– Nie wiem.
– Zawsze przychodzą ci sami?
– Nie wiem Panie Matthews…
– Wszystko załatwia firma Korporate Klean, sierżancie. Przykro mi, naprawdę staram się pomóc. Ale nie interesujemy się takimi szczegółami. Będzie pan musiał porozmawiać z dyrekcją Korporate Klean.
– Dziękuję za pomoc – mruknął Griffin i wyszedł.
W windzie Fitz oznajmił:
– Słyszałem o Korporate Klean.
– Policja miejska zatrudnia firmę do sprzątania? – parsknął Waters. – Nigdy bym nie zgadł.
Fitz łypnął na chudego detektywa spode łba.
– Nie zatrudnia. Sprawdzaliśmy ich parę razy. Wy też powinniście o nich słyszeć. Korporate Klean zatrudnia głównie byłych skazańców.
– Co? – Griffin przestał chodzić po windzie w tę i z powrotem i spojrzał na Fitza.
Miejski gliniarz wzruszył ramionami.
– To jedna z tych firm „drugiej szansy”, rozumiesz. Zarządza nią kilku postrzelonych liberałów, którzy wierzą, że ludzie naprawdę mogą się zmienić na lepsze. Facet odsiaduje wyrok, wychodzi z pierdla i musi od czegoś zacząć. Idzie więc do Korporate Klean i powraca do zdrowego społeczeństwa jako sprzątacz. Prześwietlaliśmy ich kilka razy, ale nigdy niczego nie znaleźliśmy. Wszyscy się starają, ciężko pracują i do tego świetnie się ze sobą dogadują. Tak przynajmniej twierdzi właściciel, niejaki Sal Green.
– I firmy godzą się na to, żeby sprzątali u nich byli więźniowie? – zdziwił się Waters.
– Nie jestem pewien, czy w ogóle o tym wiedzą. Sam słyszałeś Pana Spermohandlarza. Korporate Klean za to wszystko odpowiada.
– Po prostu bomba – mruknął Griffin pod nosem. – Kiedy poprosimy dyrekcję o listę osób z wyrokami, dostaniemy całą kartotekę.
– Tak, ale nie wszyscy sprzątali w banku spermy.
Zadzwoniła komórka. Griffin przyłożył ją do ucha w momencie, gdy zjechali na parter.
– Oglądałeś wiadomości? – zapytała porucznik Morelli.
– Słuchałem radia.
– Powinieneś wrócić do biura…
– Prawie go mamy, pani porucznik. Tawnya zeznała, że Eddie parokrotnie sprzedawał nasienie bankowi spermy, który, jak się przed chwilą dowiedzieliśmy, jest sprzątany przez firmę zatrudniającą byłych skazańców. Właśnie jedziemy do Korporate Klean. Za godzinę, dwie będziemy znali nazwisko sprawcy.
– Sierżancie, w świetle tego, co powiedział na antenie David Price…
– Nic mi nie jest, pani porucznik.
– Doceniamy twoje zaangażowanie, ale uznaliśmy, że najlepiej będzie…
Griffin podał telefon Watersowi.
– Powiedz pani porucznik, że nic mi nie jest. – Prawdopodobnie nie powinien był warczeć, kiedy to mówił.
Waters przyłożył telefon do ucha.
– Dzień dobry, pani porucznik. Aha, tak, tak, tak jest. Aha. Dobrze. Oddał komórkę Griffinowi.
– Nie chce się zgodzić.
– Psia mać, chyba rzeczywiście muszę zmienić wodę kolońską. – Griffin podniósł telefon do ucha, jednocześnie otwierając drzwiczki do samochodu. – Pani porucznik, dorwiemy go. Przed szóstą. Bez pomocy Davida Price’a. Przyskrzynimy skurczybyka, daję słowo.
– Przygotowujemy się do wypuszczenia Price’a – powiedziała cicho porucznik Morelli.
– Co?!
– Planowany czas opuszczenia przez więźnia zakładu karnego: szósta zero zero. Współpracujemy ze strażą więzienną, szeryfem i brygadą antyterrorystyczną. Poprowadzę całą akcję.
– Pani porucznik, proszę tego nie robić. On właśnie na to czeka. Nie róbcie tego, na Boga!
– Uważasz, że sobie nie poradzę, sierżancie?
– Tu nie chodzi o panią – stęknął Griffin, zamykając oczy. – Ani o mnie. Tu chodzi o Davida Price’a. Niech pani posłucha, gwałty zaczęły się ponad rok temu. Niech pani o tym pomyśli. To znaczy, że Price miał dwanaście miesięcy na wymyślenie i drobiazgowe zaplanowanie ucieczki. Przecież nie chodzi mu o spotkanie z córką, na litość boską.
– Myślisz, że sobie nie poradzę, sierżancie?
– Państwo Pesaturo nigdy się na to nie zgodzą – odparł zdesperowany. – Nie pozwolą, żeby ich pięcioletnia wnuczka została wykorzystana jako przynęta.
