Andre odetchnął głęboko. Uświadomił sobie teraz, że od bardzo dawna wstrzymuje oddech. Zapomniał właściwie, po co czyta tę opowieść, zastanawiał się tylko, czy podróżni dotarli nad jeziorko w Vargaby.
Tak, to było to jeziorko! Kiedy stwierdził, że rozumował właściwie, odczuł zadowolenie.
Całe Trondheim pogrążone było w nocnej ciszy. Andre rozebrał się i położył do łóżka, nie mógł przecież całą noc tak leżeć w ubraniu na pościeli.
Spojrzał na zegarek. Ponieważ odczytywanie rękopisu zajmowało dużo czasu, zeszło mu na tym wiele godzin. Ale nie chciał jeszcze się poddać, chciał się przekonać, dlaczego Vanja i Benedikte tak bardzo chciały, żeby przeczytał ten manuskrypt.
Coś musi się za tym kryć. Andre po prostu płonął z ciekawości.
ROZDZIAŁ V
– Powinni już być z powrotem – powiedziała Barbro i skuliła się obejmując rękami kolana.
Havgrim spoglądał ze współczuciem na jej wychudłe ramiona i całą kaleką sylwetkę. Życie w biedzie i niedostatku, ciężka praca i samotność, wszystko to odbiło się fatalnie na jej organizmie.
Uniósł głowę.
– Posłuchaj! Tym razem to nie ptak. Ale też i nie nasi panowie.
– Masz rację – zgodziła się Barbro po chwili nasłuchiwania. – To jakieś dziewczyny przywołujące kozy i owce. Tak, kozy. Poznaję po sposobie, w jaki to robią. Trzeba panu wiedzieć, że jest różnica w przywoływaniu kóz i owiec.
Havgrim kiwał głową.
– Nie spodziewałem się, że spotkamy tu ludzi – mruknął.
– Naprawdę? – zapytała Barbro i spojrzała mu w oczy. – W ciągu ostatniej godziny też nie?
Głęboko wciągnął powietrze.
– Trudno zaprzeczać, wiemy przecież oboje, gdzie się znajdujemy, prawda?
– Oczywiście, ale proszę się nie bać. ››One‹‹ nigdy mi nic złego nie zrobiły. A mieszkańcy osady to gościnni, pracowici chłopi. Muchy by nie skrzywdzili.
– Powiadasz, że tobie ››one‹‹ nic złego nigdy nie zrobiły, ale ty jesteś bezbronną kobietą o czystym sumieniu. My jednak jesteśmy mężczyznami. Co z nami się stanie?
Wzruszyła ramionami.
– Myślę, że nic. Nie trzeba wierzyć w przesądy i gusła. To tylko takie gadanie, nic więcej. Historie, żeby straszyć łatwowiernych.
Mówiła tak, jakby chciała przekonać samą siebie.
Nawoływania przybliżały się. Słyszeli czyste młode głosy, cudownie rzeczywiste i ziemskie w tej ponurej i przerażającej atmosferze.
– Idą w naszą stronę – stwierdził Havgrim.
W lesie na zboczu można było widzieć białe nieduże plamy, turlały się niczym koraliki w dół po kamienistym zboczu. Kozy popędzane przez dwie młode dziewczyny.
Jednocześnie po przeciwnej stronie wyłoniło się z lasu dwóch mężczyzn. Na widok kóz i dziewcząt stanęli jak wryci.
Pasterki stanęły także. Spoglądały na obcych, zebranych w dole na polance, ujęły się za ręce, jakby chciały dodać sobie nawzajem odwagi, i nie spuszczały wzroku z przybyszów.
– A niech mnie d… – zaczął Diderik, ale przypomniał sobie o obecności duchownego i zamilkł. – Tamta, z oczyma jak gwiazdy… To prawdziwe zjawisko!
Miał na myśli Kjerstin, tę nieśmiałą i spokojną. W jego oczach pojawił się błysk podniecenia i zadowolenia zarazem, który Havgrim pojmował bezbłędnie.
Usłyszeli głębsze tony dzwonków i z lasu wyłoniło się stado krów, a za nimi jeszcze jedna dziewczyna. Ona także była niezwykle pociągająca.
– Wygląda na to, że w Vargaby nadal mają bardzo ładne dziewice – powiedział Diderik, bo nikt już nie żywił wątpliwości, gdzie się znaleźli.
Słysząc jego słowa pan Natan drgnął i jakby się skulił. Diderik pojął, że wyraził się niewłaściwie. Ale wszystkie trzy panny były bez wątpienia z tego świata. Policzki miały zarumienione od biegania po lesie, we włosach sosnowe szpilki, a przyspieszone oddechy i onieśmielenie dodawały im wdzięku. Naprawdę przyjemnie było na nie patrzeć.
