– Ma zamiar zaatakować dziś w nocy?
– Tak, Maureen. Jestem tego pewien.
Błękitne oczy dziennikarki błyszczały. Dłoń zaciskała się na mikrofonie tak mocno, że palce stały się białe. Była oszołomiona. Kamerzysta był oszołomiony. David bawił się, wyobrażając sobie, że oboje nie żyją.
– Davidzie, wyjaw nam jego nazwisko. Dopuściłeś się kiedyś okropnych zbrodni. Porywałeś i zabijałeś małe dzieci, skrzywdziłeś całe rodziny. Ludzie to pamiętają. Widzowie przed telewizorami patrzą na ciebie na pewno i zastanawiają się, dlaczego mieliby wierzyć takiemu potworowi jak ty. Powiedz im, jak się nazywa prawdziwy Gwałciciel z Miasteczka Uniwersyteckiego. Pokaż im, że stałeś się innym człowiekiem.
– Nie mogę.
– Jak to nie możesz? – Maureen ledwo powstrzymywała się od krzyku. – To w końcu znasz jego nazwisko czy nie? Mów, Davidzie. Pomóż nam! Sam powiedziałeś, że kolejna niewinna studentka dzisiaj zginie!
– Znam jego nazwisko! Chcę pomóc! – jęknął skruszony grzesznik. – Ale… ale popatrz na mnie! Siedzę w więzieniu o zaostrzonym rygorze, Maureen. Żyję wśród najgorszych z najgorszych. Spójrz na mnie! Mam tylko metr siedemdziesiąt wzrostu! Ważę tylko sześćdziesiąt kilogramów. Na litość boską, Maureen, czy wiesz, co znaczy pobyt w tym miejscu dla człowieka mojej postury? Masz pojęcie?
– Co chcesz przez to powiedzieć, Davidzie?
– Informacja to władza, Maureen. Zarówno w więzieniu, jak i w życiu. A to jedyna informacja, jaką posiadam. To jedyna władza, jaką mam. Wybacz mi, Boże, ale nie mogę się jej ot tak wyrzec. Muszę mieć coś w zamian.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia wywiadu Maureen wyglądała na autentycznie zawiedzioną.
– Nie podasz nazwiska Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego, jeżeli nic na tym nie zyskasz? Chodzi ci o własny interes, Davidzie?
Nadeszła najtrudniejsza część przedstawienia. David spuścił głowę, zerknął wstydliwie w kamerę.
– Bardzo mi przykro, Maureen. Naprawdę strasznie mi przykro. Wiem, że nie powinno się postępować w ten sposób. Ale nie ja wymyśliłem ten system. Siedzę w więzieniu i muszę postępować według więziennych reguł.
– Czyżbyś liczył na to, że wyjdziesz z więzienia? Zgwałciłeś i zamordowałeś dziesięcioro dzieci, Davidzie. Pogrzebałeś ich ciała we własnej piwnicy. Bez względu na to, co teraz wiesz, ludzie poczują się zagrożeni, jeśli znajdziesz się na wolności.
– Wiem.
– Jesteś mordercą, Davidzie. Bądźmy szczerzy. Siedzisz w więzieniu o zaostrzonym rygorze nie bez powodu. I większość społeczeństwa jest wdzięczna za to, że się tu znalazłeś.
David wziął głęboki oddech.
– Jestem ojcem – wyznał.
– Jesteś ojcem?! – Maureen była tak zszokowana, że zatrzepotała rzęsami. Był to pewnie pierwszy i jedyny raz, gdy okazała przed kamerą prawdziwe emocje.
– Tak. Jestem ojcem. Mam pięcioletnią córeczkę, Maureen. A jeszcze nigdy nie pozwolono mi jej nawet zobaczyć…
Maureen opanowała się, zrobiła śmiertelnie poważną minę i zapytała:
– Czego chcesz, Davidzie?
– Chcę się zobaczyć z moją córeczką, to wszystko. Maureen, wcale nie wypieram się tego, co zrobiłem. Wiem, że nigdy nie opuszczę więziennych murów. Pogodziłem się z tym. Czuję się wręcz wdzięczny, że pozwolono mi żyć. Spotykam się z kapelanem. Czytam Biblię. Nie mogę zmienić tego, co zrobiłem, Maureen, ale staram się być lepszym człowiekiem…
– W takim razie powiedz, jak się nazywa Gwałciciel z Miasteczka Uniwersyteckiego, Davidzie.
– Mam córkę – nie dawał za wygraną – która jest już w takim wieku, że zaczyna zauważać, że nie ma ojca jak inne dzieci. Chcę, żeby wiedziała, że to nie jej wina. Chcę, żeby wiedziała, że ktoś ją kocha. Chcę, żeby wiedziała, że jaja kocham.
