Taksówka przejechała przez skrzyżowanie skręcając w Pięćdziesiątą Ósmą ulicę. Sal martwym wzrokiem patrzył na leżące na chodniku ciało. Nancy oderwała się od niego, wyrywając gniewnie rękę, i pobiegła do ojca. Osłupiali przechodnie otoczyli trupy. Nancy poczuła zapach krwi i prochu. Ktoś przesunął ciało szofera, aby potężny mężczyzna, który parę chwil wcześniej wysiadał uśmiechnięty z limuzyny, mógł się podnieść, cudem nietknięty. Krew na jego płaszczu była krwią Calogero Pertinace, leżącego nieruchomo na ziemi. Dziewczynka uklękła obok niego. Na mundurze, w miejscu gdzie błyszczały ozdobne guziki, rozszerzała się ciemna plama. Nancy słyszała krzyk kobiety, która wpadła w histerię, błagania mężczyzny o lekarza i karetkę. Pochyliła się nad ojcem, odpychając stanowczo tych, którzy chcieli ją od niego oderwać.
– Tato – zawołała cicho. – Drogi tato.
Mężczyzna otworzył oczy, rozpoznał ją i uśmiechnął się.
– Widzisz, że przyszłam? – kontynuowała, mimo, że miała ściśnięte gardło.
Ruchem powiek przytaknął jej.
– Przyniosłam ci tort, tato. Obiecałam ci – głos jej nabrzmiał płaczem.
Calogero zebrał wszystkie siły i odezwał się do niej urywanym głosem.
– Taka wspaniała kobieta, jak ty, zawsze dotrzymuje obietnic.
Kawałek tortu nie miał żadnego kształtu, rozpaćkał się w małej rączce dziewczynki.
– Jedzie już lekarz – poinformowała mając nadzieję, że doda mu tym odwagi.
– Wszystko okay – wyszeptał mężczyzna nim głowa opadła mu na ramię córki. Cienka strużka krwi wypłynęła z ust i zabarwiła biały welon Nancy. Życie Calogero Pertinace zgasło przez przypadek lub przez ironię losu na tym chodniku przed hotelem Plaza. Długi welon podniesiony przez wiatr zakrył twarz mężczyzny i dziecka. Oczy Nancy wypełniły się łzami.
– Pomszczę cię, tato – wyszeptała Nancy straszną obietnicę do ucha mężczyzny, który nie mógł już jej usłyszeć.
Przypomniała sobie młodą i piękną twarz mężczyzny, który zabił jej ojca.
– Pomszczę cię, tato – powtórzyła.
Skamieniałą z bólu ożywiał płomień zemsty, który od tego momentu miał nadać sens jej życiu. Nie wiedziała jak, gdzie ani kiedy, ale była pewna, że zabije mordercę ojca. Do tego dnia obraz killera będzie ją prześladował.
3
Sean McLeary oparł czoło o kolbę broni, z ust wyrwało mu się przekleństwo.
– Chybiony – powiedział. – Chybiłem.
Myśl, że nie udało mu się, wstrząsnęła nim. Ten skurwysyn Frank Latella wyczuł niebezpieczeństwo i rzucił się na ziemię, zasłaniając się niczym tarczą ciałem portiera. Upadł, ale Sean był pewien, że chybił, że trafił mężczyznę w mundurze i kierowcę tego przeklętego skurwysyna. Źle się stało, ponieważ w jego zawodzie nie było miejsca na pomyłki. Jeden trup więcej lub mniej nie zmieniał postaci rzeczy, ale błąd tego typu był nie do przyjęcia dla takiego perfekcjonisty jak on. Chybił celu, za którego trafienie mu zapłacono. Ten łajdak z niespodziewaną zręcznością, biorąc pod uwagę jego masę, uratował się, a dwa nic nie znaczące pionki zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Sean był skrupulatnym i pedantycznym zawodowcem. To tak, jakby zafałszował grając na fortepianie wtedy, kiedy był jeszcze wirtuozem, jeszcze przed Koreą i ranami, które zniekształciły mu dłoń i przerwały dobrze zapowiadającą się karierę solisty jazzowego.
– Zatrzymaj się! – rozkazał mężczyźnie, który prowadził. – Zatrzymaj się i cofnij!
Aby dotrzymać umowy, był gotów ryzykować życiem. Nie była to ani nienawiść, ani oburzenie, jedynie gwałtowna potrzeba dokończenia roboty, za którą mu zapłacono. Osobiście nic nie miał do Franka Latelli. Przeklinał go, ale w gruncie rzeczy złorzeczył sobie.
– Najadłeś się szaleju?! – zaprotestował kierowca, nie zamierzając wykonać polecenia.
Przez chwilę Sean widział niewinny obrazek dwojga dzieci w białych ubrankach od pierwszej komunii. Chłopca i dziewczynkę, nieruchomych jak postacie z szopki, stojących na chodniku przed Plaza. Przyśnili mu się, byli postaciami z bajki, z jego dzieciństwa, czy też należeli do realnego świata?
Młody człowiek odebrał ich jak jasny promień w otaczających go ciemnościach. Dziewczynka miała nieprzeniknioną twarz sfinksa, ale w jej przerażonych oczach dojrzał niewyraźne przesłanie.
