Выбрать главу

Ktoś zapukał do drzwi. Beth miała gardło ściśnięte ze strachu. Kuzynki spojrzały na siebie.

– Śmiało! Otwórz – powiedziała trochę zniecierpliwiona Charlotte. – Nie sądzę, żeby lord Trevithick przy całej jego nonszalancji odważył się nachodzić damę w jej sypialni.

Beth miała wrażenie, że właśnie taki postępek byłby w jego stylu, lecz darowała sobie tę uwagę. Podeszła do drzwi i uchyliła je lekko. Odetchnęła z ulgą na widok stojącej w korytarzu pokojówki, która dygnęła uprzejmie. W rękach miała tacę, a na niej dwa kubki z parującą zawartością. Zaproszona do środka weszła i umieściła je na stoliku przy oknie.

– Pozdrowienia i poczęstunek od jego lordowskiej mości, który ma nadzieje, że zechcą panie skosztować przed nocą tego napitku łagodzącego wszelkie dolegliwości zdrożonych podróżnych.

Beth podejrzliwie spoglądała na kubki pachnące przyjemnie grzanym winem i korzennymi przyprawami. Charlotte podeszła bliżej i zerknęła na nie ponad ramieniem kuzynki.

– Doskonały pomysł! Podziękuj jego lordowskiej mości w naszym imieniu, moja droga.

Służąca znowu dygnęła i wyszła. Charlotte wzięła kubek, upiła łyk i westchnęła.

– Och, jakie to pyszne! Beth, musisz spróbować.

Rzeczywiście napój był ciepły i łagodny w smaku. Usuwał zmęczenie, dodawał sił po długiej podróży. Pokojówka mówiła prawdę. Beth uznała, że była wobec Markusa nadmiernie podejrzliwa. Wypiła grzane wino do ostatniej kropli.

– O Boże! Jestem straszliwie zmęczona. Idę spać – Charlotte ziewnęła szeroko i pocałowała Beth w policzek. – Nie zapomnij starannie zaryglować drzwi. Gdyby coś się działo, pamiętaj, że jestem w sąsiednim pokoju. Jutro znajdziesz sposób, żeby porozumieć się z lordem Markusem. Dobranoc. Beth zamknęła za nią drzwi i zasunęła rygiel. Przez moment zastanawiała się, czy wezwać pokojówkę, lecz po namyśle postanowiła sama się rozebrać. Byle jak włożyła nocną koszulę, z trudem wdrapała się na wielkie łoże, zdmuchnęła świecę i natychmiast zasnęła.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Gdy Beth się obudziła, było jej ciepło i wygodnie. Promienie słońca wpadały przez okna, rzucając na ściany ruchome cienie. Wczoraj zasnęła, nim przyłożyła głowę do poduszki. Nie zaciągnęła ciężkich zasłon łóżka, ponieważ była okropnie zmęczona. Nic dziwnego, skoro przez cały dzień podróżowała bez wytchnienia. Teraz czuła się cudownie wypoczęta. Mała dość sił, żeby stanąć oko w oko z Markusem Trevithickiem. Spuściła stopy na podłogę i zadzwoniła na służbę. Potrzebowała gorącej wody.

Gdy wezwana pokojówka wyszła z sypialni, Beth usłyszała, że zegar w saloniku na dole bije dwunastą. Znieruchomiała, trzymając w ręku szczotkę do włosów, uważnie wsłuchując się w uderzenia zegara umieszczonego na wieży kościelnej. I tym razem było ich dwanaście. Rzuciła szczotkę i podbiegła do okna.

Okno wychodziło na niewielki warzywnik z równymi grządkami. Po ścieżkach chodziły kury rozgrzebujące piasek. Jasne słońce stało już wysoko na niebie, a późnojesienne promienie mocno grzały przez szyby. Beth upewniła się ostatecznie, że przespała piętnaście godzin.

Zmarszczyła brwi. Śniadanie planowała na pół do ósmej, a punkt ósma zamierzała ruszyć w drogę. Jeżeli mają dotrzeć do Bridgwater… Niemożliwe! Nawet Glastonbury było teraz poza ich zasięgiem. Powinny się cieszyć, jeśli uda im się przejechać pięćdziesiąt kilometrów. W tym czasie Markus będzie już w połowie drogi do Devon. Wyruszył pewnie z samego rana.

Zerknęła podejrzliwie na pusty kubek po grzanym winie.

Czyżby dosypał do niego środków nasennych? Powąchała resztkę napoju, ale poczuła jedynie słodką woń miodu i przypraw korzennych, która skusiła ją wczoraj wieczorem. Służąca miała rację. Grzane wino usuwało zmęczenie wywołane podróżą, a ponadto sprowadzało głęboki sen.

Rozległo się pukanie do drzwi i do sypialni weszła służąca z dużym dzbanem gorącej wody.

