Выбрать главу

– Myślę, że wszystkie drapieżniki rozpierzchły się przerażone – odparła. – Pospiesz się, będziesz im potrzebny.

Skinął głową i wskoczył na siodło.

Barbro patrzyła w ślad za nim, ale wkrótce i on zniknął we mgle. Kobieta z rozgoryczeniem potrząsała głową. Powinnaś byłaś siedzieć w domu, Barbro! Ty, która tyle wiesz o starym podaniu. I która znasz jego dalszy ciąg. Powinnaś być mądrzejsza!

Wyprostowała swoje zgarbione plecy. I jeżeli się za bardzo nie mylę, myślała, to jest tu ktoś jeszcze, kto zna dalszy ciąg…

W gęstej mgle trzej mężczyźni rozeszli się na różne strony.

Diderik Swerd prowadził konia w górę po zboczu, ale nie widział żadnego śladu dziewcząt. Niech to diabli, one znają ten las na wylot. Ale znajdzie je, nie da za wygraną! Chciał je zobaczyć! Przede wszystkim tę niesłychanie piękną, która uciekła pierwsza. Spłoszona jak łania. I tamtą małą z tańczącymi warkoczami także…

Po chwili wstrzymał konia. Zobaczył coś przed sobą. Coś się poruszało. Zatrzymał się i wytężył słuch.

Znajdował się w niewielkiej kotlinie, reniferowy mech porastał tu zbocza i pnie rzadko rosnących, prostych sosen. Mgła, a może to nisko wiszące chmury, przepływała nad ziemią, tworząc dziwne, czasami wręcz niesamowite formacje pomiędzy sosnami.

Coś tam chyba jest… Tam, na prawo od niego, otulone zasłoną mgły tak szczelnie, że nie mógł rozróżnić, co to. Zwierzęta? Ludzkie istoty? Dziewczęta?

Nie, dziewczęta nie były ubrane tak jak te dziwne, trudne do określenia cienie. Ich proste sukienki były kolorowe, nosiły też pasiaste fartuchy i barwne chusty na ramionach.

Ten czy też ci, którzy ukrywali się przed nim, musieli mieć na sobie odzienie z brązowych lub szarych skór, włosy powiewały na wietrze…

A może się po prostu mylił? Potrząsnął głową, by odzyskać ostrość wzroku. Obraz zniknął. Widocznie powykrzywiane drzewa sprawiły, że coś mu się przywidziało.

Wielki nur odezwał się znowu. Czyżby Diderik znajdował się w pobliżu jeziora? Nie, to niemożliwe. Jezioro jest dokładnie w odwrotnym kierunku. I wtedy znowu głos zawołał kogoś po imieniu. Diderik westchnął. Jeśli to nur, pomyślał, to może i ja jestem ptakiem. Założyłbym się o własną duszę, że to głos kobiecy. ››Vret Joooar!‹‹ niosło się po lesie.

Nagle rozległ się głuchy dźwięk, jakby coś ciężkiego spadło z łoskotem, ale tak głośno, że i Diderik, i koń drgnęli przestraszeni. Tym razem to na pewno był ptak, ale jego krzyk brzmiał jak złowieszczy chichot.

Potem znowu zaległa cisza.

A jednak daleko we mgle coś się poruszało i z głębi lasu znowu nadeszło to żałosne wołanie jak jakieś nierzeczywiste, pozaziemskie echo.

Żeby tak pan Natan tutaj był!

Nie zastanawiając się Diderik zawrócił konia i pognał na łeb na szyję do miejsca spotkania.

Pan Natan już wrócił. Był blady, usta zaciskał tak, że została tylko cienka kreska, i nie chciał nic powiedzieć.

To Havgrim odnalazł dziewczęta. Dwie młodsze starały się uspokoić Kjerstin, która siedziała skulona na mchu i szlochała rozpaczliwie. Kiedy Havgrim nadjechał, próbowała uciec, ale przyjaciółki ją powstrzymały.

Zeskoczył z konia.

– Nie bójcie się, nie chcemy zrobić wam nic złego – rzekł krótko, a w jego oczach nie było wrogości. Wrogości chyba w nich nigdy nie było, czasami stawały się tylko nieprzeniknione, żeby nikt nie mógł dostrzec, co dzieje się w duszy Havgrima. – Chodźcie teraz ze mną na polanę, inni tam na nas czekają i tam też są wasze zwierzęta – przekonywał. – Panienka, która wygląda na bardzo zmęczoną, może jechać w siodle. Ja konia poprowadzę za uzdę.

Kjerstin przyjrzała mu się zapłakanymi oczyma i uznała, że można mu zaufać. Pomógł jej dosiąść konia i wszyscy czworo mogli jechać. To znaczy jechała tylko Kjerstin; Kajsa i Britta rywalizowały o to, która pójdzie bliżej Havgrima, bo obie poczuły do niego sympatię.