Minęło sporo czasu, zanim padły pierwsze słowa. Ten, który miał najwięcej doświadczenia w uwodzicielskim gadaniu, zajęty był teraz obserwowaniem trzech nieznajomych. Oczywiście od pierwszej chwili wiedział, którą wybierze na początek, ale i dwie pozostałe zasługiwały na uwagę. Na przykład ta z opadającą na czoło grzywką, jasnymi warkoczami, z tym rozmarzonym, tęsknym spojrzeniem… Stanowiła z pewnością łatwą zdobycz. Albo tamta wysoka, taka dumna! Wyglądała na najmłodszą, lecz odważnie patrzyła obcym w oczy. Tę najtrudniej byłoby sobie podporządkować. Ale Diderik znał się na rzeczy i takie zadanie go bawiło. Dlaczego mieliby na złamanie karku pędzić do Harjedalen i do Norwegii? Dlaczego by nie zostać tu jakiś czas i nie wziąć tego, co samo wchodzi w ręce?
Kajsa czuła, że kręci jej się w głowie, kiedy tak stała i przyglądała się obcym. Ludzie tutaj? W jej lesie? Jakaś stara kobieta, kapłan, poznawała to po kołnierzyku i czarnym płaszczu, pastor kościoła w Alvdal też się tak ubierał. I jeszcze jacyś dwaj panowie, obaj dość młodzi. Jeden sprawiał wrażenie człowieka obdarzonego poczuciem humoru, w jego oczach pojawiały się wesołe błyski, bardzo przystojny mężczyzna o jasnych włosach i brodzie. Drugi natomiast, jeszcze młodszy, budził w niej lęk. Miała wrażenie, że stara się ukryć swoje myśli i uczucia pod kamiennym wyrazem twarzy. Jakiż był urodziwy, z tymi czarnymi włosami przy jasnych oczach! Chociaż, prawdę powiedziawszy, wydawał jej się okropnie nieprzystępny!
Drobna starsza kobiecina wyglądała sympatycznie. Obcy mieli aż trzy konie. Pomyśleć, że ktoś może być taki bogaty!
Czy powinna zawrócić i uciec w las? Zabrać ze sobą swoje towarzyszki i biec co tchu do domu? Z trudem się opanowywała, bo nogi drżały w przemożnej chęci ucieczki. Czuła, że dzieje się coś niebezpiecznego, nie mogły tak tutaj stać wszystkie trzy. Coś trudnego do określenia zatrzymywało ją w miejscu, a jednocześnie serce przepełniał jakiś nowy, nie znany dotychczas lęk.
Chociaż, czy taki całkiem nowy i nie znany? To był ten sam lęk, który odczuwała od samego rana. Że las jest zaczarowany. Że wszystko stało się inne i przerażające.
Zdawało jej się, że stoją tak i patrzą na siebie od niepamiętnych czasów, choć w rzeczywistości minęła co najwyżej minuta, aż Kjerstin przerażona krzyknęła i zaczęła uciekać co sił w nogach. Widok obcych był czymś strasznym dla dziewczyny, która nigdy nie odważyła się nawet pójść do kościoła w Alvdalen i która nigdy nie widziała niczego poza Vargaby i bezkresnymi lasami wokół osady. Natrętne, niedwuznaczne spojrzenia Diderika Swerda przerażały ją śmiertelnie. Nie rozumiała ich, wiedziała jedynie, że są bardzo niebezpieczne.
Jej zachowanie sprawiło, że również Kajsa rzuciła się do ucieczki. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, pomknęła w dół po zboczu niczym ścigane zwierzę.
– Hej, zaczekajcie! – krzyknął za nimi władczy męski głos. One jednak uznały, że głos ten brzmi groźnie, i uciekały jeszcze szybciej.
Britta stała niezdecydowana.
– Sami do tego doprowadziliście! – powiedziała z naganą do ludzi stojących na polanie. – Dopilnujcie tu moich bydląt, to ja spróbuję sprowadzić dziewczyny z powrotem.
I ona także zniknęła we mgle, która coraz szczelniej otulała ziemię.
– Cóż za dialekt! – zawołał Diderik. – Mimo wszystko można zrozumieć. Chodźcie, moi panowie. Musimy uspokoić te biedaczki.
Wskoczył na konia, pastor poszedł za jego przykładem. Havgrim wahał się.
– Idź i ty – powiedziała Barbro. – Dziewczęta będą potrzebowały wsparcia przyzwoitego człowieka.
– Pan Natan przecież pojechał. A poza tym czy mogę cię tu zostawić samą ze zwierzętami?