Выбрать главу

Griffin przybył na miejsce o siódmej trzydzieści i zaparkował swojego taurusa przed głównym wejściem. Wiedział, że mundurowy funkcjonariusz natychmiast wypisze mu mandat za parkowanie w miejscu niedozwolonym, a potem Fitz załagodzi sprawę. Każda organizacja ma swoje rytuały.

Przeszedł przez oszklone drzwi i minął trzech czarnoskórych nastolatków, którzy patrzyli na niego z nieukrywaną wrogością. Wbił w nich spojrzenie i dzięki okazałej muskulaturze udało mu się sprawić, że pierwsi odwrócili wzrok. Minął mroczny przedsionek, skręcił w drzwi po lewej i wszedł do ciasnego, ciemnego pomieszczenia, w którym za kuloodporną szybą dyżurki siedziało trzech policjantów. W pokoiku tłoczyło się kilkanaście osób. Każda domagała się czego innego. „Chcę się widzieć z takim to a takim”. „Hej, tej mandat to jakaś bzdura”. Dyżurni nie byli upoważnieni do rozwiązywania żadnych spraw, ale to nie powstrzymywało petentów.

Griffin przepchał się do przodu, błysnął odznaką i natychmiast przepuszczono go przez zamykane elektronicznie drzwi prowadzące do serca, a raczej trzewi komisariatu.

Poszedł schodami na górę. Raz spróbował pojechać windą, ale skrzypiała tak żałośnie i ruszała się tak ślamazarnie, że przysiągł sobie już nigdy z niej nie korzystać. Jego zdaniem miejscy będą mieli fart, jeżeli uda im się wyprowadzić, zanim budynek zawali im się na łby.

Biuro Detektywistyczne znajdowało się na pierwszym piętrze obok Biura Identyfikacji Kryminalnej. Griffin zajrzał najpierw do głównego pokoju, ale nie zauważył Fitza, więc poszedł do szatni. Tam też nie zastał Fitza, za to obejrzał wiele dzieł sztuki. Detektywi lubili dekorować drzwi swoich szafek fotografiami spraw, nad którymi właśnie pracowali. Zmiażdżona ofiara przejechana przez pociąg. Rozkładające się zwłoki, które znaleziono dopiero po kilku tygodniach od zgonu. Dwie dłonie obsypane liśćmi marihuany, które znaleziono w bagażniku samochodu podczas rutynowej kontroli. Ciało, do którego pasowały, znalezione dzień później…

Griffin błąkał się po labiryncie ciasnych szarych pokoików, aż w końcu doszedł do końca korytarza. Mieściło się tu centrum przetwarzania materiału dowodowego, złożone z dwóch połączonych pokoików wielkości garderoby, w których poustawiano kartoteki, stoły, komputer podłączony do Automatycznego Systemu Identyfikacji Odcisków Palców i inny sprzęt. Fitz stał koło stołu z rozkładanym blatem, pogrążony w rozmowie z czarnoskórym, elegancko ubranym mężczyzną, w którym Griffin rozpoznał sierżanta Napoleona, szefa Biura Identyfikacji Kryminalnej. Obaj podnieśli wzrok, gdy tylko Griffin stanął w drzwiach.

– Nareszcie – mruknął Fitz. Zadzwoniłeś, więc jestem – odparł Griffin lekkim tonem.

– Fitz miał na twarzy niezdrowy rumieniec. Oczy zatopiły się jeszcze głębiej w fałdach skóry, a rzadkie włosy sterczały we wszystkie strony w nieprawdopodobnym nieładzie. Zmienił ubranie, co oznaczało, że udało mu się wpaść do domu. Przerwa w pracy wyraźnie mu nie posłużyła. „v2, Griffin, Napoleon. Napoleon, Griffin – przedstawił ich sobie Fitz.

– Znamy się – powiedział Griffin, kiedy ściskał sierżantowi dłoń. W przeciwieństwie do Fitza Napoleon miał błysk podniecenia w oczach. O, nie, pomyślał Griffin. Kiedy gość od identyfikacji kryminalnej wygląda na podekscytowanego, to znaczy, że… O, nie.

– Dostaliście wyniki analiz – zgadł Griffin.

– Taa… – odparł Fitz. DNA?

Fitz łypnął na otwarte drzwi.

– Tak – szepnął.

Griffin pochylił się do przodu.

– I co? – zapytał cicho.

– Zidentyfikowaliśmy próbkę – wyszeptał Fitz.

– I to na sto procent – podkreślił Napoleon.

– Wiemy już, kto zgwałcił Sylvię Blaire – powiedział bardzo ponuro Fitz. – Według Departamentu Zdrowia gwałcicielem na pewno był Eddie Como.

– Musiała zajść jakaś pomyłka – oświadczył Griffin pięć minut później. Razem z Fitzem i Napoleonem zamknęli się w gabinecie porucznika, gdzie kontynuowali szeptaną naradę. W komisariacie policji ściany miały oczy i uszy.

