Выбрать главу

Nette zastanawiała się nad czymś w skupieniu.

– Przypominam sobie tę wieś, którą mijaliśmy po drodze – powiedziała po chwili. – Tę wieś, gdzie jakoby ma się znajdować dwór Nordlade. To nie była zamożna okolica!

– No, ja też pamiętam – potwierdziła Mali. – Jakieś nędzne, na wpół zapadłe ruiny nad rzeką, no nie? I w górze, na halach.

Mali mocowała się z zameczkiem medalionu, poprosiła nawet Andre o nóż i w końcu otworzyła. Zdumiona wpatrywała się w leżący tam lok włosów.

– Moja prababka miała dużo jaśniejsze włosy niż ja, jak widzę. Na wieczku jest jakiś napis… „Petra Eriks. Nordlade, 1829”. No tak. Chyba rzeczywiście jest mój. Ten medalion.

– Oczywiście, że jest twój – potwierdziła Nette. – I jest niezwykle piękny.

Mali znowu wzięła nóż i czubkiem stukała lekko w krawędź medalionu.

– Wygląda mi na to, że tam jest jeszcze drugie wnętrze pod tym, w którym są włosy.

– Możemy zobaczyć? – zapytał Andre.

Trzy głowy pochyliły się nad maleńkim przedmiotem. Nette nie widziała prawie nic, ale nie chciała się do tego przyznać. W żadnym razie nie chciała używać lorgnon.

– Rzeczywiście – stwierdził Andre. – Przegródka, w której ulokowano włosy, to tylko połowa medalionu.

Złota płytka pod włosami ustąpiła pod naciskiem noża, a kiedy ją wyjęli, zobaczyli drugą część wnętrza medalionu.

– Co to? – szepnęła Mali. – Co to jest?

Nette ściągnęła brwi.

– Maleńki kawałeczek jakiegoś… korzenia? Czy to możliwe?

Drobne, kosmate korzonki porastały ciemnobrązowy równo odcięty kawałek dziwnego korzenia – krótką, wąską odnóżkę.

Andre gwałtownie chwycił medalion i przyciągnął do siebie. Panie ze zdumieniem przyglądały się jego rozgorączkowanej twarzy. Po chwili odłożył klejnocik i wstał.

– Nie dotykajcie tego – powiedział bez tchu. – Nie ruszajcie medalionu! Zaczekajcie chwileczkę!

Otworzył walizkę i wyjął z niej sporą paczkę.

– Moja matka uznała, że powinienem wziąć to ze sobą. Uważałem, że to śmieszne, ale, Bogu dzięki, zabrałem.

Ostrożnie wydobył z paczki jakiś dziwaczny przedmiot.

– Matko Boska, co to takiego? – zawołała Mali.

– Alrauna – odparł Andre. – Amulet, który chroni Ludzi Lodu. Opowiadałem wam o nim.

– Co? Masz alraunę przy sobie? Nie mówiłeś.

Przysunął amulet do medalionu, ostrożnie i wolniutko, porównywał…

– Jezu! – zawołała Mali półgłosem. – Pasuje! Ten mały został odcięty od większego! W tym miejscu.

Andre wstał i długo głęboko oddychał.

– Twoja prababka odziedziczyła medalion po swoim dziadku, Havgrimie. To znaczy po Christerze Gripie! Tu na stole leży dowód! Witaj wśród Ludzi Lodu, Mali!

ROZDZIAŁ X

Następnego ranka, kiedy szli do samochodu, Mali zapytała:

– Andre, czy musimy jechać do Alvdalen teraz, kiedy masz już pewne dowody?

– Musimy. I jest to nawet bardziej potrzebne niż kredyko1wiek przedtem. Trzeba odszukać ewentualnych innych potomków Christera Gripa. A co, chciałabyś wracać do domu?

– Do domu? Ja? To znaczy dokąd? Nie, chcę jechać do Alvdalen.

– A ty, Nette?

– Oczywiście, że też chcę tam jechać. To wszystko jest niezwykłe!

– Prawda? I ja tak myślę. A jak tam twoja głowa?

– Dziękuję. Dużo lepiej!

– I wyglądasz znacznie lepiej. Spałaś dobrze?

– Owszem, znakomicie!

Nette nie mogła przecież powiedzieć, że leżała długo, bardzo długo i płakała tak, że głowa rozbolała ją jeszcze bardziej. Płakała nad swoim gorzkim losem. Nad tym, że oddanie dla młodego przyjaciela rosło z każdą godziną i stawało się coraz bardziej nieznośną udręką. A przecież wiedziała aż za dobrze, że to sprawa absolutnie beznadziejna.

