Выбрать главу

– Najlepsze dopiero się zacznie – powiedział Irlandczyk, a dwie silne ręce osadziły La Mannę na miejscu. Obrócił się i rozpoznał stojącego za jego plecami Dominici.

– Rozkoszuj się przedstawieniem, skurwysynu – rzucił mu José.

Tymczasem chart podniósł się i wyciągnął pysk do kobiety. Uśmiechnęła się do niego, pocałowała i powiedziała:

– Zar, najsłodszy, zdejmij mi tunikę.

Pies chwycił zębami koniec sukienki, pociągnął zsuwając ją z kobiety i ukazując jej wspaniałą, olśniewającą nagość. Zwierzę zeskoczyło z łóżka, chwyciło zębami suknię i zaniosło na białe, aksamitne krzesełko, później wróciło do niej, patrząc na nią z oddaniem.

– Chodź, Zar – zaprosiła z ogniem w oczach, pieszcząc udo.

Chart wskoczył lekko na łóżko, zbliżył pysk do czarnego trójkąta łona i zaskowyczał. Serce Joego to waliło jak szalone, to znów wydawało mu się, że przestaje bić. Zimny pot zrosił mu czoło.

Kobieta wyciągnęła rękę i pogłaskała szyję zwierzęcia. Ten gest odsłonił cienką obrożę z diamentami, które błyszczały nierealnie w świetle reflektora.

Prawdziwy jednak i realny był ten przeciwny naturze stosunek, prawdziwe były dzikie okrzyki kobiety, prawdziwe było sapanie psa, prawdziwa była żądza u jednych spośród publiczności i prawdziwe było wywołane przedstawieniem obrzydzenie u innych.

José i Sean w ostatniej chwili zdążyli wyprowadzić Joe La Mannę. Zwymiotował w korytarzu. To, co zobaczył, ubliżało temu, kto to robił i temu, kto to oglądał, ale przede wszystkim obrażało jego, który pomimo wszystko kochał tę kobietę. Cissy doszła do dna upodlenia.

José wsadził go do swojego niebieskiego packarda.

Sean odjechał ferrari. Nikt mu go nawet nie dotknął.

– Ja cię odwiozę do domu – powiedział José.

– Czego chcecie? – zapytał słabym głosem Joe, wycierając zroszone potem czoło.

Dominici podał mu kopertę.

– To są zdjęcia twojej pani – powiedział. – Oczywiście kopie – sprecyzował.

– Nie trzeba – odsunął je Joe. – Czego chcecie? – powtórzył, gotów pójść na każdy kompromis, na każde ustępstwo.

– Frank chce odszkodowania za zniszczone restauracje i sklepy – zaczął dyktować warunki. – Chce, aby na jego terenie nie sprzedawano narkotyków. Chce, by warunki umowy były dotrzymane. I jeśli choć jeden naganiacz zostanie przyłapany na rozprowadzaniu twojego gówna w lokalach Franka, te fotografie pojawią się we wszystkich stanach Ameryki. I nawet w Castellammare del Golfo. Zastanów się, kolej na twój ruch.

Dwa dni później Cissy La Manna zginęła w wypadku drogowym w pobliżu High Point, spowodowanym najprawdopodobniej nagłym zasłabnięciem lub zaśnięciem za kierownicą.

Na terytorium rodziny Latella nie było ani jednego dostawcy narkotyków rodziny La Manna. Wszelkie akcje zakłócające spokój skończyły się. Powrócił pokój.

11

Nancy miała na sobie elegancki kostium w drobną kratkę, w którym wyglądała na więcej niż osiemnaście lat. Pantofelki na niskim obcasie były ze skóry pytona. Włosy związała na karku wąską, białą wstążką. Na szyi, na sweterku z niebieskiej angory, błyszczał sznur różowych pereł, urodzinowy prezent od José. W ręku miała torebkę i parę książek. Kiedy rok temu zapisała się do Yale, nie wiedziała jeszcze, na jakie studia skierują ją jej inteligencja i zapał. Teraz, po kilku kursach podstawowych, wiedziała, że wybierze prawo. Spojrzała na pokryte bluszczem budynki starego i sławnego uniwersytetu, jednego z najsłynniejszych w całych Stanach, i na jej delikatnych wargach pojawił się uśmiech. Czy było więc szczęściem to wzburzenie duszy, to rozedrganie jak po bąbelkach szampana, które powodowało, że uśmiechała się bez żadnej widocznej przyczyny w ten wietrzny, majowy dzień? Zdała sobie sprawę, że podjęła ważną życiową decyzję. Była pewna, że wybrała właściwy kierunek. Ta pewność dodawała otuchy.