– Oczywiście, że to pomyłka! – huknął Fitz, a potem natychmiast zniżył głos. – Truposzczak nie mógł zgwałcić i zamordować Sylvii Blaire. W takim razie może powiesz mi, kto to zrobił?

Griffin zwrócił się do Napoleona.

– Czy mógł to być członek rodziny? Na przykład wujek, kuzyn, ojciec? A może zaginiony brat?

Napoleon pokręcił głową.

– Mamy ten sam wynik w przypadku wszystkich siedmiu próbek pobranych na miejscu zbrodni. Wyślemy je jeszcze do drugiej analizy, ale wygląda na to, że mamy stuprocentową zgodność.

– To może zaginiony brat bliźniak?

– Nawet bliźniaki nie mają takiego samego DNA. Mogą mieć bardzo podobne, ale znowu wszystkie siedem próbek…

Griffin poskrobał się po czuprynie.

– Jasna cholera – stwierdził.

– To nie może być Eddie Como – biadolił Fitz. – To po prostu nie może być Eddie.

– Spróbujmy podejść do tego racjonalnie – odezwał się Griffin. – Załóżmy, że DNA pobrane z miejsca zabójstwa Sylvii Blaire jest w stu procentach zgodne z DNA Eddiego Como. Możektoś w jakiś sposób zdobył nasienie Eddiego Como i je podłożył?

Razem z Fitzem spojrzeli na Napoleona, który wydawał się skłonny przynajmniej rozważyć tę możliwość.

– Mówimy tu o próbkach nasienia – oznajmił. – Problem polega na tym, że plemniki obumierają po siedemdziesięciu dwóch godzinach, więc jeśli ktoś zdobył próbkę spermy Eddiego Como, to musiała być świeża. W przeciwnym razie spermatozoa by obumarły, a wynik testu na obecność DNA byłby negatywny.

– Facet siedział od roku w pierdlu – mruknął Fitz. – Jak zdobyć świeże nasienie od gościa za kratkami?

Griffin spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Wiem, że w zakładach karnych uprawia się więcej seksu niż w większości burdeli – rzekł Fitz. – Ale nie mówimy tu o kimś, kto przeszmuglował z więzienia poplamione prześcieradło. Mamy siedem próbek, które zostały pobrane nie tylko z pościeli, ale także ze szlafroka i z ciała ofiary. Jak to wytłumaczysz?

– To komplikuje sprawę – przyznał Griffin. – Eddie mógł w jakiś sposób przechować swoją spermę. Na przykład spuścić się do plastikowego kubeczka, a potem go komuś przekazać.

Tym razem to Fitz spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– A po co, do cholery, miałby to robić? Facet cały czas przysięgał każdemu, kto chciał go słuchać, że jest niewinny. Myślisz, że nie zastanowiłoby go, gdyby ktoś poprosił go o próbkę nasienia?

– Wizyta małżeńska? – podsunął Napoleon.

– Nie miał do niej prawa – powiedział Griffin.

– Kompletne wariactwo – mruknął Fitz.

– No – zgodził się Griffin. – A może podchodzimy do tego od złej strony? Może próbka nie została podrzucona na miejsce zbrodni? Może podmieniono samą próbkę?

– Co masz na myśli?

– Próbki z miejsca przestępstwa są zgodne z próbką podpisaną jako DNA Eddiego. Ale może to nie jest DNA Eddiego?

– Wykluczone – zaoponował bez wahania Fitz.

– Niemożliwe – poparł go Napoleon. – Postępowaliśmy dokładnie według procedury: detektyw Fitzpatrick i detektyw McCarthy przywieźli Eddiego Como do Gmachu Reagana, gdzie czekało dwóch lekarzy i ja. Lekarze pobrali dwie fiolki krwi, wyrwali kilka włosów z głowy i okolicy łonowej. Osobiście zapakowałem i oznaczyłem każdą próbkę. Mamy więc, ile – pięć osób, które mogą poświadczyć, że pobraliśmy próbki właśnie od Eddiego Como…

– Nie twierdzę, że popełniliście błąd – przerwał mu Griffin.

– Aż cztery próbki – nie ustępował Napoleon – które zostały odpowiednio zapakowane, oznaczone i zapieczętowane. Jakie są szanse, że ktoś je wszystkie podmienił?

– Małe – odparł z irytacją Griffin.

– Raczej zerowe – uściślił Fitz. – Raczej, kurwa, zerowe! Myślisz, że nie wiemy, jak wykonywać naszą cholerną robotę?!

– To w jaki sposób uzyskaliśmy stuprocentową zgodność? – zaperzył się Griffin.

– Nie mam pojęcia! Może to rzeczywiście był Como. Nie widzieliśmy ciała.