Nie odczuwała, broń Boże, seksualnego pociągu do Andre. Nie, jej uczucia były dużo bardziej subtelne. Te uczucia, które może mogłyby być nazwane miłością, wyrażały się w bolesnej potrzebie służenia mu, sprawiania mu radości, poświęcenia wreszcie, wszystko dla niego, co tylko zechce.

I będzie to robić, jak długo Andre jest wolny. Ale jeśli on się zakocha, na przykład w takiej dziewczynie jak Mali, to co wtedy? Nette stanie się najzupełniej niepotrzebna, zbędna, będzie przeszkadzać. Sprawiało jej to taki ból, że nie mogła zasnąć.

Mimo wszystko rano czuła się wypoczęta. Reakcja nadejdzie z pewnością później, w ciągu dnia, ale wtedy Nette będzie siedzieć, jak przystało starej pannie, na tylnym siedzeniu i będzie mogła drzemać, nie słuchając, o czym młodzi rozmawiają.

Andre ją jednak zaskoczył.

– Skoro czujesz się lepiej, to uważam, że teraz twoja kolej, by jechać na przedzie, Nette. Mam nadzieję, że Mali się zgodzi?

– No jasne! – prychnęła dziewczyna. – Ale tylko przez pierwsze dwadzieścia kilometrów, dopóki nie zatrzymamy się na odpoczynek. Potem zamiana!

– O, nie, nie! – zaprotestował Andre.

– Pewnie że nie, żartowałam tylko. Oczywiście, że Nette powinna siedzieć z przodu. Mną się nie przejmujcie, gotowa jestem się poświęcić.

– Przestań udawać cierpiętnicę, nikogo na to nie nabierzesz – roześmiał się Andre.

Ruszyli w dobrych nastrojach.

Dzień był równie piękny jak poprzedni, drogi jednak na pograniczu Norwegii i Szwecji prawie nie nadawały się do jazdy. Momentami podróżni niepokoili się całkiem poważnie, że będą musieli zawrócić, za każdym razem jakoś im się udawało pokonać przeszkody, zawsze jednak z uczuciem, że palą za sobą wszystkie mosty.

Kiedy było już tak źle, że wspólnymi siłami musieli wyciągać samochód z błota, Mali powiedziała:

– Tylko pamiętajcie, że wracać też będziemy tą samą drogą!

– Umiesz dodawać człowiekowi otuchy, nie ma co – mruknął Andre, próbując oczyścić ubłocone buty i ubranie.

W końcu jednak – cud nad cudy! – po południu dotarli do Alvdalen. Znaleźli miejsce do spania, zjedli obiad i zaczęli przepytywać o rodzinę Havgrima. Każde z trojga ruszyło w innym kierunku, żeby odszukać kogoś, kto mógłby coś więcej powiedzieć o przybyszach z Vargaby.

Na koniec spotkali się ponownie w gospodzie i usiedli, żeby porozmawiać. Tym razem w pokoju Mali.

– No? – zapytał Andre. – Dowiedziałyście się czegoś?

Okazało się, że wysiłki wszystkich trojga przyniosły ten sam rezultat: W Alvdalen nie było obecnie żadnych potomków Kajsy i Havgrima, a jedyną osobą, która mogłaby coś wiedzieć o Vargaby, jest pewna staruszka imieniem Britta-Stina, wnuczka tamtej Britty z Vargaby. Problem polega na tym, że Britta-Stina spędza lato na górskim pastwisku. A to kawałek drogi od wsi.

– Pójdziemy tam jutro – zdecydował Andre. – Nette, jeśli będziesz się czuła źle, nie musisz chodzić.

– Ale ja bym bardzo chciała – powiedziała pospiesznie. – Jeśli, oczywiście, nie będę przeszkadzać!

Uśmiechnął się do niej serdecznie, takim uśmiechem, który zawiera w sobie poczucie wspólnoty i wzajemnego zrozumienia i który trafia wprost do serca. Nette odpowiedziała takim samym uśmiechem, a Andre pogładził ją leciutko po policzku.

Tego wieczora była tak przejęta, że już tylko dlatego nie mogła zasnąć. Jej organizm jednak był bardzo wyczerpany i potrzebował odpoczynku, tak że w końcu sen ją zmorzył.

Jak życie człowieka może się do tego stopnia zmienić w tak krótkim czasie? To była ostatnia myśl, jaka przyszła jej do głowy. Byłam przecież na swój sposób szczęśliwa. Udało mi się, w mojej samotności, uzyskać jakąś formę spokojnego szczęścia. I oto zjawia się taki młokos, który ma jeszcze mleko pod nosem, i wywraca wszystko do góry nogami! Czy przynajmniej nie mógłby tego zrobić ktoś w moim wieku? Wtedy mogłabym chociaż zachować marzenia, a tak to nie mam nic.