– Eddie Como nie żyje. Jillian wciąż się nie odzywała.
– Na parkingu Szkoły Wzornictwa policja znalazła jeszcze jedno, niezidentyfikowane ciało. To trzy ofiary śmiertelne w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Jillian nadal nie odpowiadała. Maureen postanowiła zmienić taktykę.
– W dniu aresztowania Eddiego Como powiedziała pani, że cieszy się, że policja schwytała podejrzanego. Stała pani wraz z Meg Pesaturo i Carol Rosen na stopniach ratusza i wszystkie publicznie obarczyłyście Eddiego Como winą za ataki dokonane przez Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego.
– Policja miała przekonujące dowody…
– Kolejna dziewczyna nie żyje! Została zgwałcona i zamordowana jak pani siostra!
– I bardzo mi przykro!
– Przykro pani?! – natarła Maureen. – To nie wróci Sylvii Blaire życia. Wyrazami współczucia nie odda pani państwu Blaire ich pięknej, kochanej córki.
– To nie moja wina… – Jillian urwała wpół zdania. Jej opanowanie zaczęło topnieć, w głosie zabrzmiało zdenerwowanie.
Griffin rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, ale ona już na niego nie patrzyła.
– Domagałyście się sprawiedliwości – nie odpuszczała Maureen.
– Zostałyśmy zgwałcone! To oczywiste, że domagałyśmy się sprawiedliwości!
– Wmówiłyście opinii publicznej, że nikt nie będzie mógł spać spokojnie, dopóki gwałciciel nie znajdzie się za kratkami.
– Bo taka była prawda!
– Organizowałyście konferencje prasowe, wywierając ogromny nacisk na policję.
– Cztery kobiety zostały napadnięte. Policja i tak była pod ogromnym naciskiem!
– Powiedziałyście, że cieszycie się z aresztowania pana Como.
– Bo tak było!
– Tak? Więc w takim razie co pani czuje po jego śmierci? Potrzebuje pani więcej szampana, panno Hayes? W końcu niecodziennie ktoś publicznie wznosi toast, by uczcić śmierć niewinnego człowieka.
Jillian drgnęła nerwowo. Za późno spostrzegła pułapkę. Za późno spojrzała w obiektyw kamery szeroko otwartymi, zdziwionymi oczami.
– Śmierć to nie sprawiedliwość – powiedziała słabym głosem, chociaż nie miało to już żadnego znaczenia.
Maureen miała swój reportaż i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Dziennikarka uśmiechnęła się i ruchem ręki nakazała Jimmy’emu wyłączyć kamerę.
– Dziękuję – rzekła, opuszczając mikrofon.
– Naprawdę uważa pani, że w ten sposób komukolwiek pani pomaga? – spytała Jillian.
Maureen wzruszyła ramionami.
– Nie mogę spieprzyć sprawy bardziej od pani, prawda?
– Sugeruje pani, że to moja wina?
– Oglądała pani nagrania z waszych konferencji prasowych? Widziała pani, jak wygląda w telewizji? Ma pani taką siłę perswazji, że niejeden polityk by się schował. Zawsze opanowana, chłodna, przekonująca. Uświadomiła pani telewidzom, że ich córki mogą być następne. Pani nie tylko włączyła się do tej historii, pani się nią po prostu stała. Nawet ja z wami sympatyzowałam. Kurczę, wszyscy dziennikarze pili wasze zdrowie, kiedy aresztowano Eddiego Como. Ale to było, zanim zginęła Sylvia Blaire. Jasne, że jest pani odpowiedzialna za to, co się wczoraj stało. Gdybyście tak nie podgrzewały atmosfery, może policja przeprowadziłaby dokładniejsze śledztwo. Gdyby policja nie traciła tyle czasu na tłumaczenie się z tego, co mówiła pani do kamer, detektywi mieliby więcej czasu na prowadzenie śledztwa. Policjanci są bardzo wrażliwi na naciski publiczne. Proszę zapytać sierżanta Griffina.
– Też cię kocham, Maureen – powiedział Griffin. Dziennikarka posłała mu słodki uśmiech.
– Właśnie dlatego tak lubię tę pracę.
– Nie ma żadnych przekonujących dowodów, że Eddie Como był niewinny – nie dawała za wygraną Jillian.
– Niech pani to powie Sylvii Blaire.
– Możliwe, że ktoś się pod niego podszył.
– Mam to nagrać?
Jillian nie odpowiedziała. Maureen pokiwała głową.
– Tak właśnie myślałam – rzuciła i ruszyła z Jimmym do samochodu. Niewątpliwie mogli być z siebie dumni. Przybyli, zobaczyli, zwyciężyli. Maureen pomachała Jillian i Griffinowi na pożegnanie i zasunęła za sobą drzwi.
– Nie powinnaś jej była słuchać – rzekł Griffin, gdy wóz transmisyjny odjechał.
