– Lady Allerton? – Pytający ton wyrwał ją z zadumy. Natychmiast wróciła do rzeczywistości. – Chciałbym z panią omówić jedną sprawę. Ustaliliśmy wprawdzie, że nie będziemy wspominać o Fairhaven, ale…
Beth aż podskoczyła na krześle, bo jej przeczucia tak szybko okazały się prawdą.
– Powiem krótko: chciałem poinformować panią, że nie zamierzam więcej utrudniać pani wejścia w posiadanie tej wyspy – ciągnął Markus. – Wygrała ją pani uczciwie, choć sytuacja była… niecodzienna. – W jego głosie brzmiał ton rozbawienia. – Wiem, że ta posiadłość wiele dla pani znaczy.
Beth zacisnęła powieki, po czym je uniosła. Markus obrzucił ją zagadkowym, trochę kpiącym spojrzeniem.
– Lady Allerton? Nic pani nie jest?
– Mnie… Ależ skąd! Doskonale… się czuje – wykrztusiła z trudem.
To była ostatnia rzecz, której by się po nim spodziewała, i dlatego zabrakło jej słów.
– Tak postanowiłem – mówił dalej poważnie i stanowczo. – Oczywiście nadal chciałbym dotrzymywać pani towarzystwa w czasie tej podróży. Moja obecność bardzo się przyda, kiedy będzie pani wprowadzać na wyspie swoje porządki. Mam nadzieję, że to pani odpowiada.
– Tak, tak, naturalnie. – Beth wiedziała, że sprawia wrażenie mocno roztargnionej i całkiem zbitej z tropu. Wietrzyła podstęp, bo nie była w stanie uwierzyć, że Markus poddaje się bez walki.
– Doskonale! – