Wjechała do garażu tak jak zwykle – nie otwierając drzwiczek i patrząc w tylne lusterko do momentu, gdy drzwi całkowicie się zamknęły. Przyjrzała się wszystkim mrocznym zakamarkom, szukając śladów intruza. Teren wydawał się bezpieczny. W końcu wysiadła z samochodu i weszła do domu.
Toppi zostawiła jej na kuchennym blacie talerz przykryty folią. Kanapka z kurczakiem, na wypadek gdyby Jillian była głodna. Włożyła talerz do lodówki, nalała sobie szklankę wody i przystąpiła do obchodu. Drzwi zamknięte. Okna zabezpieczone. Wszystko na swoim miejscu.
Dom był cichy o tej porze. Słyszała tylko tykanie zegara w przedpokoju i pochrapywanie dochodzące z sypialni Toppi.
Pierwsza w nocy. Powinna się położyć. Wciąż jednak obchodziła dom, by się upewnić, że jest bezpieczna.
Czy zawiodła Carol? Kiedyś Carol i Meg oskarżały ją o zbyt duże poczucie winy. Dziś po południu Griffin zasugerował, że obarcza się za wszystko odpowiedzialnością. Ludzi nie można ustrzec przed pewnymi niebezpieczeństwami.
Ale tym się właśnie zajmowała. Od kiedy sięgała pamięcią. Libby prowadziła beztroskie życie. Jillian starała się zapewnić Trishy spokój, stworzyć dom. Potem matka zachorowała. Jillian musiała się nią zająć. Kochała ją, a z miłością wiąże się odpowiedzialność. Robiła więc dla matki i siostry wszystko, co mogła. Tylko nigdy nie dopuszczała ich zbyt blisko siebie.
Tak samo postępowała w stosunku do Carol i Meg.
Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy czuje się winna dlatego, że Trisha umarła, czy też dlatego, że nie kochała jej bardziej, kiedy jeszcze żyła. Tyle letnich dni, gdy Trish biegała po plaży, a Jillian leżała samotnie pod parasolem. Dlaczego nie biegała z siostrą? Dlaczego się z nianie kąpała? Przed czym tak bardzo się wzbraniała?
Silna, odpowiedzialna Jillian, która nigdy nie zdobyła się na żaden poważny związek. Niezależna Jillian, która myślała tylko o pracy. Dumna, samotna Jillian, która kroczyła przez życie, jakby to było pole bitwy, a ona nie zamierzała brać żadnych jeńców. Ani matki, ani siostry, ani Eddiego Como, ani Klubu Ocalonych.
Biedna, głupia Jillian, która w wieku trzydziestu sześciu lat wciąż nie wiedziała, co jest w życiu ważne. Griffin miał rację. Trisha ją kochała. A Jillian nie powinna była potrzebować aż roku, żeby sobie o tym przypomnieć.
Wyszła na korytarz. Znowu myślała o Trishy i o przeszłości, która już nigdy nie wróci. Potem pomyślała o matce – o latach, które jeszcze razem spędzą. Dumna, zdenerwowana Libby. Smutna, milcząca Libby, która tak bardzo pragnie odwiedzić grób córki. Jillian stanęła w drzwiach do pokoju matki. Libby leżała w łóżku skąpana w niebieskiej poświacie nocnego światła. Miała otwarte oczy. Patrzyła prosto na nią.
– Czekałaś, aż wrócę? – zapytała Jillian ze zdziwieniem. Matka puknęła palcem o prześcieradło.
– Chciałaś mieć pewność, że nic mi się nie stało. Palec matki uniósł się i opadł na pościel. Jillian weszła do pokoju.
– Możesz już zasnąć. Wróciłam, mamo. Jestem bezpieczna. – A po chwili dodała: – I też cię kocham, mamo.
Libby uśmiechnęła się. Wyciągnęła ręce do córki. I po raz pierwszy, od kiedy była dzieckiem, Jillian przytuliła się do matki.
Tymczasem zegar tykał w przedpokoju, przed domem paliły się światła, a policjanci siedzieli w radiowozie, czekając na to, co przyniesie następny dzień.
GRIFFIN
Czwarta rano, środa. Detektyw sierżant Roan Griffin zajechał przed kwaterę policji stanowej w North Scituante. Był za wcześnie. Dużo za wcześnie. Ale uznał, że to dobrze. Musiał przejrzeć wstępne przesłuchania, przemyśleć zeznania świadków i ocenić raporty z działalności detektywistycznej. Później chciał sporządzić raport z chronologicznym przebiegiem wypadków oraz tabelę z najświeższymi informacjami o podejrzanych. To powinno zadowolić porucznik Morelli.
Tej nocy udało mu się przespać całe pięć godzin. Żadnych nowych gwałtów, żadnej strzelaniny, żadnych nowych pozwów sądowych. Teraz czuł się znacznie lepiej. Wrócił mu nawet optymizm. Oczywiście przedwcześnie.
W wejściu do budynku Śledczych Służb Pomocniczych powitał go umundurowany wartownik. Griffin skinął głową i poszedł w głąb długiego, oświetlonego na żółto korytarza. Całe lewe skrzydło ponurego brązowego gmachu z lat sześćdziesiątych, w którym mógł się mieścić dowolny urząd stanowy lub federalny, zajmował oddział identyfikacji kryminalnej. Były tam przestronne gabinety zajmowane przez detektywów i liczne pokoiki, w których urządzono laboratoria i ciemnie fotograficzne i ustawiono komputery z bazą odcisków palców oraz wykrywacze kłamstw.
W przeciwieństwie do śledczych służb pomocniczych detektywi z wydziału przestępstw kryminalnych mieli do dyspozycji tylko jedną salę, w której utworzono pięć oddzielonych przepierzeniami stanowisk pracy. Oczywiście byli święcie przekonani, że ich lokum jest o niebo lepsze. Na suficie było znacznie mniej żółtych zacieków niż w innych pomieszczeniach. Poza tym starali się utrzymywać porządek: zamiast stosów papierów, na ich biurkach stały ładnie oprawione rodzinne fotografie. Od czasu do czasu ktoś przynosił jakiś kwiatek w doniczce, więc z biegiem lat co odporniejszym roślinom udało się zasłonić szare przepierzenia radosnymi zielonymi girlandami. Sala mogła z powodzeniem uchodzić za biuro księgowości. Gdyby, rzecz jasna, księgowi dekorowali ściany listami gończymi.
Griffin lubił biuro wydziału przestępstw. Nie wyglądało tak posępnie jak inne pomieszczenia użytkowane przez stróżów prawa. Komenda policji miejskiej, w której pracował Fitz, była znacznie gorsza. Zdaniem Griffina powinno się ją natychmiast wyburzyć, i może zresztą tak się stanie, gdy zostanie ukończona budowa nowej siedziby po drugiej stronie ulicy.
Griffin zerknął na przeszklone drzwi gabinetu porucznik Morelli. Nikogo nie ma. Doskonale. Usiądzie sobie wygodnie za biurkiem, uporządkuje akta sprawy i do ósmej będzie miał wiedzę o stanie śledztwa w małym palcu. Jak wzorowy detektyw prowadzący. Kurczę, może nawet zaskoczy wszystkich i do dziewiątej zdoła znaleźć winnego. W sumie, czemu nie?
Optymizm nie opuszczał go aż do siódmej. Wtedy zadzwonił Fitz. Ton jego głosu nie wróżył nic dobrego.
– Musisz przyjechać – oznajmił, nie tracąc czasu na powitania.
– Dokąd?
– Do mojego biura. Pośpiesz się. Następny gwałt?
– Po prostu przyjedź. Szybko. Nim prasa się dowie.
Fitz rzucił słuchawką. Griffin siedział jeszcze przez chwilę, wpatrując się w telefon. Ożesz, kurwa.
Narzucił marynarkę i wybiegł na korytarz. W połowie drogi do wyjścia natknął się na Watersa, który właśnie szedł do pracy. Poruszał się trochę sztywno, co w innych okolicznościach stanowiłoby dla Griffina powód do dumy. Musiał jednak ograniczyć rozmowę do niezbędnego minimum.
– Pędzę do Providence. Coś się stało.
– Kolejny atak? – spytał Waters.
– Nie wiem. Słuchałeś wiadomości radiowych?
– Tak. Nic nowego.
– Dobrze. W takim razie jesteśmy szybsi. Słuchaj, możesz podpytać, czy są już jakieś wieści od organizacji pomocy ofiarom gwałtu? Aha, weź więcej ludzi do Cranston. Zdaje się, że musimy przyśpieszyć dochodzenie. I to gwałtownie.
– Dobra. Dasz znać, co się dzieje?
– Kiedy tylko czegoś się dowiem – odparł Griffin, ruszając do wyjścia.
– Hej, Griff – zawołał za nim Waters. – Zadzwonię do Charpentiera. Tak na wszelki wypadek. Okej?
Griffin zawahał się.
– Okej – odpowiedział po chwili. – Na wszelki wypadek.
Komenda miejska znajdowała się przy szosie I-95 w centrum miasta. Gwałtownie starzejący się budynek poważnie traktował rolę wielkomiejskiego komisariatu. Szare, dziurawe linoleum na podłogach, zacieki na sufitach, brudne ściany, nieosłonięte rury kanalizacyjne. Miejscy detektywi żartowali, że jeśli chodzi o dekorację wnętrz, mają do dyspozycji trzy kolory: brudny, brudniejszy i najbrudniejszy.
Stanowczo nie był to Biały Dom policji stanowej. Nie, żeby panowała z tego powodu jakaś zawiść.