– Spoił mi pan stangreta, a na domiar złego rzucił się pan na mnie jak szaleniec! Jak pan śmiał dotykać damy! Słuchając tych oskarżeń, Markus zachował spokój i irytująco pogodną twarz.
– Użyłem siły dla pani dobra, lady Allerton. Jazda powozem w środku nocy to fatalny pomysł. Pewna katastrofa! Sta – ram się panią od niej uchronić. Mamy dziś przymrozek, więc drogi są śliskie. A jeśli chodzi o rzekome dotykanie… – Zmierzył ją taksującym spojrzeniem. – Myśl jest kusząca… Beth próbowała się od niego odsunąć.
– Źle mnie pan zrozumiał.
– Doskonale wiem, o co pani chodzi. – Wydawał się zawiedziony. – Dała mi pani do myślenia…
Znowu odsunęła się nieco. Na samą myśl, że Markus wypełni zawoalowaną obietnicę, ogarnęło ją przyjemne podniecenie, ale starała się je zdusić w zarodku.
– Mówi pan głupstwa, milordzie. To przecież wozownia, środek nocy. Siedzimy w powozie…
– Racja – odparł z westchnieniem. – Musimy być rozsądni. Trzeba wrócić do gospody.
Puścił dłoń Beth, którą ogarnęło rozczarowanie, a jednocześnie złość na samą siebie. Wziął latarnię, wyskoczył z powozu i szarmancko wyciągnął rękę, żeby jej pomóc przy wysiadaniu.
– Proszę uważać. Ciemno tu, a schodki są wąskie. Beth nie miała pojęcia, czy sama się potknęła, czy Markus zbyt mocno pociągnął ją za rękę, dość, że ledwie wypowiedział te słowa, zachwiała się i padła mu w ramiona. Znakomicie sobie poradził, chwytając ją w objęcia. Przez kilka chwil znowu czuła siłę muskularnych ramion. Potem rozluźnił uścisk, pozwalając jej zsunąć się po swoim ciele i dotknąć stopami kamiennej podłogi. Stali nadal bardzo blisko siebie. Beth cofnęła się o krok, ale przybliżył się znowu. Za plecami miała bok powozu. Markus oparł na nim obie dłonie. Była unieruchomiona.
– Milordzie! – pisnęła nerwowo.
– Tak, pani? – odparł głosem zniżonym do szeptu i pocałował ją za uchem, gdzie skóra była ciepła i wrażliwa.
– Obiecał pan zostawić mnie w spokoju. – Daremnie próbowała skarcić go surowo. Łamiący się głos zdradzał oszołomienie. – Miał pan mnie nie dotykać.
Markus cofnął się, rozłożył ramiona i uniósł je do góry, jakby ogłaszał kapitulację.
– Ręce trzymam przy sobie. Zafrasowana lekko, zmarszczyła brwi.
– A zatem…
Markus pochylił głowę i dotknął ustami jej warg.
Równie dobrze mógłby dolać oliwy do ognia. Beth odruchowo rozchyliła wargi i oddała pocałunek. Łagodne, zachęcające dotknięcie ustąpiło miejsca namiętnej pieszczocie. Beth zarzuciła mu ramiona na szyję, więc bez wahania wziął ją w objęcia. Westchnęła, oszołomiona rozkoszą, a wtedy natychmiast skorzystał z okazji. Jego pocałunki stały się bardziej zaborcze i zmysłowe. Beth zapomniała o wstydzie, poddała się nowym odczuciom.
Ale nie była to ostateczna kapitulacja. Beth nadal opierała się urokowi Markusa. Instynktownie odrzuciła zachętę do całkowitego zatracenia się w otchłani pragnień i pożądań, która się przed nią otworzyła. Mimo wszystko niewiele brakowało, żeby zapomniała, gdzie się znajduje.
W środku nocy przyszła do stajni, lecz nie po to, żeby od – dać się Markusowi na wiązce siana, choć bez wątpienia za jej przyzwoleniem doprowadziłby sprawę do takiego końca. Wysunęła się z jego objęć. Niechętnie opuścił ramiona.
– O co chodzi, kochanie?
– Nie wypada, milordzie. – Zmarszczyła brwi i spiorunowała go wzrokiem. – Uchodzimy za oponentów… jesteśmy stronami w sporze o Fairhaven, więc nie jest rzeczą właściwą, żeby… – Zamilkła, daremnie szukając odpowiednich słów.
W przyćmionym świetle latarni spojrzała na jego usta. ich kąciki uniosły się lekko do góry. Tajemniczy uśmiech sprawił, że zapomniała, co chce powiedzieć.
– Chodzi o pocałunek?