– Państwo Pesaturo osobiście poprosili o spotkanie. Właśnie ich telefon zaważył na naszej decyzji – odrzekła pani porucznik.
– Co? Jak to? Dlaczego?
– Dostali list. Jeżeli David Price nie zobaczy się z Molly, oni już nigdy nie ujrzą Meg. Do listu dołączono fotografię. Teraz rozumiesz, w jak trudnej sytuacji się znaleźliśmy?
– Zabezpieczył się na każdą ewentualność – mruknął Griffin. – Jeżeli nacisk opinii publicznej nie wystarczy, na pewno ugniemy się przed błaganiami rodziny ofiary. Może pani rozstawić tylu snajperów na miejscu tego „spotkania”, ilu pani chce, a i tak żaden nie będzie mógł strzelić. Jeśli coś stanie się Davidowi, Meg umrze. Niech pani o tym pomyśli, pani porucznik. Załatwił sobie ludzką tarczę. To genialne! Oto, co znaczy dwanaście miesięcy planowania.
Pani porucznik nie odpowiedziała od razu, więc prawdopodobnie zgadzała się z Griffinem. Czasem jednak nie można uniknąć manipulacji, nawet gdy człowiek zdaje sobie z niej sprawę.
– Jest trzecia po południu – oznajmiła Morelli. – Organizuję już grupę operacyjną. – Po czym dodała szeptem: – Griffin… wiemy, z kim mamy do czynienia. Biorę najlepszych ludzi, najlepszy sprzęt. Mnie też nie podoba się wypuszczenie Price’a z więzienia. Ale jeśli do tego dojdzie, chcę być przygotowana jak najlepiej.
– Dorwiemy tego faceta – zapewnił Griffin.
– Czekam na to. Aha, sierżancie, jeżeli złapiesz Gwałciciela z Miasteczka Uniwersyteckiego, pamiętaj o tym, czego się nauczyłeś przez ostatni rok. Pamiętaj, że musimy odnaleźć Meg.
KLUB OFIAR
Mężczyzna otworzył drzwi do piwnicy. Meg usłyszała skrzypienie starych drewnianych schodów, a potem nucenie. Już wcześniej złożył jej wizytę. Zatrzymał się przy schodach, powiedział, żeby się uśmiechnęła, i włączył światło. Usłyszała pstryknięcie aparatu. Kiedy odchyliła głowę, próbując coś zobaczyć przez dolną szparę opaski na oczach, wyłączył światło i wyszedł. Znowu została sama.
Teraz usłyszała zbliżające się kroki i instynktownie przywarła do betonowej ściany.
– Jak się ma nasza słodka Meg? – wyszeptał mężczyzna. Pogładził ją po policzku. Gdy odwróciła głowę, zachichotał, powiódł dłonią po jej szyi i wetknął palce pod kołnierz. – No no no, ale się spociłaś.
Z lateksowym kneblem na ustach nie mogła nic powiedzieć, nawet nie próbowała.
– Ojoj – mruknął mężczyzna. – Davidowi chyba by się to nie spodobało. Może zanim przyjdzie, powinienem cię wykąpać. Już wyobrażam sobie ciebie nagą i związaną w wannie. Jeszcze tego nie próbowałem. Myślę, że mogłoby być przyjemnie.
Jego dłoń powędrowała pod jej koszulę i spoczęła na piersi. Tym razem nie ściskał jej ani nie szczypał. Po prostu trzymał rękę na staniku, jakby próbował dać jej do zrozumienia, że może zrobić z jej ciałem, co mu się żywnie spodoba. A ona nie była w stanie nic na to poradzić.
– Cóż – oznajmił. – Mam jeszcze jedną robótkę do wykonania. Muszę przygotować małą niespodziankę dla Davida. Jestem pewien, że pęknie z radości. Życz mi szczęścia, kochanie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miał czas, żeby wrócić i trochę się z tobą zabawić.
Jego palce zacisnęły się. Przycisnęła policzek do wilgotnej ściany, ledwo powstrzymując się od wymiotów. Mężczyzna zachichotał.
– Do zobaczenia wkrótce, Meg. – Pocałował ją w szyję i, znowu nucąc pod nosem, zaczął wchodzić po schodach.
Kiedy zatrzasnęły się drzwi, Meg odetchnęła z ulgą. Opadła na klepisko, jej nogi drżały, a zdrętwiałe ręce napinały się boleśnie. Próbowała płakać, lecz łzy nie chciały płynąć. Od porwania nic nie piła, zaczęła odczuwać pierwsze symptomy odwodnienia.
Pociągnęła nosem, wzięła głęboki oddech i zadarła głowę w stronę haka, którego nie mogła zobaczyć. Kiedy wychylała się do przodu, nic się nie działo. Ale gdy cofnęła się pod dotykiem oprawcy, poczuła chrzęst metalu o tynk. Jeżeli hak trochę się rusza, to może z czasem uda jej się go wyrwać.