– Dzięki, milordzie. Na razie nie zamierzam tworzyć schroniska dla zwierząt. Świec, sznurowadeł oraz innych tego rodzaju towarów również nie potrzebuję.
– A co z plastrami na odciski? Cynowa taca także nie jest potrzebna? – wpadł jej w słowo i uśmiechnął się szeroko. – Kupiłem pudełko cygar i laskę. Sam nie wiem, kiedy sięgnąłem po portfel.
Minęli kipiący życiem rynek i szli wolno ulicą biegnącą po zboczu w stronę rzeki, która płynęła zakosami wśród pól. Beth zastanawiała się, ile czasu minie, zanim poruszą drażliwy temat. Nie mogli w nieskończoność udawać, że spotkali się przypadkiem. Markus uparcie milczał. Kiedy zerknęła na niego ukradkiem, zauważyła, że przyglądał się jej z namysłem i uwagą.
Przystanęła na moście, żeby popatrzeć na kaczki pluskające się na płyciznach.
– Jak tu pięknie! – powiedziała zachwycona. – Chętnie zostałabym… – Podniosła wzrok i napotkała jego badawcze spojrzenie. Ugryzła się w język, nie chcąc zdradzić swoich myśli.
Uśmiechnięty Markus oparł się o balustradę mostu.
– Pani wyprawa nie pozwała chyba na dłuższy pobyt w tych stronach – przypomniał. – Lady Allerton, proszę mi szczerze powiedzieć: wraca pani do Mostyn Hall? A może celem podróży jest Fairhaven? Moim zdaniem to drugie.
Beth śmiało patrzyła mu w oczy.
– Zamierzamy odwiedzić wyspę – powiedziała, nie owijając w bawełnę, i wyprostowała się dumnie. – Mam w ręku dokument potwierdzający darowiznę, więc uważam ją za swoją własność. Zapowiedziałam, że nie pozwolę jej sobie odebrać. Będę walczyć, milordzie. – Szczerze mówiąc, czułbym się zawiedziony, gdyby zdecydowała pani inaczej – odparł cicho. Od rzeki szedł zimny powiew. Wzburzona Beth drżała lekko. Kilka liści opadło na powierzchnię fal. Uniósł je bystry nurt. Beth zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie oderwać wzroku od hipnotyzujących oczu Markusa, który po chwili poruszył się lekko.
– Nie jest pani łatwo. Na drodze do celu piętrzą się przeszkody – ciągnął rzeczowo. – Czyżby sądziła pani, że będę spokojnie patrzeć, jak zmierzacie na Fairhaven, żeby zająć posiadłość? Uprzedzam, że postanowiłem również się tam wybrać.
– Przysięgłam sobie, że pana wyprzedzę – oznajmiła stanowczo. Pod wpływem jesiennego wiatru policzki jej poróżowiały. – Nie przypuszczałam, że do tego stopnia zależy panu na tej wyspie. Będzie pan o nią walczyć, milordzie?
– Muszę bronić swojej własności przed najazdem. – Markus roześmiał się głośno.
– Niech pan nie będzie taki melodramatyczny – odcięła się Beth. Stanęła plecami do niego i z ponurą miną obserwowała wodne wiry. – Prawda jest taka, że nie umie pan przegrywać, milordzie. Sama wyspa nic dla pana nie znaczy, ale wbił pan sobie do głowy, jakobym była oszustką, i stąd to uporczywe dążenie, żeby udaremnić moje zwycięstwo.
– Przyznaję, że początkowo czułem się przez panią oszukany, lady Allerton. – Markus wsunął ręce w kieszenie.
– Używa pan mocnych słów, milordzie. – Beth odwróciła się. Jej szare oczy lśniły gniewnie. – Śmiało! Proszę mnie nie oszczędzać. Doskonale wiem, co pan myśli na mój temat. Nieraz dawał mi pan to do zrozumienia.
– Miałem przeciwko pani mocne dowody. – Spojrzał jej – prosto w oczy. – Uznałbym panią za winną, gdyby przeczucie nie podpowiadało mi, że jest inaczej.
– Nie zamierzam z panem o tym dyskutować. Szkoda czasu. Przedtem nie raczył pan przedstawić dowodów świadczących rzekomo na moją niekorzyść, a teraz ja nie zamierzam słuchać, co pan ma do powiedzenia.
Markus lekko wzruszył ramionami.
