Beth uniosła brwi. I tak, i nie, brzmiałaby jej odpowiedź. Trudności byłoby zdecydowanie mniej, ale w towarzystwie Markusa czuła się kompletnie wytrącona z równowagi. Poza tym jako oponenci nie powinni trzymać się razem.
– To bardzo miło z pańskiej strony, milordzie, ale…
Markus dotknął jej dłoni spoczywającej na balustradzie.
– Proszę nie odmawiać. Dla mnie to wielka przyjemność.
Kurtuazyjne, uprzejme słowa nabrały głębszego znaczenia, gdy Beth napotkała zmysłowe spojrzenie czarnych oczu. Daremnie próbowała wysunąć dłoń spod palców Markusa. – To byłoby niewłaściwe, milordzie. Dlaczego miałby nam pan towarzyszyć? Nie da się ukryć, że nasza podróż jest swoistym wyścigiem. Chodzi o to, kto pierwszy dotrze na wyspę, więc nie możemy jechać razem.
– Czy naprawdę musimy rywalizować? – zapytał cicho Markus, ściskając jej rękę. – Z pewnością potrafimy znaleźć inne wyjście.
– Na przykład? – Beth wstrzymała oddech. – Mamy późną jesień, morze jest burzliwe, więc odłóżmy przeprawę na inny czas. Nadchodzi Boże Narodzenie. Justyn i ja odwieziemy panie do Mostyn Hall… Beth wyrwała dłoń z jego uścisku.
– Rozumiem, w czym rzecz! Chce pan, żebym porzuciła swoje dążenia i przerwała podróż. Już panu mówiłam, że tego nie zrobię. Doskonale pamiętam każde pańskie słowo wypowiedziane podczas naszej ostatniej rozmowy. Zapewniam, że nie jest pan osobą, którą w czasie tej wyprawy wypada mi prosić o opiekę.
Przemknęła obok niego i ruszyła pod górę. Pędziła, co sił w nogach, starając się nie poślizgnąć na nierównym bruku. Wiedziała, że Markus idzie za nią krok w krok, podtrzymując usłużnie, ilekroć potykała się na wilgotnych liściach. Tego się właśnie obawiała. Gdy dotarli do głównej ulicy, policzki miała czerwone z wysiłku. Była zgrzana, zakłopotana i zła.
Idący obok niej Markus oddychał spokojnie i wydawał się ubawiony sytuacją.
Beth przeszła przez ulicę i omal nie wpadła pod wóz jadący z turkotem między targowymi straganami. Otworzyła szeroko drzwi zajazdu „Pod Pałacem i Piłką”, zdecydowana skłonić Charlotte do natychmiastowego wyjazdu. Usłyszała jej głos dobiegający zza drzwi małego salonu. Natychmiast wpadła do środka.
Charlotte i Justyn Trevithick jedli śniadanie. Na stole były jeszcze dwa nakrycia, a także półmisek z zimnym mięsem, pieczywo, ciasto i owoce. Charlotte podniosła głowę i uśmiechnęła się do kuzynki. Wyglądała ślicznie. Policzki miała zarumienione, twarz rozpromienioną.
– Witaj, Beth! O, jest i lord Trevithick! Siadajcie z nami do stołu. – Odsunęła sąsiednie krzesło i uśmiechnęła się do Beth. – Mam wspaniałą nowinę! Pan Trevithick i lord Markus zgodzili się towarzyszyć nam do końca podróży. Co o tym sądzisz, kochanie?
– To śmieszne! – mruknęła Beth, wsparta o miękkie poduszki z zielonego aksamitu. Przez okno powozu obserwowała mijane krajobrazy. – Jak mamy się ścigać, skoro jesteśmy teraz pod opieką tych samych dżentelmenów, których miałyśmy zostawić w tyle? Zastanów się, Charlotte. Przecież to kompletny idiotyzm.
Kuzynka przyglądała się jej z niezmąconym spokojem. Sprawiała wrażenie znacznie bardziej zadowolonej z życia. Nie pociągały jej wielkie wyzwania, nie lubiła ryzyka. W obecności lorda, a zwłaszcza jego kuzyna, nabrała otuchy, bo nie musiała się troszczyć o codzienne życiowe sprawy. Beth westchnęła z rezygnacją.
– Moim zdaniem wcale nie musimy się ścigać. To był głupi pomysł – odparła pogodnie Charlotte. – Teraz wszystko ułoży się znakomicie.
Zirytowana Beth poruszyła się niespokojnie.
