Выбрать главу

Mali także przewracała się długo w łóżku i rozmyślała m ogromnej zmianie, jaką Andre spowodował w jej nędznym życiu. Żeby tak jeszcze te wszystkie wspaniałe nowości mogły przetrwać! Dostałam wszystko naraz, myślała. Jeszcze parę dni temu musiała się troszczyć, gdzie będzie spać w nocy i co włoży do ust następnego ranka. A teraz? Wykąpana, ładnie uczesana, jakież to cudowne uczucie! Dostała ubranie godne człowieka, a co ważniejsze, zyskała przyjaciół, dobrych, wspaniałych ludzi. I, najcudowniejsze ze wszystkiego, znalazła rodzinę, do której należy!

Ludzie Lodu…

Mali z płonącymi policzkami słuchała opowieści o tych niezwykłych ludziach, którzy są jej krewnymi. Jakież to wszystko zdumiewające! Ile niewiarygodnych wydarzeń! Ponadnaturalne zjawiska, demony, czarne anioły, źródła złego i źródła dobrego, Ludzie z Bagnisk, szary ludek…

Obciążeni i wybrani.

Jej własny brat lub siostra, to dziecko, które urodziło się martwe, było obciążone.

Może ona sama też ma jakieś ponadnaturalne zdolności?

Zaczęła się zastanawiać. Starała się sięgać pamięcią jak najdalej w przeszłość.

Nie, chyba nigdy nie przeżyła nic bardziej niezwykłego niż zazwyczaj ludzie przeżywają. Każdy przecież ma takie zdarzenia, kiedy myśli: „Jakie to dziwne, ale przecież wiedziałem, zanim się to stało…”

Przypadek, nic więcej. Chociaż, może jednak przeczuwała więcej niż inni?

Najważniejsze w opowiadaniu Andre było to, że Ludzie Lodu tak się trzymają razem.

I teraz ona także należy do tej rodziny.

Nawet nie zauważyła, że od czasu do czasu ociera łzy z oczu. Łzy rozpierającego szczęścia i żalu nad losem matki. Biednej Petry, której Mali nigdy nie poznała. I którą nienawidziła przez całe swoje życie, bo czuła się zdradzona i porzucona, nie chciana i nie kochana.

Teraz wiedziała, jak było naprawdę.

Matka powinna była się dowiedzieć, że należy do Ludzi Lodu. Ale nie zdążyła.

Mali rozmyślała nad dolą Petry. Wypędzona, samotna, spragniona więzi z innymi ludźmi, bezbronna ofiara pozbawionych sumienia mężczyzn, którzy niczego nie rozumieją.

Mali nie była taka jak matka. Mali była twarda, jej nie mogła zgubić sympatia dla mężczyzn, zbyt wiele widziała czynionego przez nich zła.

Andre…?

Spotkanie z nim to dla niej wielkie doświadczenie. Kulturalny, delikatny, życzliwy i wyrozumiały mężczyzna. Tego dotychczas nie znała.

Starała się myśleć o czym innym. Andre wkrótce zniknie z jej życia, nie powinna się do niego przywiązywać.

Zawsze była osobą samodzielną. Samotna, lecz silna. Dziewczyny z ruchu obrony kobiet obdarzały ją zaufaniem. Język miała cięty, to prawda, czasami wyrażała się wulgarnie, ale wzbudzała respekt mimo młodego wieku. Nie bała się nikogo i niczego. Nieugięta wobec gminnych zarozumialców i głupich biurokratów.

Jakie to dziwne, że teraz podróżuje ż jedną z tych urzędniczek, z którymi zawsze wojowała! Ale Nette Mikalsrud należy do wyjątków, rzeczowa i stanowcza, można się z nią dogadać. Prawdopodobnie nie podziela idei Mali, ponieważ reprezentuje władzę, ale jest człowiekiem honoru.

A teraz zostały przyjaciółkami. Bardzo przyjemne uczucie!

Andre zasnął prawdopodobnie pierwszy z całej trójki, jak to człowiek o czystym i ufnym sercu, którego troski nie sięgają dalej niż do jutrzejszego dnia: czy odnajdą starą Brittę-Stinę i czy ona będzie mogła dodać coś do ich wiedzy o potomstwie Havgrima.

Andre uważał, że ma bardzo miłe towarzyszki podróży, i nie zastanawiał się nad stanem ich uczuć. Był młody i stosownie do wieku naiwny.

Zatem Arv Grip dał swoim dzieciom kawałeczek alrauny, zapewne jako ochronny amulet. Jak widać, na niewiele się to zdało. Andre rozmyślał przez chwilę o napadzie rozbójników na żonę Arva, Vibeke i jego dwoje małych dzieci. Vibeke i niańka zostały zamordowane, dzieci natomiast porzucone na drodze. Dziewczynka znalazła się w Bergqvara, a później odnalazła ojca. O chłopcu zaś wiedziano tylko tyle, że zabrał go jakiś bogaty pan.