– Ma pani do tego prawo. Jak rozwiążemy ten konflikt, lady Allerton? Pani chce przejąć Fairhaven, ja zamierzam panią powstrzymać. Oboje tkwimy w tym po uszy. A zatem…
Beth zacisnęła usta. Znalazła się w trudnej i zarazem dość zabawnej sytuacji. Mogłaby natychmiast wrócić do gospody i kazać stangretowi, by zaprzęgał konie, ale Markus niewątpliwie pospieszyłby za nią bezzwłocznie. Nie miał jednak takiej mocy, żeby nakazać jej powrót do Mostyn Hall. Sytuacja była patowa.
– Zaoszczędzilibyśmy sobie problemów, gdyby się pan tak nie pospieszył! – wybuchnęła. – Wczoraj z samego rana był pan w Londynie, a wieczorem spotykamy się w Marlborough. Na domiar złego jedzie pan własnym powozem i ma swoje konie… – Przerwała tyradę i spojrzała na niego tak groźnie, że nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
– Obawiam się, że źle panią poinformowano. Wczorajszego ranka nie spędziłem w Londynie.
– Ale Kit widział pana poprzedniego dnia wieczorem na balu u lady Paget! – Beth spochmurniała.
– To się zgadza. Po balu pojechaliśmy z Justynem do Bradbury Park. To mój dom niedaleko Reading. Konie odpoczęły parę godzin i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie mogliśmy pozwolić, żebyście nas za bardzo wyprzedziły.
Zła i urażona Beth zmierzyła go wrogim spojrzeniem.
i – Skąd pan wiedział, gdzie nas szukać?
– Nie mieliśmy pewności, ale po drodze rozpytywaliśmy w zajazdach pocztowych o dwie urocze damy podróżujące bez męskiej opieki, które pędzą na złamanie karku. – Wzruszył ramionami. – Mogliśmy trafić na inne panie, ale wiele wskazywało, że to jednak wy. Zgadzał się kierunek podróży, bo wiedziałem od pani, że zmierzacie do Devon. Przeczuwałem, że będzie pani pędzić co koń wyskoczy, więc i to wskazywało na was. – Uniósł dłoń, dotknął policzka Beth i dodał łagodniej: – Poza tym kto raz panią ujrzał, niełatwo zapomina, kochanie. Wystarczyło opisać urodziwą damę o kruczoczarnych włosach i srebrzystoszarych oczach, a natychmiast wiedzieli, kogo mam na myśli.
Beth, oczarowana czułymi słówkami i łagodnością głosu, wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Do tej pory nie uważała się za piękność. W głowie jej nie postało, że inni zachwycają się jej urodą. Niechętnie odwróciła wzrok, stanęła znów przy balustradzie mostu i położyła na niej ręce, wyczuwając przez rękawiczki chłód kamienia. Peszyła ją zmienność nastrojów Markusa. Zbyt łatwo przechodził od jawnej niechęci do serdeczności i sympatii. Nie wiedziała, co o nim myśleć. Trudno jednak go było nie lubić. Mimo to nie mogła mu ufać. Nazwał ją oszustką! Wściekał się bez powodu.
– Moim zdaniem pańskie komplementy są nieszczere, milordzie – oznajmiła lodowatym tonem. – Mam wrażenie, że w ogóle nie można panu ufać. A to grzane wino, które wczoraj kazał pan nam przysłać? Czyżby przypadek sprawił, że Charlotte i ja przespałyśmy kilkanaście godzin?
Markus znowu parsknął śmiechem.
– Moim zdaniem całą winę należy przypisać zmęczeniu, lady Allerton. Nic dziwnego, gnały panie jak do pożaru.
– Tak się złożyło, że zaspałyśmy po tym, jak pański koń okulał i potrzebował wypoczynku. A przecież niedawno oznajmił pan, że nie pozwoli nam wysforować się do przodu.
– Owszem – przytaknął pogodnie Markus. – W przeciwnym razie jak moglibyśmy z Justynem dotrzymywać paniom towarzystwa w tej podróży?
Beth popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Wiatr targał jedwabiste ciemne włosy, a na zmysłowych ustach pojawił się uśmiech.
– Towarzyszyć nam? – powtórzyła z ponurą miną. – Jak pan to sobie wyobraża?
– Właśnie przyszedł mi do głowy ten pomysł. – Markus jeszcze bardziej się rozpromienił. – Czy podróż nie byłaby dla was przyjemniejsza, gdybyśmy z Justynem zajęli się wszystkimi przyziemnymi kłopotami?