– Cześć, Nancy – pozdrowił ją chłopak, przypatrując się jej ze zdumieniem i podziwem.

– Cześć, Taylor. Jak leci?

– Jesteś po prostu promienna – powiedział jej komplement.

– Wiem – przyznała zaskakując go.

– Chcesz się przejść? – zaproponował zafascynowany, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

– Rozkaz czy zaproszenie?

– A jak ty myślisz? – spytał miękko.

– Że nowicjuszka musi się poddać autorytetowi mastera, tak doświadczonego studenta. Nie wspominając już o tym, że posłuszeństwo jest zaletą.

– A ty masz pełno zalet.

– Nie tyle, ile chciałabym.

Nancy spojrzała na młodzieńca z sympatią. Był to typowy amerykański chłopak: karmiony witaminami, korzystający z sali gimnastycznej i boiska zgodnie z wszelkimi zasadami. O miłej powierzchowności, wysoki, silny blondyn o niebieskich oczach i szczerym uśmiechu na przyjaznej twarzy. Miał na sobie spodnie z szarej flaneli, a pod skórzaną kurtką kaszmirowy sweter. Buty były angielskie. Była to kosztowna, ale nie rzucająca się w oczy i pozbawiona ostentacji elegancja. Taylor Carr pochodził ze świetnej rodziny z Bostonu. Był osobą zrównoważoną, która własną egzystencję budowała w zgodzie z wewnętrzną, spokojną pewnością siebie.

– Wdzięk i tajemniczość to twoja najlepsza broń. Wcale nie wątpię w twoje zalety – powiedział.

– Myślałam, że to moja uroda zrobiła na tobie wrażenie – zażartowała Nancy z kokieterią.

– To nie uroda wzbudza najgłębsze namiętności – zacytował Taylor. – Uroda bez wdzięku to jak haczyk bez przynęty. Piękność bez wyrazu nuży.

– Tak więc mam wiele zalet, ale jestem całkowicie brzydka – zaśmiała się Nancy, gdy Taylor zacytował jej Emersona.

– Brzydka i tajemnicza – żartował chłopak. – Mimo wszystko jestem gotowy skompromitować się wychodząc z tobą dzisiejszego wieczoru.

– Jakżeż mi przykro.

– Na myśl o wyjściu ze mną?

– Na myśl, że muszę ci odmówić.

– Weź, zważ, zapakuj i zanieś do domu – poddał się Taylor. – Nie jestem w twoim typie?

Doszli do zadrzewionej alei przy końcu uniwersytetu.

– Tu nie chodzi o ciebie. Muszę jechać do Greenwich na weekend.

– Taktyka numer jeden: aby wzmóc zainteresowanie mężczyzny, nigdy nie przyjmuj pierwszego zaproszenia podając jednak rozsądny powód odmowy.

– To pozwala mi sądzić, że będzie drugie – zamiauczała Nancy.

– Naprawdę musisz jechać? – zapytał, mając jeszcze nadzieję.

– Już po mnie przyjechali – powiedziała Nancy spoglądając na drugą stronę alei i machając do kogoś ręką.

Za kierownicą niebieskiego packarda Taylor dojrzał twarz José Dominici.

– Twój ojciec? – zapytał.

– Nie. Ale mógłby nim być. Mój ojciec nie żyje.

– Wybacz – powiedział Taylor szczerze zmartwiony.

– To się zdarzyło wiele lat temu. W taki sam wietrzny, majowy dzień jak dzisiaj – odczuła potrzebę wyjaśnień, przytrzymując rozwiane włosy i kierując się do oczekującego auta.

– Odpowiada ci poniedziałek wieczór w self-service? – zaproponował.

– Taktyka numer dwa: aby wzbudzić zainteresowanie mężczyzny, na drugą propozycję odpowiedzieć proponując alternatywne rozwiązanie. Nici z poniedziałkowego wieczoru. Będę w Greenwich przez cały tydzień. Jeśli chcesz, zadzwoń. W sekretariacie biblioteki znajdziesz mój numer.

Ostatnie słowa Nancy wykrzyczała biegnąc przez ulicę w stronę José Vicente, który wysiadł z auta.

Taylor obserwował tę uroczą, drobną postać, która schroniła się w ramionach olbrzyma, i poczuł ukłucie zazdrości. Próbował oddalić od siebie to niebezpieczne uczucie. Oczywiście będzie próbował dowiedzieć się czegoś więcej o Nancy Pertinace.