– Tak! Nie wolno nam pozwalać sobie na taką poufałość. Ja nie powinnam się tak… zapominać.
– To znaczy?
– Muszę być nieustannie świadoma tego, co pan o mnie wygadywał, i pamiętać, że z tego powodu jestem na pana bardzo zagniewana. A poza tym dzieli nas spór o Fairhavena.
– Ach, tak – odparł pogrążony w zadumie Markus. – Sądzę, że powinniśmy machnąć na to ręką.
– Nie podzielam pańskiego zdania. Teraz nie mogę sobie przypomnieć… – Beth daremnie próbowała zebrać oporne myśli. – Gdy sobie to wszystko poukładam w głowie…
– Beth? Na miłość boską! Co się dzieje? – usłyszeli płaczliwy głos Charlotte, która stała w drzwiach wozowni. – Obudziłam się, a ciebie nie było w pokoju, więc… – Na widok Markusa umilkła. Po chwili dodała niepewnie: – Och! Lord Trevithick! Co pan tutaj robi?
– Lady Allerton wszystko pani wyjaśni – odparł skwapliwie i wyprowadził damy na dziedziniec. Gdy podeszli do tylnych drzwi zajazdu, uprzejmie otworzył je przed nimi. – Moim zdaniem powinniśmy teraz wrócić do pokoi i natychmiast zasnąć. Nie ma mowy o wczesnym śniadaniu. Zresztą pośpiech wcale nie jest konieczny. Będziemy podróżować wolno i spokojnie. Dobranoc… raz jeszcze, lady Allerton.
Gdy panie zamknęły za sobą drzwi pokoju, Charlotte zapytała natarczywym szeptem:
– Co się stało? Strasznie zmarzłaś, drżysz jak osika. Dlaczego byłaś w wozowni… i to z lordem Trevithickiem? Nie do wiary!
Beth krótko i rzeczowo opowiedziała o niedawnych wydarzeniach. Milkła jedynie wówczas, gdy Charlotte wydawała okrzyki niedowierzania.
– Fowler dzięki hojności lorda był kompletnie pijany – oznajmiła z goryczą Beth, zbliżając się do końca opowieści. – Domyślasz się, kto czekał na mnie w powozie.
Zdumiona Charlotte wstrzymała oddech i zasłoniła usta ręką.
– Och, kochanie! Co zaszło między wami?
– Nic – skłamała Beth. – Niech to diabli! Miałam taki dobry plan.
– Jestem innego zdania – odparła stanowczo Charlotte – i cieszę się, że spalił na panewce. Do czego to podobne? Jak można wyjeżdżać w środku nocy? Ciekawe, co jeszcze wymyślisz? – Twarz Charlotte złagodniała. – Nie pora na rozmowy, obie jesteśmy zmęczone i zdenerwowane. Jutro wrócimy do tej sprawy.
Dziesięć minut później smacznie spała, natomiast Beth długo leżała, nie mogąc zasnąć. Była wściekła, bo nie udało jej się wyjechać zgodnie z planem, a nie miała pojęcia, kiedy znów nadarzy się sposobność, żeby umknąć. Przede wszystkim jednak myślała o Markusie, który zrobił na niej piorunujące wrażenie. Była pod jego urokiem, więc tym bardziej powinna jak najszybciej znaleźć sposób, by się od niego uwolnić. Nie miała do niego zaufania; nie ufała też samej sobie. Gdy leżała z szeroko otwartymi oczami, niemal czuła ciepło jego rąk. Wzbudzał w niej pragnienia, których już nie potrafiła stłumić. Jęknęła cicho, położyła się na boku i zwinęła w kłębek. Nie przywykła leżeć bezsennie w środku nocy i cierpieć z powodu niezaspokojonej żądzy. Te doznania były dla niej nowością, lecz wcale nie czuła się przez to bogatsza i chętnie by się bez nich obyła.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Po południu zmieniła się pogoda. Nim czwórka podróżnych opuściła Shepton Mallet, niebo było zachmurzone, a gdy mijali Glastonbury, padał już deszcz i wiał silny zachodni wiatr.
– Nie zazdroszczę panom – mruknęła Charlotte, spoglądając przez okno karety na zacinający deszcz. – W otwartym powozie zmokną i okropnie zmarzną. Jeśli utrzyma się taka pogoda, drogi rozmokną i trzeba się będzie zatrzymać w najbliższej gospodzie.
Beth milczała. Spała zbyt krótko i w głębi ducha podejrzewała, że Markus obudził całe towarzystwo dość wcześnie, żeby jej dokuczyć. Przez niego była teraz zmęczona i senna. Sam powiedział wczoraj wieczorem, że nie ma pośpiechu, lecz wbrew temu pół do ósmej zapukał do ich drzwi.