– Oczywiście! Rzecz w tym, że jeśli nie pozbędziemy się lorda, zamiast dotrzeć na Fairhaven, zostaniemy odstawione prosto do domu. – Wyjrzała znowu przez okno i ujrzała Markusa jadącego na karym rumaku, więc natychmiast odwróciła wzrok. Szkoda, że dla zabicia czasu nie wzięła ze sobą książki. Co prawda, pogoda była tak piękna, że wolała podziwiać widoki. Niestety, na tle pejzażu ciągle widziała postać galopującego lorda Threviticka.
Justyn powoził, bo jego kuzyn wolał jechać konno. Beth musiała przyznać, że ten ostatni na końskim grzbiecie prezentuje się wspaniale, a wierzchowca dosiada z wrodzoną pewnością i elegancją. Po chwili odwróciła wzrok i skupiła się na urokach krajobrazu Wiltshire. Drzewa zrzuciły niemal wszystkie liście, lecz widoki zachwycały ascetycznym pięknem. Dzień był pogodny, niebo jasnobłękitne, a blask słońca ożywiał sielskie pejzaże. Od kilku tygodni nie padało, więc drogi były suche i wygodne. Na łąkach pasły się krowy. Gdy mijali przydrożne osady, widzieli dzieciarnię bawiącą się przed drzwiami chat. Charlotte drzemała, siedząc naprzeciwko Beth, która uświadomiła sobie, że tylko ona jest dzisiaj w ponurym nastroju.
Minęli kolejną budkę, w której pobierano opłaty za użytkowanie drogi, a potem zboczyli do zajazdu pocztowego, aby zmienić konie. Markus podszedł do drzwi powozu.
– Lady Allerton, jest piękna pogoda. Nie zechciałaby pani przesiąść się do mojego powozu? Zostawiam tu wierzchowca. Jest własnością zajazdu „Pod Pałacem i Piłką”. Justyn chętnie zajmie pani miejsce. I cóż?
– Daj się namówić – wtrąciła Charlotte, nim Beth zdążyła się odezwać. – Lubisz przebywać na świeżym powietrzu, jesteś ciepło ubrana. Nie widzę przeszkód.
To prawda, ale Beth podejrzewała, że kuzynce chodzi raczej o miłe sam na sam z Justynem. Markus otworzył drzwi! przed Beth i wyciągnął rękę, czekając, aż wysiądzie z powozu, jakby uznał jej zgodę za pewnik. Postanowiła tym razem oszczędzić sobie kłótni.
Mieli w powozie gorącą kawę, żeby się ogrzać. Beth nie życzyła sobie rozgrzanej cegły pod stopy, bo uznała, że takie wygody są zbędne przy stosunkowo ciepłej aurze. Nim ruszyli, Markus zadbał o wszelkie wygody. Otulił ją kocem i dopilnował, żeby włożyła szal, kapelusz i rękawiczki, dobrze chroniące przed zimnem. Wkrótce Beth przekonała się, że jazda otwartym powozem ogromnie się różni od podróżowania w pudle karety. Upajała się szybkością i pędem powietrza, który powodował jednak, że trochę marzła.
Przejechali w milczeniu kilka kilometrów. Przerwał je Markus. Odwrócił się do Beth z szerokim uśmiechem.
– Mam nadzieję, że podoba się pani taki sposób podróżowania. Gdyby chłód za bardzo dokuczał, proszę mi powiedzieć. Natychmiast wróci pani do swojego powozu.
Gdy spojrzała na niego, oczy jej się śmiały z radości.
– Och, nie, nie! – Popatrzyła wokoło. – Na świeżym powietrzu inaczej chłoniemy wrażenia.
– Zgadzam się całkowicie – przytaknął z powagą Markus. – Zna pani te strony?
– Niestety, nie. Mało podróżuję. Czasami jeżdżę do Londynu i z powrotem. Wtedy chętnie podziwiam widoki. – - Beth z wielką ciekawością przyglądała się niewysokim, kształtnym pagórkom w pobliżu gościńca.
– Proszę spojrzeć na te dziwne wzgórza. To są pewnie słynne kurhany. Kiedyś o nich czytałam. Mają… tysiące lat.
Fascynujące, prawda?
Markus roześmiał się na cały głos.
– Ciekawi panią historia, lady Allerton? Dzieliła pani z mężem te zainteresowania?
Beth odwróciła głowę. Z niejasnych powodów czuła się nieswojo, kiedy rozmawiała z Markusem o Franku Allertonie i swoim małżeństwie. Zbywała go ogólnikami, a mimo to umiał ją przejrzeć i z wymijających odpowiedzi wydobyć istotę rzeczy. Zresztą nie miała nic do ukrycia. Jej związek nie był gorszy od innych. Jesień życia połączona z wiosną,… Trudno wtedy o miłość, ale wzajemny szacunek to już coś. – Frank nie miał zrozumienia dla sztuki i humanistyki – tłumaczyła. – Ja z kolei nie lubię matematyki oraz nauk przyrodniczych.