Выбрать главу

Uwolniła ramię z jego uścisku.

– Dziękuję za ostrzeżenie. Będę uważać, choć nic mi nie grozi.

– Nie byłbym taki pewny – odparł z uśmiechem i znów przyjrzał się jej z niepokojącym zainteresowaniem. – A teraz odprowadzę panią do pokoju, lady Allerton. Gospoda nie jest odpowiednim miejscem na samotne spacery. Wieczorami ściąga tu dosyć… podejrzana klientela. – Jakby na potwierdzenie jego stów z otwartych drzwi głównej sali chwiejnym krokiem wyszła roześmiana i czule objęta para. Beth odwróciła wzrok.

– Nie musi pan mnie odprowadzać – powiedziała nagle. – Sama trafię. Dobranoc, milordzie.

Markus ukłonił się w milczeniu. Minęła go i biegiem ruszyła na górę. Kiedy się obejrzała, nadal ją obserwował z kpiącym błyskiem w oku. Uniósł rękę.

– Dobranoc, lady Allerton. Pięknych snów.

– Panu również życzę dobrej nocy – odparła uprzejmie. Uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Justyn i ja będziemy spać jak zabici. Wypiliśmy całą butelkę porto.

Zniknął w korytarzu. Po chwili usłyszała, jak otwiera i zamyka za sobą drzwi.

Odetchnęła z ulgą i oparła się ciężko o balustradę, która skrzypnęła złowieszczo pod jej ciężarem. Była pewna, że Markus coś podejrzewa, ale nie zamierzała rezygnować z urzeczywistnienia swego planu. Teraz albo nigdy… Popędziła do swego pokoju. Miała nadzieję, że Charlotte już śpi, bo musiała jeszcze spakować rzeczy do kufra.

Ciemno, że oko wykol! Uczepiona barierki, skradała się w dół po schodach, uważając, żeby nie upaść. Każde skrzypnięcie brzmiało jak wystrzał armatni. Bała się, że lada chwila ktoś stanie w otwartych drzwiach i zacznie jej wymyślać za nocne hałasy, a wtedy plan spali na panewce. Z trudem wlokła ciężki kufer boleśnie obijający się o nogi. Istniało poważne niebezpieczeństwo, że próbując bezszelestnie zejść na dół, straci równowagę i z łoskotem poleci za nim w ciemną czeluść parteru.

W korytarzu słychać było jedynie chrobot myszy harcujących pod podłogą oraz regularne tykanie zegara w głównej sali.

Beth podeszła do drzwi i ostrożnie odsunęła rygiel. W stajni paliło się migotliwe światło, ale wbrew swoim zaleceniom nie zobaczyła na dziedzińcu powozu gotowego do drogi. Może Fowler uznał, że zacznie zaprzęgać dopiero wtedy, gdy ona zejdzie? Beth zadrżała. Księżyc był wysoko na rozgwieżdżonym niebie. Chłodny wiatr obracał kurka na dachu stajni. Czuło się przymrozek.

Zamknęła za sobą drzwi zajazdu i przebiegła dziedziniec. Księżyc świecił jasno, więc bez trudu znalazła drogę. Minęła cysternę na wodę i wpadła do mrocznej stajni. W głębi paliła się jedna latarnia. Konie, spłoszone jej wtargnięciem, dreptały nerwowo, obijając się o ściany boksów. Skrzypiały rzemienie. Beth przystanęła na moment, a następnie przez szerokie drzwi weszła do wozowni.

Tu również paliła się jedna latarnia, umieszczona wysoko na ścianie. Powóz stał na kamiennej podłodze dokładnie tam, gdzie znajdował się, kiedy przed pięcioma godzinami przyszła tu, żeby wydać Fowlerowi polecenia. Drzwi były otwarte, ale stangret się nie pokazał. Beth zaczynała podejrzewać, że zamiast ruszyć w dalszą drogę, będzie musiała wrócić do łóżka. Ogarnięta złością i rozczarowana, żałowała zmarnowanej szansy na ucieczkę. Mogłaby przejechać kawał drogi, nim Markus i jego kuzyn obudzą się po wczorajszej pijatyce. Zastanawiała się przez moment, czy sama dałaby radę zaprząc konie, ale uznała, że to głupi pomysł. Kto miałby powozić? Jeździła czasami dwukółką, ale nie poradziłaby sobie z ciężkim, czterokołowym powozem. Niewiele brakowało, żeby zaczęła tupać ze złości.

Już miała opuścić wozownię, gdy z powozu dobiegły jakieś hałasy. Znieruchomiała, wpatrzona w ciemne wnętrze. Nikt się tam nie poruszył, lecz odgłos rozległ się ponownie. Ktoś był w powozie.

