Выбрать главу

– Wyjdź za mnie.

– Nie mogę…

– Wyjdź za mnie.

Ścisnęło ją w żołądku. Przez chwilę myślała, że zwymiotuje. I wtedy nagle, głęboko w głowie:

– Głupia smarkula. Biegnij do domu, do mamy i taty. Wracaj do ich ciasnego drobnomieszczańskiego świata. Nie chcesz mojej miłości? To nie będziesz jej miała. Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę…

– Meg?

– Chwileczkę.

Z korytarza dobiegło:

– Nie chcę, żeby skończyła jak Carol. Nie zniosłabym tego. Och, Tom, jaki błąd popełniliśmy?

– Meg?

– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę…

– Lekarze wciąż nie są pewni, czy Carol z tego wyjdzie. Meg naprawdę się do niej przywiązała. A jeżeli Carol umrze, Tom? Co się wtedy stanie? Boże, Tom!

Meg zerwała się. Wybiegła z pokoju.

– Meg?

– Nienawidzę cię, nienawidzę…

Popędziła przez korytarz.

A jeśli Carol umrze, jeśli umrze…

Wpadła do ubikacji. Pochyliła się…

I nic. Nie zjadła obiadu. O kolacji też zapomniała. Jej żołądek ściskał się i rozkurczał, ale nie miała czym zwymiotować. Podeszła do umywalki i odkręciła zimną wodę. Włożyła głowę pod kran, próbując zmyć lodowatym strumieniem niepokojące obrazy i głosy.

Mijały minuty. Długie, chłodne minuty, gdy woda spływała po jej spoconej skórze, przynosząc kojącą słodycz zapomnienia.

Kiedy w końcu podniosła głowę, w drzwiach stali rodzice. Ojciec wydawał się spokojny jak zwykle. Matka trzymała lewą rękę na biodrze, a w prawej obracała złote serduszko wiszące na łańcuszku na szyi.

– Meg, kochanie? – powiedziała.

Meg wyprostowała się. Dziwne głosy i niepokojący szum zaczęły powracać. Odległe obrazy zbliżały się niebezpiecznie. Wzięła ręcznik i zaczęła metodycznie wycierać twarz.

– Nic ci nie jest, córeczko? – spytał ojciec.

– Nie. Jestem tylko trochę zmęczona. Pewnie przez ten szpital. – Uśmiechnęła się blado.

– Carol za pewno wyzdrowieje – powiedziała matka. Coraz mocniej ściskała złote serduszko.

– Na pewno. – Meg zakręciła kurek, odwiesiła ręcznik i przeczesała długie kasztanowe włosy.

– Jeżeli czegoś potrzebujesz… – spróbował ojciec.

– Nie, dziękuję, tato.

– Kochamy cię, córeczko – powiedziała czule matka.

– Ja też was kocham.

Co oni robią? Tyle słów, ale żadne nie miało znaczenia. Kłamstwa. Nigdy przedtem nie zdawała sobie z tego sprawy, ale miłość tworzy kłamstwa. Wielkie kłamstwa. Olbrzymie kłamstwa zapakowane w kolorowe papierki i ofiarowane w najlepszej intencji. Bezpieczeństwo za cenę fałszu.

Rodzice wciąż stali w drzwiach. Ona wciąż stała przy umywalce. Nikt nie wiedział, co zrobić.

– Och, mam ślub – powiedziała Meg.

– Ślub?

– Barbie wychodzi za Puchatka. Nie dostaliście zaproszeń?

– Molly znowu wyprawia wesele. – Matka w końcu się uspokoiła. Przestała obracać serduszko. – Barbie znowu wystąpi w różowej sukience?

– Oczywiście.

– I czerwonych koturnach?

– Dzieciak ma styl.

– O, tak. – Matka usunęła się na bok. – Nie możemy stać na drodze prawdziwej miłości.

– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę!

– To idę. – Meg przykleiła uśmiech do twarzy i wróciła do dziecięcego pokoju.

Molly siedziała na podłodze i tuliła lalkę.

– Pora odprawić ślub! – oznajmiła Meg z wymuszoną radością.

Molly podniosła wzrok i uśmiechnęła się szeroko.

Kilka godzin później rodzina Pesaturo poszła spać. W pokojach małego domku gasły światła. Meg też wyłączyła lampę, ale nie położyła się do łóżka. Podeszła do okna.

– Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę!

Zaczęła się wpatrywać w nieprzenikniony mrok za oknem. Co się tam kryło?

Ciemno-czekoladowe oczy. Czuły pocałunek kochanka.

– David – wyszeptała. – David. O, nie. David Price.