Teraz okazało się, że był to człowiek pałający żądzą zemsty na potomkach Vreta Joara Jonssona. Chłopiec, Christer Grip, którego przybrany ojciec ochrzcił imieniem Havgrim, jako dorosły człowiek odnalazł prawnuka Vreta, Diderika Swerda. Razem znaleźli się w Vargaby, miejscu, gdzie miała być dopełniona wendeta. Christer-Havgrim nie był jednak człowiekiem gwałtownym. Diderik padł niejako „z własnej ręki” dziewice z Vargaby zemściły się na nim i na jego towarzyszu, księdzu Natanie.

W końcu Christer Grip znalazł szczęście u boku Kajsy z Vargaby. Więc może jednak mimo wszystko kawałek alrauny spełnił swoje zadanie?

Ale Petrę, która była jego ostatnią właścicielką, amulet zawiódł. Andre ciekaw był także, jak się powiodło tym kobietom, które go posiadały przed Petrą. Jej matka, Gerd, nie była, jak się zdaje, szczęśliwa. Miała prawdziwy talent literacki, a wyszła za mąż za prostaka i umarła młodo. A co z matką Gerd, Petrą Eriksdatter Nordlade, i z jej matką, Doroteą, córką Havgrima?

Z tymi pytaniami Andre zasnął. Być może jutrzejszy dzień przyniesie odpowiedź.

Następny ranek wstał równie piękny jak dwa poprzednie. Tylko że wiało niemiłosiernie, kiedy troje wędrowców najpierw jechało samochodem, a potem wspinało się mozolnie przez las na górskie pastwisko ponad Alvdalen. Drogi były tu teraz lepsze niż w czasach Vargaby, wkrótce musieli jednak opuścić szeroki trakt i posuwać się w górę ścieżką wśród zarośli, która miała ich zaprowadzić do szałasu Britty-Stiny. Otrzymali szczegółowe informacje i gospodarze z Alvdalen zapewniali, że w żadnym razie nie mogą zabłądzić. Tylko że to daleko, powinni o tym pamiętać!

Mali miała nowiutkie buty, więc prędzej czy później musiały jej się porobić pęcherze na nogach. Nette zaś ubolewała, że nie ma prawdziwego sportowego stroju ani nawet kostiumu odpowiedniego na taką podróż. Znakomicie, że kupiła nową suknię na obiad w hotelu, któż jednak mógł przypuszczać, że magistracka urzędniczka wyprawi się w taką drogę? W czarnej, długiej spódnicy i obcisłej bluzce było jej okropnie gorąco, a fakt, że wzięła płaszcz, wcale nie poprawiał sytuacji. Uważała, że to absolutnie niezbędne, ale męczyła się strasznie. W tej drodze przez las płaszcz był dosłownie i w przenośni ciężarem.

– Jesteście pewni, że idziemy we właściwym kierunku? – zapytała Mali zdyszana, gdy słońce osiągało swój najwyższy punkt na niebie. – Myślę, że powinniśmy już być na miejscu.

– Pamiętaj, że to daleko – upomniał Andre.

Byli spoceni, przewiani wiatrem i w najwyższym stopniu utrudzeni. Kanapki, które zjedli po drodze, nie na długo starczyły i wszystkim trojgu dokuczał głód.

Mali stwierdziła ponuro:

– Moim zdaniem nasza sytuacja przypomina wędrówkę tamtych trzech mężczyzn sprzed ponad stu lat i ich przewodniczki, starej Barbro. Oni też nie wiedzieli, gdzie się znajdują.

– Nonsens – obruszył się Andre. – Przede wszystkim my nie jesteśmy w pobliżu Vargaby.

– A skąd ta pewność? Czy wiesz, gdzie się znajdowała Vargaby?

Andre spuścił z tonu.

– Nno nie, ale myślę, że gdzieś znacznie bardziej na wschód.

– O, tam widzę jakąś budowlę! – zawołała Nette. – To górski szałas!

– Och – westchnął Andre z ulgą. – Mam nadzieję, że są tam ludzie. Jeśli nie Britta-Stina, to przynajmniej ktoś, kto wie, gdzie jej szukać.

Trafili jednak dobrze. W szałasie mieszkała tylko staruszka i jedna bardzo młoda dziewczyna. Z radością przyjęły niespodziewanych gości, zwłaszcza tak, ich zdaniem, wytwornych. Dziewczyna natychmiast nakryła do poczęstunku, podała wszystko, co miały w szałasie najlepszego. Britta-Stina usiadła na stołku, z fajką w bezzębnych ustach, i nie miała absolutnie nic przeciwko temu, by odpowiadać na pytania gości. Wprawdzie nie mogła spamiętać takich rzeczy jak to, gdzie schowała woreczek z tabaką albo czy wyniosła śmieci, ale jeśli chodzi o dawne czasy, to pamięć miała jasną jak kryształ.