– Naprawdę, nie jesteśmy takie głupie, jak to może mogło wynikać z naszego zachowania – tłumaczyła Britta trochę niepewnie. – Ale dzisiaj wszystko jest takie dziwne. Sama się wystraszyłam!

Co miało chyba oznaczać, że na ogół Britta nie należy do tych, co boją się ciemności lub obcych podróżnych.

– Rozumiem, co masz na myśli – rzekł Havgrim swoim głębokim głosem. – O tym samym rozmawialiśmy jadąc przez las.

– No właśnie, nam się zdawało, że nie jesteśmy same w lesie. Okazuje się, że nie byłyśmy – zakończyła z chichotem.

Havgrim uśmiechnął się pod nosem. Kajsa nie mówiła nic. Starała się nadążać za Havgrimem, z przyjemnością patrzyła na jego duże buty obok swoich małych stóp. Od czasu do czasu spoglądała na niego nieśmiało i kilka razy stwierdziła, że i on przygląda jej się z uwagą.

– Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? – zapytał w końcu, gdy Britta na chwilę umilkła.

– No, jeśli pan był w kościele w Alvdalen w ostatnie Boże Narodzenie, to mogliśmy się widzieć – odparła Kajsa.

– To dziwne! Zdawało mi się, jakby… Jakby…

– Mnie też – potwierdziła spokojnie.

Kajsa zastanawiała się, czy mówiłby to samo, gdyby wiedział, co ona chciała powiedzieć: ››Zdawało mi się, jakbym znalazła się… w domu!‹‹

Przyglądała się jego ręce wspierającej Kjerstin. A Kjerstin patrzyła w dół na niego swoimi wielkimi, zdziwionymi i jakby wygłodniałymi oczyma i nagle Kajsa doznała dziwnego, dotychczas jej nie znanego uczucia: To była piekąca zazdrość!

Zazdrość to uczucie bardzo złożone, może zawierać w sobie wiele bardzo różnych doznań. Smutek, skrępowanie, wściekłość, nikczemność, zranioną dumę, żądzę władzy, gniew, pragnienie zemsty… Można wymieniać jeszcze długo, od wielkiej szlachetności aż do największej podłości.

W sercu Kajsy zazdrość dopiero kiełkowała, bo przecież znała tego mężczyznę ledwie kilkadziesiąt minut, natomiast Kjerstin znała przez całe swoje życie. Dlatego bardzo szybko zdołała stłumić w sobie paskudne uczucia i niemal przebaczyć Kjerstin tę radość, że może siedzieć w siodle i czuć dotyk dłoni Havgrima na swojej ręce.

Britcie usta się nie zamykały, jakby chciała zaimponować obcemu tym nieprzerwanym potokiem słów. Mówiła, że goście muszą pojechać z nimi do wsi, do rodziców, przywitać się. O bardzo dziś brzydkiej pogodzie i o tym, jak pięknie tu zazwyczaj bywa. Wcisnęła się teraz pomiędzy Kajsę i Havgrima, lecz Kajsie to nie przeszkadzało. Była głęboko przejęta tym spotkaniem, lecz spokojna, jeśli taki paradoks w ogóle jest możliwy, cieszyła się, że on jest tuż obok, młody mężczyzna o płonących, melancholijnych oczach i zmysłowych ustach, mężczyzna o silnych rękach, podtrzymujących inną dziewczynę, który jednak od czasu do czasu spogląda na Kajsę, co wzrusza ją tak bardzo, że aż traci dech.

Wkrótce znaleźli się na polanie, gdzie oczekiwano ich z niepokojem, i Britta ukłoniła się głęboko panu Diderikowi, a później księdzu z piękną brodą. Kjerstin i Kajsa zrobiły to samo.

Jakie to wszystko dziwne, myślała Kajsa. To najmłodsza z nas trzech jest najbardziej śmiała i pewna siebie, a najstarsza jest też najbardziej nieśmiała. Ja znajduję się pośrodku. Jestem przeciętna.

Akurat teraz nie miała ochoty być przeciętną. Chciała być kimś, kto zwraca na siebie uwagę. Kto jest podziwiany i kogo się lubi. Nie była jednak ani taka śliczna jak Kjerstin, ani taka bystra jak Britta. Czy było w niej coś interesującego?

Bardzo wiele, ale miała jeszcze za mało lat, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Twarz eleganckiego pana rozjaśniła się w uśmiechu.

– Witajcie, moje damy! Jak to wspaniale, że panie wróciły, ponieważ nie bardzo wiemy, gdzieśmy się znaleźli. Poszliśmy złą drogą i zabłądziliśmy.

Zarówno Havgrim i Barbro, jak i duchowny zareagowali z irytacją na jego słowa. Czy naprawdę trzeba wspominać tę nieprzyjemną legendę?