Griffin rozluźnił się, zatapiając się we własnych myślach. Od dawna już z nikim nie ćwiczył. Zdążył zapomnieć, jakie to uczucie. Zapach talku i potu. Ciepło ciał. Milczenie mężczyzn, którzy nie muszą sobie nic mówić.
Gdy Griffin przerzucił się na wyciskanie sztangi, Mike zaczął się bawić skakanką. Potem Griffin ćwiczył z lekkim workiem, a Mike zabrał się za podnoszenie ciężarów. Po godzinie obaj nie mogli się ruszyć, wzięli więc sobie po piwie oraz dwulitrową butelkę wody i przenieśli się na werandę.
Było już po zmroku. W oddali lśniły światła Newport Bridge, a chłodna bryza od oceanu owiewała ich spocone ciała. Mike założył górę od dresu, Griffin zaś wciągnął na siebie stary pulower.
Nie rozmawiali.
Zadzwonił telefon komórkowy. Griffin poszedł do sypialni, żeby odebrać. Carol Rosen została przeniesiona na intensywną terapię. Wypłukano jej żołądek, ale wciąż nie odzyskała przytomności. Lekarze chcieli ją mieć na oku.
Kiedy wrócił na werandę, Waters zdążył już dopić wodę i właśnie otwierał Griffinowi puszkę budweisera.
– Widzę, że wciąż kupujesz wyłącznie najlepszy browar – zauważył, podając mu piwo.
– Ma się rozumieć.
Potem znowu siedzieli w ciszy. Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach Mike zapytał:
– Wciąż ci jej brakuje?
– Każdego dnia.
– Ja też za nią tęsknię. – Mike spojrzał Griffinowi w oczy. – Ciężko mi było bez ciebie. Czułem się, jakbym stracił was oboje.
Griffin milczał. Przyjaźnili się z Watersem od piętnastu lat. Mike był przy nim, kiedy został awansowany na detektywa. Słuchał go, kiedy Griffin wrócił z wycieczki górskiej i nie potrafił przestać mówić o dziewczynie, którą poznał. Był drużbą na jego ślubie, a potem w pewien słoneczny wiosenny dzień niósł trumnę Cindy do grobu. Czasami Griffin zapominał, że nie tylko on cierpi.
– David Price był kompletnym dupkiem – powiedział ni stąd, ni zowąd Waters. – I naprawdę świetnie się z tym ukrywał, nie tylko przed tobą. Ale to już przeszłość. Dostał, na co zasłużył. Nie musisz się już nad nim pastwić.
– Wiem.
– To dobrze. Cindy chciała, żebyś był szczęśliwy, Griffin. Chciała dla ciebie tego samego, czego ty dla niej.
– Ale to nie było sprawiedliwe, wiesz? – powiedział Griffin.
– Wiem.
– To jest właśnie najgorsze. Kiedy zaczynam o tym myśleć… – Obrócił puszkę w dłoni. – Znowu mi odbija.
– Więc nie myśl.
Griffin westchnął ciężko. Spojrzał w ciemne niebo.
– Tak. Jest, jak jest. Ludziom, którym wydaje się, że panują nad życiem, po prostu brakuje spostrzegawczości.
– Amen – powiedział Waters, po czym poszedł do kuchni i wziął z lodówki kolejne dwa piwa.
Kiedy wrócił, Griffin zapytał:
– Skontaktowałeś się z kapralem Charpentierem?
– Tak.
– I co?
– Price nic nie wie.
– Jesteś pewien?
– Charpentier rozmawiał z Jimmym Woodsem, tym, który siedział z Como w celi. Okazuje się, że Eddie cały czas się żalił. Ciągle powtarzał, że jest niewinny i że zaszła jakaś okropna pomyłka.
– Tak powiedział Woods?
– Tak. Dla świętego spokoju Charpentier rozmawiał jeszcze z Price’em. David stwierdził, że Woods kłamie, ale nie zrobił na Charpentierze wrażenia. Zgadnij, co odpowiedział, kiedy Charpentier zapytał, kto zgwałcił Sylvię Blaire.
– Co?
– Powiedział, że Eddie Como. A potem zaczął się śmiać.
KLUB OCALONYCH
Zapadł zmrok. Meg siedziała na podłodze w pokoju Molly i zaplatała warkoczyki lalce Barbie, starając się nie zwracać uwagi na gęstniejący za oknem mrok i dochodzące zza drzwi głosy kłócących się rodziców.
– Różowa suknia – orzekła pięcioletnia Molly, która od dziesięciu minut grzebała w pudełku z ubrankami Barbie, próbując wybrać lalce odpowiedni strój ślubny. Molly nie miała Kena, więc Barbie miała wyjść za Kubusia Puchatka, który wydawał się uszczęśliwiony takim obrotem sprawy. Specjalnie na tę okazję włożył różową pelerynę. Molly uwielbiała róż.