– Ale słuchałam i będę słuchać – odparła z uśmiechem. – Tak samo jak Carol i Meg. Będziemy o tym myśleć w środku nocy.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę swojego samochodu.
– Jillian… – Chwycił ją za ramię. Fizyczny kontakt oboje zaskoczył. Jillian wpatrywała się w jego dłoń tak długo, aż ją puścił. – Fitz przeprowadził rzetelne śledztwo. Ja też znam się na swojej robocie. Wyjaśnimy tę sprawę.
Jillian spojrzała w niebo.
– Zostały trzy godziny do zmroku, Griffin. Zastanawiam się, która kobieta będzie dziś w nocy sama w domu. Która studentka będzie zakuwać do egzaminów, marzyć o chłopaku albo po prostu siedzieć przed telewizorem. Zastanawiam się, która dziewczyna popełnia w tej chwili drobny błąd, który wkrótce może zaważyć na jej życiu.
– Nie możesz myśleć w ten sposób.
– Ale myślę. Komuś, kto przeżył napaść, trudno myśleć inaczej. Świat jest bardzo niebezpiecznym miejscem, sierżancie.
GRIFFIN
– Mam dobrą wiadomość – oświadczył detektyw Waters przez telefon komórkowy. – Eddie Como nie żyje.
– O, nareszcie coś nowego. – Griffin jechał właśnie Ocean Road w stronę Providence, przyciskając komórkę do ucha. Ruch był niezbyt duży. Dopiero za miesiąc całe Narragansett zamieni się w gigantyczny parking dla turystów. Nie ma to jak lato.
– Koroner przed chwilą to potwierdził – mówił Waters. – Poza tym policja miejska zidentyfikowała tego zwęglonego truposzczaka.
– Serio?
– Facet służył w armii. Niejaki Gus J. Ohlsson z Nowego Jorku. Wyobraź sobie, że gość był snajperem.
– Więc detektywistyczna intuicja znowu nas nie zawiodła. Trzeba to otwarcie przyznać: mamy nosa.
– Możesz się poklepywać po ramieniu, ile wlezie, a i tak wszystkie laury zbiorą gliniarze z policji miejskiej. Właśnie załatwiają nakaz sądowy, żeby przejrzeć wojskowe akta i rachunki bankowe Ohlssona. Facet ma ojca w Nowym Jorku, więc możesz sobie wyobrazić, że Boz i Higgins tańczą z radości.
– Nie ma to jak wycieczka – zauważył Griffin. Boz i Higgins od piętnastu lat pracowali w Biurze Detektywistycznym policji miejskiej. A że Providence znajdowało się w pobliżu autostrady I-95 łączącej Nowy Jork z Bostonem, tutejsze przestępstwa często były powiązane ze sprawami w którymś z tych miast. Dziwnym zbiegiem okoliczności do Nowego Jorku zawsze jeździli właśnie Boz i Higgins. Naprawdę zawsze. Plotka głosiła, że to dlatego, iż przepadają za przedstawieniami na Broadwayu.
– Biorąc pod uwagę wojskową przeszłość Ohlssona, nasza hipoteza z wynajętym mordercą wygląda coraz lepiej. Oczywiście ci z miejskiej chcą jeszcze sprawdzić powiązania z mafią.
– U kogoś z takim nazwiskiem jak Ohlsson?
– Świat stał się globalną wioską, nie słyszałeś? Mafia też zrobiła się wielonarodowościowa.
– A niech mnie, człowiek bierze rok urlopu, a gdy wraca, okazuje się, że zmieniła się cała mapa przestępczego świata. Kto by pomyślał! – Griffin wjechał na estakadę prowadzącą na północ. – Są jakieś wieści od straży pożarnej?
– Po dwóch dniach?! Kurczę, naprawdę straciłeś kontakt z rzeczywistością.
– Wolę o sobie myśleć jako o optymiście. Aha, słuchaj Mike, mógłbyś się w moim imieniu skontaktować z tymi od przestępstw finansowych? Powiedz im, że Jillian Hayes przekazała te dwadzieścia tysięcy parafii w Cranston. Ksiądz to potwierdził, ale musimy utrzymać szczegóły w tajemnicy.
– To nie będzie trudne. Przecież nie podałeś mi żadnych szczegółów. To co? Wracasz teraz do biura?
– Nie, jadę odwiedzić Dana Rosena.
– Jedziesz do Rosena? – zapytał Waters podniesionym głosem. Griffin rozumiał jego rozdrażnienie. Detektyw prowadzący sprawę nie powinien jeździć po mieście. Jego robota polegała na siedzeniu w centrum śledczym i koordynowaniu pracy podwładnych, takich jak Waters, do których należało przesłuchiwanie podejrzanych i świadków. Wiedział też, że jeśli nie pojawi się wkrótce w centrum dowodzenia, dostanie burę od szefowej.