– Dzień dobry, milady. Mamy piękny dzień i…

– Czy moja kuzynka już się obudziła? – Zniecierpliwiona Beth przerwała jej w pół zdania. – Ależ zaspałam! Od kilku godzin powinnam być w drodze.

Postawna wiejska dziewczyna, niezbyt schludna, ale za to rezolutna, położyła dłonie na biodrach i popatrzyła na nią ze zdziwieniem.

– Dobry Boże! Łaskawa pani, w taki śliczny dzień nie ma co gnać jak do pożaru – mówiła śpiewnie. – Pani Cavendish też dopiero przed chwilą się obudziła. Założę się, że bez obiadu nie pojedzie.

Beth w zadumie bawiła się sznurem od zasłon. Charlotte zwykle wstawała późno i potrzebowała dużo czasu, żeby oprzytomnieć, więc będzie gotowa do wyjazdu najwcześniej za godzinę. Zniecierpliwiona Beth miała wielką ochotę wpaść do pokoju kuzynki, żeby ją popędzić, ale powstrzymała się od tego. Wiedziała, że nie warto zmuszać Charlotte do pośpiechu, bo i tak robi wszystko we własnym tempie.

Służąca zerknęła na nią z zaciekawieniem, a potem nalała wody do miednicy.

– Jego lordowska mość przesyła pozdrowienia. Kazał zapytać, czy zejdzie pani do salonu. Ma tam czekać. Oczywiście dopiero, jak się pani wyszykuje.

– Jego lordowska mość? Lord Trevithick jest jeszcze w zajeździe?

– Tak, milady. – Dziewczyna odstawiła dzbanek. – Podobno ma kłopot z koniem. Zresztą i tak nie warto się spieszyć, prawda, milady? Powiem, że pani niedługo zejdzie.

Markus uprzejmie poprosił o spotkanie, ale to pozór, bo w gruncie rzeczy nie miała wyboru i musiała się stawić na rozmowę. Nadal trzymał w ręku ważne atuty.

Piętnaście minut później zbiegła po schodach na parter. Miała na sobie starannie wyprasowany kostium podróżny, włosy zaplotła w warkocz. Drzwi salonu były zamknięte, a ze środka nie dobiegały żadne dźwięki, więc po chwili namysłu uznała, że nie ma ochoty walczyć z Markusem w jaskini lwa. Lepiej wyjść na świeże powietrze.

W Marlborough przy High Street tego dnia odbywał się targ, więc poczuła nagłą ochotę na pospacerowanie między straganami. Pośpiech był niewskazany. Wieki miną, nim Charlotte będzie gotowa do wyjazdu. Poza tym Beth podświadomie odwlekała spotkanie z czekającym w gospodzie Markusem.

Mnóstwo wieśniaków przywiozło na targ swoje warzywa. Skrzynki pełne rzepy, cebuli i ziemniaków stały na prowizorycznych drewnianych straganach. Między nich wcisnęli się handlarze oferujący sznurowadła, dziadki do orzechów, pastylki na kaszel, plastry na odciski oraz setki innych niezbędnych przedmiotów. Beth zastanawiała się, jak do tej pory radziła sobie bez większości z nich. Mijała stragany, zatrzymując się raz po raz, żeby podziwiać wystawione towary i zachwycać się dziatwą właścicieli. Obrotny handlarz omal nie przekonał jej do kupna rozpaczliwie miauczącego kotka. Serce się krajało na myśl, że stworzonko może źle skończyć, ale rozsądek podpowiadał, że kocie maleństwo wymaga opieki, więc byłoby wielce uciążliwym towarzyszem podróży. Gdy tłumaczyła sprzedawcy, że powinien oddać kotka w dobre ręce, stanął obok niej jakiś mężczyzna. Spojrzała na niego i zobaczyła Markusa, który najwyraźniej nie mógł się doczekać kolejnego spotkania. Przerwała tyradę, bo nagle straciła wątek.

Markus obserwował ją z wyrazem pobłażliwego rozbawienia na twarzy. Nie włożył kapelusza, a czarna, gęsta i lśniąca czupryna w promieniach jesiennego słońca wyglądała na ciemnogranatową. Znakomicie się prezentował w dopasowanych spodniach i eleganckim surducie z doskonałego niebieskiego sukna. Skórzane buty lśniły jak lustro. Można było się w nich przejrzeć. Gdy Beth patrzyła bez słowa, Markus dał właścicielowi kotka monetę i przykazał surowo: – - Zanieś to stworzenie do zajazdu „Pod Pałacem i Piłką”. W stajni harcują myszy. Ten kotek będzie miał tam pole do popisu. W ten sposób zarobi na swoje utrzymanie. Odwrócił się do Beth i podał ramię. – Dzień dobry, lady Allerton. Wypełniła już pani swoją misję? Są tu inne zwierzęta, które zamierza pani uratować od poniewierki? Widziałem prosię na straganie po lewej stronie. Niezawodnie trafi do garnka, jeśli go pani nie kupi. Beth niechętnie wzięła go pod rękę.