Выбрать главу

Najgorsze, że ona jest taka sympatyczna, myślała Nette, kiedy wracały, każda zza swojego krzaka. Chciałabym jej nie lubić, chciałabym być zazdrosna, ale nie umiem. Jedyne, co odczuwam, to smutek i żal. Ona ma szanse zdobyć jego serce. Ja nie.

Ale ja mogę wiele dla niego zrobić. Mieć w nim przyjaciela. Pomagać mu na różne sposoby. Właściwie to przyjaźń jest cenniejszym uczuciem, bo trwa dłużej niż przelotne zakochanie.

Próby pocieszania się na niewiele jednak się zdały. Mimo wszystko odczuwała ból.

Andre wrócił do samochodu równocześnie z paniami.

– Minęliśmy już Nordlade – oświadczył. – Ujechaliśmy jakieś dziesięć kilometrów za daleko. Jak uważacie? Powinniśmy zawrócić, czy załatwimy tę sprawę w drodze powrotnej?

Nette spoglądała na słońce.

– Zaczyna się robić późno.

– Tak – zgodziła się Mali. – Jedziemy dalej!

– Ja też tak myślałem – uśmiechnął się Andre. – Ale jeśli panie zechciałyby na mnie zaczekać, to pójdę za waszym przykładem.

Zniknął w zaroślach nad rzeką.

Wkrótce wszyscy wrócili na swoje miejsca w samochodzie.

– Jeśli wszyscy się wysiusiali, to możemy chyba wyruszyć w dalszą drogę – oświadczyła Mali.

– Mali! Tak nie wypada! – upomniała ją Nette, ale cała trójka wybuchnęła śmiechem.

Mali była w znakomitym humorze i śpiewała podczas jazdy. Repertuar nie był zanadto wyrafinowany i Andre musiał w końcu przerwać koncert.

Nette powiedziała:

– Nie miałam możności zajrzeć do tego manuskryptu. Nasza podróż napotyka tysiące przeszkód.

– No właśnie, a ja obiecałem Mali, że jej po drodze opowiem o Ludziach Lodu. Skoro jedziemy wszyscy, to opowiem wam obu. Ale uprzedzam, to będzie bardzo długa historia.

– To będzie też długa podróż – powiedziała Mali. – A skoro nie chcecie słuchać mojego wytwornego repertuaru, to możemy posłuchać opowieści.

Andre i Nette roześmiali się. Mali umiała znaleźć słowa, które świadczyły, że mimo braku wykształcenia ma w sobie sporo delikatności, a także sporo poczucia humoru.

– Byłoby wspaniale, gdybyś chciał opowiedzieć, Andre – potwierdziła Nette, z przyjemnością wymawiając jego imię. – A przy okazji, czyście zwrócili uwagę, że przez całą drogę nie spotkaliśmy ani jednego samochodu?

– Owszem, ale to chyba nic dziwnego na tych wiejskich drogach – odrzekł Andre. – Po drodze z Christianii do Trondheim też spotkałem ich niewiele. Za to tutaj spotykamy więcej fur.

– O, niestety! – prychnęła Mali.

Te konne wozy stanowiły dla nich poważny problem. A szczerze mówiąc, to oni stanowili poważny problem dla woźniców. Trzeba było dużo czasu, żeby przestraszony przez samochód koń się uspokoił. Drogi też nie były obliczone ani na ruch samochodowy, ani na wyprzedzanie się pojazdów. Często bywało, że musieli kilometrami wlec się jak ślimak za jakąś furą, nim znalazło się szersze miejsce, w którym mogli przejechać obok wystraszonego konia i rozwścieczonego gospodarza.

Andre zaczął opowiadać. Najpierw chciał przedstawić dzieje Ludzi Lodu, rzecz jasna, bardzo zwięźle, w najogólniejszym zarysie. Uważał, że Nette również zasługuje na to, by poznać tę Historię, mimo że nie należy do rodu.

Jeśli jednak sądził, że obie jego towarzyszki będą uśmiechać się sceptycznie, słuchając o tych wszystkich ponadnaturalnych zjawiskach, to się bardzo mylił. Być może sprawiało to jego własne przekonanie o prawdziwości wszystkiego, o czym opowiadał, jego własna wiara, lecz obie panie słuchały z najwyższą uwagą i w skupieniu, czasami tylko rozlegał się okrzyk niedowierzania lub przerażenia, gdy mówił o jakichś szczególnie dramatycznych wydarzeniach.

Mali wielokrotnie przerywała:

– Jezu, czy ja też jestem z Ludzi Lodu?

Nette zaś siedziała w milczeniu i pragnęła także być jedną z nich.

– Zaczynam pojmować, dlaczego taką ważną sprawą było odszukanie Christera Gripa i jego potomstwa – rzekła, gdy Andre zbliżał się powoli do końca długiej opowieści.

– Tak – potwierdził. – Spójrzcie, jak tu ładnie!

Znajdowali się teraz w głębi terenów leśnych, a okolica stawała się coraz bardziej pofałdowana. Andre kontynuował swoją opowieść:

– Musimy wiedzieć, czy w tej gałęzi rodu nie ma dotkniętych lub obciążonych. To jest ważne także dlatego, że na wypadek, gdyby Tengel Zły miał się przebudzić, my musimy trzymać się razem. A poza tym tyle innych niebezpieczeństw czyha na Ludzi Lodu!

Nawet sobie nie zdawał sprawy, jak dalece pod tym względem ma rację.

– No, a teraz mogę przejść do manuskryptu, który spisała babka Mali, Gerd Svensdatter – oświadczył. – Jesteście w stanie wysłuchać jeszcze i tej opowieści?

– Jesteśmy! Oczywiście, że tak! – wołały jedna przez drugą.

Przy każdym ruchu Nette odczuwała nieznośne rwanie w karku, a ból głowy był już tak intensywny, że wzrok jej się mącił. Nie chciała jednak stracić ani fragmentu opowiadania.

Andre opowiedział wszystko tak dokładnie, jak zapamiętał, całą historię o dziewicach z Vargaby.

– Szkoda, że nie czytacie tego same – westchnął. – Moja opowieść jest sucha i nieciekawa. Musicie obie wrócić jeszcze raz do manuskryptu. Zwłaszcza że on jest twój, Mali.

Ach, dla mnie z pewnością nie będzie żadnego „jeszcze raz”, pomyślała Nette. Jestem osobą postronną, a podróż wkrótce się skończy.

Obie uważnie słuchały legendy o dziewicach z Vargaby. Kiedy Andre skończył, długo milczały, chciały wchłonąć w siebie wszystko, pojąć do końca znaczenie legendy. Zaczynał zapadać zmierzch, las stawał się ponury.

Opowieść z odległej przeszłości napełniła wszystkich smutkiem i melancholią. Nastrój w grupie był jednak nadal znakomity. Nette nie dawała poznać, jak bardzo cierpi z powodu bólu głowy, a Andre nawet słowem nie wspomniał, jak bardzo jest głodny.

Pierwsza dała za wygraną Mali.

– Czy nie zbliżamy się do jakiejś osady? Zdrętwiałam jak kłoda drewna od tego siedzenia w samochodzie, a poza tym głodna jestem jak wilk.

– Chyba wszystkim dolega to samo – mruknął Andre. – Gdybyśmy niedługo znaleźli jakieś miejsce, w którym można by się zatrzymać na noc, nie będę miał nic przeciwko temu. Wkrótce będziemy też potrzebować benzyny.

Mali zadrżała.

– To by było straszne, gdyby zabrakło benzyny i przyszło nam siedzieć w nocy pośrodku czarnego lasu. A potem resztę drogi pokonywać piechotą.

– Zdaje mi się, że widzę w oddali jakieś zabudowania – powiedziała Nette po chwili.

Tak rzeczywiście było i wkrótce wjechali do centrum niewielkiej osady.

– Hura! – wrzasnął Andre. – Ale gdzie my właściwie jesteśmy?

Zapytali pierwszego napotkanego człowieka. No tak, znajdowali się w Roros.

– Mój Boże – westchnął Andre. – Z Więc i tutaj w końcu dotarłem!

– A może należałoby zaopatrzyć się w mapę? – poradziła Nette.

– Ta, którą mam, nie obejmuje terenów tak daleko na wschód. Znajdziemy teraz jakiś nocleg i tam wypytamy o dalszą drogę.

Wszyscy byli zgodni, że tak właśnie należy zrobić. Znaleźli prostą, lecz wygodną i czystą gospodę. Panie zaproponowały, że wezmą wspólny pokój, żeby Andre nie musiał tyle płacić.

Raczej Nette, pomyślał Andre. Ale przecież ona otrzyma zwrot swoich pieniędzy do ostatniego grosika, nieoceniona przyjaciółka i pomocnica!

Podano im obiad w bardzo prosto urządzonej izbie jadalnej, duże porcje gulaszu z chlebem. Nic takiego, co można by uzupełnić butelką wina, choć bardzo dobre. Domowej roboty piwo też smakowało wybornie.

– Nette, ty jesteś kredowobiała! – zmartwił się Andre.

– O, nic strasznego – odparła lekko. – Po prostu lekki ból głowy.