Выбрать главу

Gdy Beth zeszła na dół, całe towarzystwo zebrało się już w salonie. Ucieszyła się, że zadała sobie tyle trudu, aby mimo zmęczenia podróżą ładnie wyglądać tego wieczoru. Panowie w czerni i bieli prezentowali się znakomicie, a Charlotte jak zwykle sprawiała wrażenie osoby, która przed chwilą wyszła z najlepszego salonu mód na Bond Street. U jej boku puszył się Justyn Trevithick, zdecydowany bronić swej wybranki przed wyimaginowanymi adoratorami. Beth pomyślała, że ta feralna podróż ma swoje dobre strony: jedna zakochana para z pewnością stanie na ślubnym kobiercu. Beth była gotowa o to się założyć.

Markus podszedł bliżej i ujął jej dłoń, patrząc z nieukrywanym podziwem, więc tym bardziej cieszyła się, że zadbała o wygląd.

– Lady Allerton, jak zawsze piękna. Czy mogę zaproponować kieliszek znakomitej ratafii? Theo wie, co dobre.

Wkrótce stało się dla wszystkich oczywiste, że wielebny Theo ma nie tylko świetnie zaopatrzoną piwniczkę, lecz także doskonale karmi. Potrawy były znakomite, wina przednie, a uroczy duchowny bawił gości anegdotami z życia parafii i opowiastkami o młodzieńczych wybrykach Markusa. Nim panowie wyszli, żeby wypić porto, wszyscy czuli się jak przyjaciele. Nawet Beth zapomniała o zażartym sporze dotyczącym prawa własności Fairhaven. Pomyślała o tym przelotnie, gdy szykowała się do snu, lecz zdecydowanie odsunęła od siebie ten problem. Uznała, że dopiero jutro stawi mu czoło i dzięki temu spała spokojnie, głęboko, bez męczących snów.

– Fatalnie się czuję! Co za ból! – jęczała Charlotte następnego ranka, siedząc na łóżku. Skrzywiona z bólu śliczna twarzyczka w obramowaniu koronkowego czepka wyrażała obawę i rozpacz. – Sama jestem sobie winna. Nie powinnam jeść deseru. Nasączone sherry ciasto biszkoptowe z owocami i bitą śmietaną to dla mnie zabójcza mieszanka. Przecież wiem, że po takich słodkościach mam zawsze migrenę. No i proszę! Głowa mi pęka. – Skrzywiła się, gdy Beth uchylili nieco zasłony i promień światła padł na łóżko. – Błagam, nie!

Beth natychmiast zaciągnęła zasłony, podeszła do łóżka i usiadła na brzegu posłania. Poranek był śliczny, więc miała ochotę wyjść na świeże powietrze. Chętnie otworzyłaby okna w sypialni chorej, ale wiedziała, że Charlotte nie toleruje światła, kiedy boli ją głowa. Miała też poczucie winy, bo zdawała sobie sprawę, że nie tylko biszkopt z owocami był przyczyną migreny. Wywołały ją również trudy podróży oraz konieczność zawierania nowych znajomości, co wrażliwą kuzynkę całkiem wytrącało z równowagi. Gdyby nie fanaberie i kaprysy Beth, teraz spędzałaby miło czas w swoim londyńskim domu.

– Co ci przynieść, kochanie? Może wodę różaną albo jakiś napój? – spytała troskliwie. Charlotte krzywiąc się z bólu, pokręciła głową. – Naprawdę? W takim razie dam ci spokój.

Beth wyszła z sypialni i cicho zamknęła za sobą drzwi. Po ostrym ataku migreny Charlotte co najmniej jeden dzień dochodziła do siebie, a więc nie było mowy o rychłym wyjeździe. Beth zdawała sobie sprawę, że musi zdobyć się na cierpliwość. Nie miała jej zbyt wiele, lecz znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Nie mogła zostawić kuzynki w potrzebie. Miała tylko nadzieję, że wielebny Theo zechce ich nadal gościć.

W domu panowała cisza. Beth zeszła do jadalni na śniadanie. Zastała tam jedynie Markusa, który siedział przy kominku i czytał gazetę. Na widok Beth natychmiast przerwał lekturę. Wstał z fotela i pomógł młodej damie usiąść przy stole. Przez cały czas czuła na sobie jego przenikliwy wzrok.

– Witam, lady Allerton. Mam nadzieję, że dobrze pani spała.

– Znakomicie. – odparła zgodnie z prawdą. – Niestety, moja kuzynka czuje się fatalnie i dlatego dzisiaj nie opuści pokoju.

– Ogromnie mi przykro – odparł z powagą Markus. – Rozumiem, że nie będzie pani nalegała, abyśmy jak najszybciej ruszyli w dalszą drogę. Co za ulga! Tak się składa, że Justyn pojechał odwiedzić matkę mieszkającą w Nether Stowey, a wielebny Theo został wezwany do chorego parafianina, który podobno dwa razy w miesiącu żegna się z życiem. Moim zdaniem dla obu panów te odwiedziny stały się niezbędnym rytuałem. Theo zabiera parę butelek czerwonego wina, które sączą we dwóch, czekając, aż krowy wrócą z pastwiska. Należy przypuszczać, że nasz gospodarz pojawi się dopiero na kolacji.