W pierwszym odruchu chciała wziąć nogi za pas, lecz po chwili doszła do wniosku, że to zmęczony pracą Fowler zdrzemnął się lub za dużo wypił i teraz odsypia swoje wybryki. Podeszła do opuszczonych schodków i zajrzała przez otwarte drzwi.

– Fowler! Obudź się natychmiast. Ośmielasz się spać, gdy ciebie potrzebuję? Bierz się do roboty i…

Nim dokończyła zdanie, silne ramiona wciągnęły ją do wnętrza. Zabrakło jej tchu, więc nie mogła krzyczeć, chociaż powinna. W ułamku sekundy znalazła się na wyściełanej aksamitem kanapie. Leżała bezradnie, przygwożdżona do poduszek ciężarem potężnego męskiego ciała. Daremnie próbowała wyrwać się z uścisku, który stawał się coraz mocniejszy. Po chwili została całkiem unieruchomiona. Podczas zażartej walki pukle włosów wysunęły się z luźno splecionego warkocza i opadły jej na twarz, wiec nie widziała napastnika. zaczerpnęła powietrza, żeby wrzasnąć na całe gardło albo przynajmniej jęknąć boleśnie, ale nie wydała żadnego dźwięku, bo nagle uświadomiła sobie, że jej prześladowcą jest Markus Trevithick.

Słyszała jego oddech i czuła charakterystyczny zapach zmieszany z wonią tytoniu i porto. Kiedy przylgnął do niej całym ciałem, uległa dziwnej słabości, która nie przystoi damie i może być dla niej kompromitująca.

– Lordzie Trevithick!

Mocny uścisk natychmiast zelżał. Usłyszała odgłos krzesania ognia, a potem ujrzała słaby płomyk, przechodzący w nikłą poświatę. Usiadła i rozejrzała się wokół.

Wnętrze niewielkiego powozu w blasku latarni wydawało się jeszcze mniejsze i bardziej przytulne. Markus poprawił knot lampy i usiadł w rogu. Z namysłem i rozbawieniem obserwował Beth.

– Intrygujące… Skąd pani wiedziała, lady Allerton, że to ja? Nie zmierzała się przyznać, że rozpoznała go wszystkimi zmysłami, bo z pewnością wykorzystałby tę informację przeciwko niej. Zwróciła się ku drzwiom, ale zatrzymał ją, chwytając za nadgarstek.

– Chwileczkę. Jeszcze nie teraz. Chyba jest mi pani winna wyjaśnienie.

– Ja? – Popatrzyła mu prosto w oczy. – To pan musi się przede mną tłumaczyć, milordzie! Ukrywa się pan w ciemnej wozowni, napada bezbronną kobietę…

– I to wszystko w środku nocy! – dokończył rzeczowo Markus. – Proszę mówić, lady Allerton. Mogę też zrobić to za panią, zgoda? – dodał sarkastycznym tonem – Kiedy się ostatnio widzieliśmy, sprawdzała pani, czy stangret ma zapewnione wszelkie wygody. Słusznie zakładam, że tym razem miała pani podobne intencje? O drugiej w nocy wstaje pani, żeby upewnić się, czy służba ma wszystko, czego potrzebuje. Moim zdaniem to przykład wyjątkowej troskliwości!

Beth sapała gniewnie.

– Przyszłam tu z innych powodów i pan jest tego świadomy.

Markus usiadł wygodniej. Nadal mocno trzymał ją za rękę. Była niemal pewna, że nie rozluźni palców dopóty, dopóki nie usłyszy zadowalającego wyjaśnienia.

– W takim razie co pani zamierzała? Dowiem się wreszcie?

Spłonęła rumieńcem, słysząc jego karcący ton. Czuła się okropnie z potarganymi włosami opadającymi na twarz.

Markus przyglądał się jej uważnie. Zbił ją z tropu tym badawczym spojrzeniem. – Jakim prawem wypytuje mnie pan, milordzie? Nikt parni nie upoważnił do oceniania moich postępków. Zapadło krępujące milczenie. Markus wzruszył ramionami. – Owszem, lady Allerton, ale tak się składa, że znam powód, który panią skłonił, żeby tutaj przyjść. O tej porze stangret miał być gotowy do wyjazdu. Chciała nas pani wyprzedzić – ciągnął z uprzejmym uśmiechem. – Przykro mi, że nie udało się zrealizować tego planu. Uznałem, że Fowler po całym dniu ciężkiej harówki zasłużył na szklaneczkę brandy. Na jednej się nie skończyło. Niestety… – Znowu wzruszył ramionami. – Lepiej, żeby I po pijanemu nie powoził w ciemnościach. Beth była wściekła.