie winy – powiedziała łagodnie Jillian.
– Tak. Tak to już jest z nami katolikami. A może szkoda. Cindy była inna. Do samego końca myślała o mnie, próbowała mnie przygotować. – Uśmiechnął się gorzko. – To ona umierała, ale rozumiała, że mnie było ciężej.
– Musiałeś po jej odejściu dalej żyć.
– W każdej chwili zamieniłbym mój los na jej – wyznał cicho. – Chętnie zająłbym to szpitalne łóżko, wziął na siebie ból, powolną utratę sił, śmierć. Tylko że nie miałem takiego wyboru.
Jillian pokiwała w milczeniu głową. Też oddałaby życie, żeby ocalić Trish.
– No proszę – odezwała się w końcu. – Ja podarowałam pieniądze synowi domniemanego gwałciciela, żeby pozbyć się winy, a ty oddałeś miliony dolarów…
– Amerykańskiemu Towarzystwu Walki z Rakiem.
– No tak…
– No tak – uśmiechnął się Griffin.
– Kiedy umarła?
– Dwa lata temu.
– Wciąż za nią tęsknisz? – zapytała cicho.
– Nieustannie.
– Nie mogę się pogodzić ze śmiercią Trish – wyznała.
– Tak już jest. To musi boleć.
– Ona była nie tylko moją siostrą. Traktowałam ją jak swoje dziecko. Powinnam ją była ochronić.
– Spójrz na mnie, Jillian. Potrafię podnieść sztangę ważącą sto kilogramów, przebiec dwa kilometry w pięć minut i strzelać z karabinu. Ale nie mogłem uratować żony.
– Nie mogłeś walczyć z rakiem. Griffin wzruszył ramionami.
– Ludzie pokroju Eddiego Como to też rodzaj choroby.
– Nie powstrzymałam go. Spóźniłam się. Kiedy weszłam do mieszkania Trishy i zobaczyłam ją na łóżku, wiedziałam, po prostu wiedziałam, co się stało. Ale wtedy mnie zaatakował, przewrócił na podłogę. Starałam się, naprawdę się starałam. Myślałam, że jeśli uda mi się wyrwać, znaleźć kluczyki, wykłuć mu oczy… Jestem inteligentna, wykształcona, prowadzę własną firmę. Ale jakie to ma znaczenie, skoro nie mogłam go pokonać i ocalić siostry?
Griffin przysunął się do niej. Jego oczy były ciemne, niemal granatowe. Pomyślała, że mogłaby się zatopić w ich głębi, ale oczywiście oboje wiedzieli, że tego nie zrobi. Wtedy przyszło jej do głowy, że mógłby ją znowu dotknąć. Nie była jednak pewna, czy byłoby to wspaniałe, czy okropne.