– A więc jesteśmy zdani tylko na siebie – podsumowała, spoglądając na niego dość niepewnie.

– We wszystkim – przytaknął z kpiącym uśmiechem. – Nie będę narzucać pani swego towarzystwa, jeśli nie będzie miała pani na nie ochoty, ale byłbym zachwycony, gdybyśmy mogli spędzić razem cały dzień. Co pani na to?

Zawahała się, ukrywając uśmiech, ponieważ jego propozycja wydała jej się nadzwyczaj interesująca. Sięgnęła po grzankę i wolno smarowała ją masłem.

– Kto wie? Może dam się przekonać…

– Znakomicie! – Markus uśmiechnął się szeroko i podał jej filiżankę herbaty. – Theo, jak przystało na urodzonego ziemianina, posiada nie tylko zacną piwniczkę, lecz także kilka dobrych koni. Ma pani chęć na konną przejażdżkę?

Beth oczy się zaświeciły. Przy tak pięknej pogodzie grzechem byłoby siedzieć w domu. Uznała, że przejażdżka po okolicy to doskonały pomysł.

– Zgoda. Jestem pewna, że czeka nas bardzo przyjemny dzień, milordzie, jeśli powstrzymamy się od kłótni o Fairhaven.

Uradowany Markus zerwał się na równe nogi.

– W takim razie od tego momentu nie rozmawiamy o wyspie. – Podszedł do drzwi. – Przepraszam. Dopilnuję, żeby osiodłano konie.

Beth pospiesznie dokończyła śniadanie i pobiegła do swego pokoju, żeby włożyć amazonkę. Poczuła miły dreszcz, przenikający ją łagodnie niczym promień słońca. Nie mogła doczekać się przejażdżki.

Dzień z Markusem bez kłótni o Fairhaven wydawał się nierealną sielanką. To jedynie chwilowy rozejm, nie zaś ostateczne rozstrzygnięcie sporu, ale dobre i to, pomyślała.

Przez jakiś czas jechali konno wiekową zieloną aleją biegnącą z Ashlyn w stronę wybrzeża. Rzadko się odzywali. Słowa nie były potrzebne. Słońce przygrzewało, ptaki śpiewały. Krajobraz przybrał jesienne barwy. Wszechobecny jesienny dym wypełnił powietrze. Beth odczuwała osobliwe zadowolenie oraz spokój, jakiego dotąd nie zaznała. Cieszyła się towarzystwem Markusa, serdecznością jego uśmiechu, brzmieniem głosu oraz lekkim dotknięciem ręki, którym bez słów zwracał jej uwagę na piękny widok albo ciekawostkę. Zamiast ustawicznego niepokoju, który pojawiał się w obecności Markusa, ogarnęło ją poczucie harmonijnego współistnienia, ale zdawała sobie sprawę, że to ukojenie jest pozorne. Oboje byli świadomi silnego magnetyzmu, który nieustannie ich do siebie przyciągał.

Wkrótce zaczęli się częściej odzywać i chętniej rozmawiali. Markus opowiedział, jaka była jego reakcja na konieczność porzucenia kariery dyplomatycznej i przejęcia rodowej schedy. Beth odwzajemniła się, mówiąc o Mostynach, i a także o swojej przyjaźni z Charlotte i Kitem. Czas mijał szybko i wkrótce nadeszła pora drugiego śniadania. Markus zaproponował powrót do Ashlyn. Beth ze zgrozą stwierdziła, że mimo wczesnej pory jest okropnie głodna. Zapewne ruch na świeżym powietrzu zwiększył jej apetyt. Trochę żałowała, że wyprawa we dwoje dobiega końca, ale przed nimi jeszcze popołudnie i być może kolejna przejażdżka. Zastanawiała się, czy nie namówić Markusa na grę w bilard. Dawniej często ćwiczyła pod nieobecność Franka i była niemal pewna zwycięstwa. Westchnęła ponuro. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że takie rozrywki nie przystoją damie.. Pani Morland przygotowała dla nich prosty posiłek złożony z pieczywa, serów i młodego jabłecznika. Charlotte nadal walczyła z migreną, więc jedli tylko we dwoje. Markus był zamyślony i milczący. Kiedy Beth spoglądała na niego, wydawał się niedostępny i zamknięty w sobie. Poważnie zaniepokojona, zadawała sobie pytanie, czy uroczy poranek nie stanowił przypadkiem oryginalnego wstępu do nieprzyjemnej rozmowy, która miała po nim nastąpić. A jeśli Markus oznajmi, że postanowił oddać sprawę do sądu i jest zdecydowany udowodnić przed trybunałem, że ona nie ma żadnych praw do Fairhaven?