O północy Jillian opuściła w końcu szpital. Carol nie odzyskała jeszcze przytomności. Leżała spokojnie w śnieżnobiałej szpitalnej pościeli, jej długie złote włosy okalały twarz niczym aureola, ekran monitora mrugał miarowo w rytm jej pulsu, a respirator pompował powietrze do płuc.

Śpiączka, oznajmili lekarze. W jej żyłach wciąż krążyło sto dwadzieścia pięć miligramów ambienu, dwunastokrotność zalecanej dawki. W reakcji z alkoholem lek spowodował niemal całkowite wyłączenie systemu nerwowego. Ciało Carol reagowało tylko na bolesne bodźce. Lekarze powiedzieli, że rano, gdy stężenie alkoholu i ambienu we krwi zmaleje, przeprowadzą ponowne badania. Innymi słowy, będą nakłuwać i opukiwać jej biedne, nieruchome ciało. Spróbują zadać taki ból, który zdoła przywrócić ją do życia.

Dan został w szpitalnej sali. Przysunął krzesło do łóżka żony i w końcu zasnął z głową na skraju materaca. Przez szybę w drzwiach Jillian zobaczyła, jak pielęgniarka okrywa jego ramiona kocem. Potem odwróciła się i odeszła.

Noc była chłodna. Zimny wiatr owiał jej policzki. Wciąż miała na sobie ten sam kostium co rano. Nie wzięła płaszcza. Przygarbiła się pod granatowym żakietem i trzęsąc się, ruszyła przez opustoszały parking. Reporterzy już dawno zdążyli zniknąć. W świecie mediów samobójcza próba Carol przestała się liczyć. Od szóstej po południu uwagę dziennikarzy zaprzątał tylko pozew Tawnyi Clemente przeciwko władzom miasta.

Jillian wsiadła do lexusa, zamknęła drzwiczki i zapaliła silnik. Zerknęła na tylne siedzenie. Było puste. To dlaczego ciarki przechodziły jej po plecach?

Wrzuciła wsteczny bieg, wykręciła i ledwo powstrzymała się od krzyku.

Nie. Eddie Como. Nie. To dzieje się tylko w jej głowie. Tylko w jej głowie. Tylne siedzenie było puste, parking był pusty. Odwróciła się, zatrzymała samochód. I przez chwilę siedziała za kierownicą, trzęsąc się ze strachu.

Atak paniki, uprzytomniła sobie. Na początku ciągle je miała. Od ostatniego minęło już sporo czasu, ale dzisiejszy dzień należał do wyjątkowo ciężkich. Najpierw Sylvia Blaire, teraz Carol.

O Boże, Carol…

Jillian oparła głowę o kierownicę i nagle się rozpłakała. Drugi raz tego samego dnia. Nowy rekord. Nie mogła się jednak powstrzymać. Gorzkie łzy same napływały jej do oczu, wstrząsały jej ciałem, ściskały boleśnie żołądek. Właśnie dlatego rzadko płakała. W jej żalu nie było nic tragicznego ani wykwintnego. Beczała jak bóbr, a potem wyglądała okropnie: miała przekrwione, zapuchnięte oczy, czerwone policzki i rozmazany makijaż.

A gdyby sierżant Griffin ją teraz zobaczył? Na myśl o tym znowu zachciało jej się płakać.

Mogła do niego zadzwonić. Pewnie by odebrał, chociaż było po północy. Pewnie nawet wysłuchałby jej wyznań o żalu i nie ustępującej tęsknocie. Wydawał się właśnie tego typu facetem.

Nie sięgnęła jednak po telefon. Może sama nie była tego typu kobietą, może nie wierzyła już w księcia z bajki. A może wierzyła, a Meg miała mimo wszystko rację, mówiąc, że ciągle obarcza się winą za śmierć siostry.

A może to tylko psychologiczny bełkot, a tak naprawdę po prostu jeszcze nie była gotowa. Wciąż brakowało jej siostry. Wciąż odczuwała ból. I rzeczywiście za bardzo zamykała się przed otoczeniem, i rzeczywiście czuła się winna. A teraz jeszcze martwiła się o Carol. Jak zwykle myślała o matce. No i jeszcze to, co się przydarzyło tej biednej studentce. Kto mógł wiedzieć, co się czai w nieprzeniknionym mroku nocy?

Jillian włączyła silnik. Wyjechała z parkingu.

Kiedy wjechała na podjazd przed domem, powitały ją zapalające się światła. Ogród wyglądał jak pas startowy. Rano Jillian kazała zamontować trzy nowe reflektory, więc sąsiedzi pewnie musieli zakładać ciemne okulary, żeby położyć się spać. I dobrze. Oby to była największa tragedia, jaka się wydarzy w ich życiu.

Po drodze minęła radiowóz zaparkowany na ulicy. Dwaj policjanci kiwnęli jej głowami na powitanie. Pomachała im. A więc Griffin dotrzymał słowa.