– O co w takim razie prosisz?
– O trzy godziny, Maureen. Tylko o to. Pragnę tylko trzygodzinnego spotkania z córką. Poza więzieniem. W cywilnym ubraniu. Pod pełną kontrolą policji. Chcę zobaczyć ją ten jeden jedyny raz. Powiedzieć, że ją kocham. Powiedzieć, że nie mogę być jej ojcem, ale że to nie jej wina.
– Chcesz, żeby władze zgodziły się wypuścić seryjnego mordercę na ulicę? Na trzy godziny?
David uniósł dłoń.
– Pod czujnym okiem policji, Maureen. Władze zezwalają na takie przepustki w szczególnych przypadkach. Na przykład przy pogrzebie bliskiej więźniowi osoby. Będę skuty kajdankami i łańcuchem przez cały czas. Policja może wybrać miejsce spotkania. To i tak lepsze, niż gdyby córka miała przyjść tutaj. Spójrzmy prawdzie w oczy, to nie miejsce dla dziecka.
Maureen marszczyła brwi, ale po raz pierwszy wydawała się skłonna rozważyć jego propozycję. A skoro ona była skłonna ją rozważyć, inni też będą…
– Trzygodzinna przepustka, pod strażą, w kajdanach. A w zamian za to wyjawisz nazwisko Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego.
– Tak.
– Jak się nazywa twoja córka, Davidzie?
– Nie powiem.
– Jak się nazywa dziecko, które tak bardzo kochasz?
– Moja córeczka naprawdę istnieje, Maureen. Możesz zapytać policję. Ale nie powiem w telewizji, jak się nazywa. Nigdy bym jej tego nie zrobił.
Maureen jeszcze raz spróbowała szczęścia.
– W takim razie podaj teraz nazwisko gwałciciela, Davidzie, a ja załatwię z władzami te trzy godziny poza więzieniem, o które prosisz. Jestem pewna, że po wyświadczeniu miastu tak wielkiej przysługi da się to załatwić.
– Jesteś bardzo miła, Maureen.
– Dziękuję, Davidzie.
– Ale ja nie jestem głupi.
– Słucham?
– Najpierw wyjdę z więzienia i zobaczę się z córką. A potem od razu zwrócę się do najbliższego policjanta i wyjawię mu nazwisko Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego. Taka jest moja propozycja. Mam nadzieję, że władze się na nią zgodzą. Dla dobra całego Providence, dla dobra nas wszystkich. Gwałciciel z Miasteczka Uniwersyteckiego jest wygłodniały. Gdy zapadnie zmrok, znowu zaatakuje.
– Davidzie…
– Aha, jeżeli mnie pan słucha, sierżancie Griffin, jeszcze raz to powtórzę. Ja i pańska nieziemsko piękna żona byliśmy tylko przyjaciółmi. Słowo.
GRIFFIN
Griffin z trudem panował nad gniewem. Pochylił się nad ogromnym biurkiem z wiśniowego drzewa i wbił wzrok w młodego mężczyznę, który miał nieszczęście zarządzać bankiem spermy.
– Sprzątacz. Nazwisko. Natychmiast! – zażądał.
– Przecież panu mówię, że nie mamy sprzątacza.
– To kto sprząta?
– Osobna firma.
– Nazwa, ale już!
– Muszę sprawdzić w papierach.
– To sprawdź pan, do cholery!
Dyrektor odwrócił się pośpiesznie w stronę szafy z wiśniowego drewna i roztrzęsioną wymanikiurowaną dłonią sięgnął po uchwyt szuflady, pocąc się przy tym w swoim garniturze od Armaniego jak mysz. Wyglądało na to, że na bezpłodności można zarobić. I to nieźle.
– Firma nazywa się Korporate Klean – odparł po dwóch minutach dyrektor.
– Adres?
Dyrektor wręczył Griffinowi teczkę z dokumentami. Detektyw przerzucił strony.
– Nie ma nazwisk osób, które u pana sprzątają.
– Dobór personelu leży w gestii Korporate Klean.
– Jak często się tu sprząta?
– Każdego wieczoru.
– A w dzień?
– Kiedy trzeba zrobić większe porządki. Na przykład umyć okna, wypolerować poręcze w windach i na schodach. No i jeszcze pranie. Parę razy w tygodniu przynoszą po południu świeże ręczniki, obrusy, ściereczki. Dbamy, żeby nasi klienci czuli się jak u siebie w domu, a nie jak w szpitalu.
– Jak miło z waszej strony. Kto przynosi pranie?
– Nie wiem.
– Z ilu osób składa się grupa sprzątaczy?