Выбрать главу

– To jest podnoszenie średniej statystycznej dobrego samopoczucia świata! – Roberta na to. – Poprzez dobór lektury. Jak świat będzie miał lepsze samopoczucie, będzie lepszy i okaże się, że wcale nie byłaś daleko od prawdy.

Wygarnęłam Robercie, że jest pospolitym demagogiem jak jakiś polityk, a nie jak przyzwoity wydawca. I wyszłam z wydawnictwa, obrażona na cały świat. Tyle że świat to mały pikuś, natomiast Robercie wisiałam znacznie więcej kasy niż łącznie wszystkim trzem byłym na staropolskim balu. W ramach tej cholernej zaliczki do ewentualnego zwrotu.

W domu siadłam wieczorem nad zeszytem, usiłując wykroić szczęśliwe zakończenie mojego związku z Pedrem. Nic mi nie wychodziło.

Najpierw spróbowałam delikatnie. Magda z dzieckiem ucieka od Pedra, on wraca do mnie. Przeżywa załamanie, zaczyna pić, moja miłość jest mu niezbędna, żeby uporał się z depresją. Przerwałam po pięciu stronach, kiedy Pedro leżał w delirium na podłodze stryszku. Dziabnięty nożem, którym mnie zaatakował w pijanym widzie. A ja tłukłam szyby, żeby skoczyć z dachu i roztrzaskać się melodramatycznie u stóp Johnny'ego Deepa z widokiem na Karaiby.

To nie było najszczęśliwsze zakończenie.

Spróbowałam radykalnie. Magda z dzieckiem giną w wypadku kolejowym, Pedro wygrywa sześć milionów w totolotka i uradowany wraca do mnie, bo to za dużo na samotnego mężczyznę. Z tej wersji zrezygnowałam po kilku zdaniach. Kiedy Magda z synkiem w nosidełku wsiadała do feralnego pociągu relacji Groblin – Ćwikła Królewska. Popłakałam się z żalu nad nimi, zanim zawiadowca podniósł chorągiewkę, i podarłam zapisaną stronę.

Akurat wtedy zadzwoniła moja komórka i wyświetlił się „nieznany". Odebrałam.

Nieznanym okazał się Marek, mój były. Zapytał grzecznie, czy może złożyć mi rewizytę. Gdyby wybierał się wywnętrzać w związku z gejowskim wątkiem w „My Fair Lady", nie byłby taki grzeczny. Więc ze swojej strony spytałam równie grzecznie, kiedy.

Za pięć minut, jeśli można, jest w pobliżu.

Rozejrzałam się niespokojnie po stryszku, ale okazało się, że mieszkanie porzuconej kobiety nie wygląda wcale na zapuszczone. Trochę niepotrzebnego kurzu tu i ówdzie. Poza tym całkiem znośnie w aspekcie schludności. Tak wygląda, jakby panował tu ład i spokój. Mimo że żaden stanik nie zwisa z kinkietu. Niestety.

Marek usiadł skromnie na brzeżku pufy i wyjaśnił mi, że przybył przeprosić za swój niefortunny list. Przeczytał artykuł w „My Fair Lady" jeszcze dwa razy i zrozumiał, co jest prasową pianą, a co naprawdę kryje się w głębi wody. Tam kryje się mój osobisty dramat. Wygląda na to, że nie jestem obecnie szczęśliwa, czy tak?

Przyjrzałam mu się spod oka. Do czegoś zmierzał, a ja nie miałam pojęcia, do czego. W pierwszej chwili zamierzałam zaprzeczyć i zmienić temat. Ale zmieniłam zdanie.

– Jestem nieszczęśliwa, Marku – przyznałam się dzielnie. -Masz rację.

Marek podniósł postawioną na podłodze reklamówkę. Przypadkiem, idąc, gdzieś kupił niezłe wino i przypadkiem m aje ze sobą. Ja lubię dobre wino, pamięta. Gdybym miała ochotę i dala dwa kieliszki…

Dałam dwa kieliszki.

Marek wzniósł toast. Żeby nam się w końcu ułożyło.

– Nam?

– Ostatnio u mnie też nie najlepiej – oświadczył na pozór spokojnie, ale za dobrze go znałam, żeby się na to nabrać. W środku aż dygotał.

Przeprosił, że wciąga mnie w swoje sprawy. Nie ma nawet z kim o tym pogadać. Spojrzał na swoje życie i zobaczył, że nie ma nikogo takiego. Świat wali mu się na głowę – i nawet nie ma komu pokazać palcem w górę. Żeby zobaczył i pojął. A dziecko nie jest jego, okazuje się. Powiedziała mu wprost. Nie w czasie awantury, tylko na zimno. Baby są straszne, Do. Gorsze od trzęsienia ziemi!

Powiedział i rozpłakał się. Jak nie Marek.

– Które dziecko? – zapytałam z przestrachem.

Właśnie to, okazało się. Dziecko, z którym Marzenka chodzi w ciąży. Choć łudziłam się, że Marek ma ich jeszcze kilka na boku i to któreś z tych dodatkowych. Ale nie.

Chryste! Ja dziękuję!

Pomału nalałam czubato wina, bo nie miałam pomysłu, có powiedzieć.

Marek też nie miał pomysłu, ale on miał chociaż zajęcie. Płakał.

Wyjęłam własne wino z barku, powolutku upiłam go i uspokoiłam. Siebie też.

Marek wyjaśnił, że ten gość od dziecka zostawił Marzenkę i uciekł. Dlatego się wydało. Faceci są straszni, Do! Gorsi od zarazy! Ten konkretny to po prostu pieprzony wymoczek! Tak jest, zgodziłam się, taki ktoś to po prostu pieprzony wymoczek! Żeby tak, ot, zostawił?! Co z dzieckiem?

Nic, orzekł Marek uczciwym pijackim głosem. Marzence wybaczy, dziecko zaadoptuje. Jeżeli mu wystarczy sił na tę wyrozumiałość pieprzoną!

– Do, tylko z tobą da się pogadać jak z człowiekiem – wyznał, tuląc się po dawnemu do mojej piersi. – Cieszę się, że tu przyszedłem. Nigdzie nie jest tak miło jak u ciebie.

– Marku, po raz pierwszy od wielu dni odżyłam przy tobie -zrewanżowałam mu się z głębi serca i teraz ja, sącząc wino ze łzami, zaczęłam opowiadać moją smutną historię o nie moim dziecku, o Pedrze i o Białej Damie.

Ale Marek już to znał z „My Fair Lady".

Ale głównie niech będzie silny, mądry i dobry. Dla mnie! Przede wszystkim dla mnie, nie dla skrzywdzonych bab z całkiem innej strony życia. Ja też jestem skrzywdzona. Niech mnie odnajdzie. Niech ja odnajdę jego. Niech wreszcie się odnajdziemy!

Kto miałby nam tego zabronić? Póki nie umrę – jestem tą zakichaną optymistką.

A potem jeszcze nie wiem.

***