– Zatrzymaj się, głupcze – powtórzył do towarzysza otrząsając się z myśli.
– Głupi tak, ale nie wariat – powiedział kierowca. – Sądzisz, że jesteś jeszcze w Korei? To Nowy Jork. Za dwie minuty będzie tu pełno glin.
Samochód włączył się do ruchu i płynął z prądem. Natężenie światła zmieniało się w zależności od przepływających chmur. Radosny obraz dzieci w białych ubrankach zniknął pod wpływem wspomnień z koreańskiej dżungli. To tam stał się płatnym mordercą, nauczył się zabijać. Umiał przeciąć nić życia karabinem maszynowym, pistoletem, nożem, sznurem czy też gołymi rękami. Dwa razy został odznaczony za tę szczególną umiejętność. Był punktualny i zdecydowany jak sama śmierć. Ale racja była po stronie siedzącego za kierownicą Alana, który razem z nim był na trzydziestym ósmym równoleżniku na dwa lata przed wkroczeniem Chińczyków do Korei Północnej.
Kiedy zabijał w wiosce w Unsan, na północ od rzeki Chong-chon, około dziewięćdziesiąt kilometrów na południe od Yalu, obwieszali go medalami. Tutaj posłaliby go na krzesło elektryczne. Pozostała mu mania perfekcjonisty, duma profesjonalisty.
Sean rozpoznał zaułek z tyłu jednej z tysiąca chińskich restauracji w Nowym Jorku. Wysiadł z taksówki razem z Alanem, zabierając płócienny worek z bronią. Rozeszli się. Sean wyszedł z zaułka i zszedł po brudnych stopniach metra. Był bardzo niezadowolony z siebie i z przebiegu wydarzeń.
Nancy rozejrzała się. Wszystko było lodowate i wilgotne w dużej sali kostnicy. Zapach środka dezynfekującego nie był w stanie zabić tej słodkiej i lepkiej woni śmierci. Nie przerażało jej to ponure miejsce, bardziej uderzyła ją obojętność pracowników. Ciało ojca znajdowało się na stole pośrodku pokoju. Matka i babka z rozpaczą wpatrywały się w męża i syna litościwie przykrytego prześcieradłem po samą szyję. Twarz zachowała w obliczu nieuchronnej śmierci spokój i powagę, prawie uśmiech. Zimne światło spłaszczało wszystko, podkreślając grozę sceny. Addolorata przytulała czule dużą papierową torbę zawierającą rzeczy zmarłego męża. Nancy i Sal stali oparci o ścianę przy drzwiach. Dziewczynka ściągnęła welon poplamiony pociemniałą już krwią ojca.
– Wychodzimy? – zaproponował półgłosem Sal. Źle się czuł w tym miejscu śmierci.
Rodzeństwo wymknęło się i usiadło w korytarzu na żelaznej, pomalowanej na biało ławce.
– Dlaczego powiedziałaś policjantom, że nie widziałaś zabójcy naszego ojca? – zapytał podejrzliwie Sal.
– Ponieważ to dotyczy nas. To sprawa naszej rodziny – zawyrokowała. – Zresztą ty powiedziałeś to samo.
– Postąpiłem tak, jak ty – wyznał, wyrażając tym swoje poparcie, które było również zgodą na podporządkowanie się. Później zawahał się. – Co my możemy zrobić? Jesteśmy tylko dziećmi.
Wzięła go za rękę i mocno uścisnęła.
– Mamy dużo czasu. Dorośniemy i będziemy silni. Pewnego dnia odnajdę zabójcę naszego ojca. Nie ma takiego miejsca, w którym mógłby się ukryć przede mną. I tego dnia zabiję go.
Sala przebiegły dreszcze i zimny pot pokrył mu czoło i dłonie. Zrobiło mu się niedobrze, zakręciło mu się nagle w głowie. Korytarz i osoby, które nim szły, zawirowały wokół niego, a żołądkiem szarpnął ból.
– Źle się czuję – powiedział zakrywając usta dłonią.
Nancy spojrzała bezradnie na korytarz szukając pomocy, ale Sal już zdążył pobrudzić podłogę. Zrzędząc nadszedł posługacz i posypał wszystko trocinami.
Nancy raptownie otworzyła na oścież drzwi pokoju, w którym leżał ojciec.
Addolorata i babka odwróciły się gwałtownie do niej.
Dziewczynka spoglądała na nie zapominając, dlaczego ich szukała. Były to dwa identyczne uosobienia bólu. Jedna opłakiwała męża, którego zdradziła na zapleczu pizzerii, druga syna, który był wszystkim, co posiadała w życiu.
Nancy musiała pokonać ból rozprzestrzeniający się między sercem a mózgiem jak złośliwa gorączka, musiała zwalczyć głębokie cierpienie, ale na pocieszenie pozostawała jej zemsta, którą obmyślała z pasją, ze wszystkimi szczegółami.
– Sal źle się czuje – poinformowała wreszcie.
Chłopiec był już w drzwiach, blady, ogłuszony, wycierał sobie usta chusteczką, wstydząc się swojej słabości.
– Ci wops nawet dzieci tu przyprowadzą – stwierdził z pogardą posługiwacz, który wcześniej uprzątnął korytarz.
– Idziemy do domu – zdecydowała babka, biorąc dzieci za ręce.