Dziewczynka podała starszej siostrze długą, wyszywaną cekinami suknię, która bardziej pasowałaby na uroczystość rozdania Oscarów niż na ślub. Meg jednak posłusznie ubrała w nią lalkę.
– Może powinniśmy o tym komuś powiedzieć – mówiła właśnie mama.
– Nie ma mowy! – odparł ojciec.
– Na przykład Jillian…
– Nie.
– Albo sierżantowi Griffinowi?
– Daj spokój, Laurie, to sprawa rodzinna. Radziliśmy sobie do tej pory i nie zamierzam teraz angażować w to jakichś obcych ludzi.
– Buty – powiedziała Molly. Spojrzała na Meg i zmarszczyła brwi. W tym domu trudno było o odpowiednie buty dla ludzi, a co dopiero mówić o plastikowych pantofelkach dla lalek.
– Może wziąć ślub na bosaka – zasugerowała Meg.
– Nie! – Molly była oburzona.
– Puchatek nie ma butów – zauważyła rozsądnie Meg.
Mała przewróciła oczami.
– Puchatek jest misiem, a misie nie noszą butów. Wszyscy o tym wiedzą.
– A noszą peleryny?
– Tak, różowe. Bo róż to ulubiony kolor Barbie, a Puchatek chce jej sprawić przyjemność.
Purpura, pomyślała Meg. Kolor władców. Jego ulubiony. Ale czyj? Skąd o tym wiedziała?
– Martwię się… – dobiegł z korytarza głos matki.
– Ależ, kochanie…
Nie nazywaj mnie „kochaniem”! Na litość boską Tom. Lekarze zapewniali, że pamięć szybko jej wróci. Amnezja pourazowa nie powinna trwać tak długo. I nie powinna obejmować całego życia. A ona niczego nie pamięta. Niczego! Może nawet jest z nią gorzej, niż nam się wydaje!
– Przestań, Laurie. Widziałaś ją. Jest szczęśliwa. To co, że niczego nie pamięta?! Kurczę, może to nawet lepiej dla nas wszystkich.
– A może ona nienawidziła swojego życia. Pomyślałeś o tym, Tom? Może to, co zrobiliśmy… O, mój Boże, może zraniliśmy ją na całe życie?!
– Buty! – wykrzyknęła Molly. Z triumfem odstawiła pudełko z ubrankami i wzięła parę jaskrawoczerwonych bucików na koturnach, które pewnie dołączono do kompletu Barbie hipiski albo do jej szałowych obcisłych dżinsów. Meg wzięła lalkę z rąk siostry i założyła jej buciki. Barbie była gotowa do wspaniałego różowego ślubu. Podobna kreacja jeszcze długo nie pojawi się w telewizyjnej reklamie Mattel, pomyślała Meg. Ale Molly wyglądała na bardzo zadowoloną.
– Czas na ślub – oznajmiła, uśmiechając się szeroko. – Tam, tam, ta, tam. Tam, tam, ta, tam…
– Ożenię się z tobą.
– Nie… nie…
– To przez nich, prawda? Pierdolić ich! Porwę cię. Będziesz ze mną szczęśliwa. No, Meg, moja słodka mała Meg…
– Boję się.
– Nie ma czego. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. Nigdy.
– Boję się – mówiła jej mama. – A jeżeli pewnego dnia wszystko nagle jej się przypomni? Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. A ona nie będzie na to gotowa?
– Lekarze powiedzieli, że jeśli sobie przypomni, to znaczy, że jest gotowa.
– Och, daj spokój. Przecież ci sami lekarze nie wiedzą, dlaczego zapomniała całe życie. Zrozum, Tom, oni nie mają o tym zielonego pojęcia.
– Laurie, kochanie, czego ty chcesz?
– Chcę, żeby nasza córka była szczęśliwa! Bezpieczna. Och, Tom, a gdyby Meg przedawkowała leki nasenne? Jeżeli nawet dorosła kobieta nie jest w stanie poradzić sobie z takim okropnym przeżyciem, to jak może zareagować Meg?
– Meg? – zapytała Molly.
Meg zamrugała. Pomalowany na różowo pokój siostrzyczki znowu nabrał konturów. Znowu siedziała na podłodze. Molly patrzyła na nią z niepokojem.
– Dobrze się czujesz, Meg? – zapytała, ściskając lalkę.
– Eee, ja… – Meg dotknęła policzka. Miała spoconą twarz. Skóra zrobiła się zimna i mokra. – Trochę boli mnie głowa. – Uśmiechnęła się słabo, próbując się uspokoić.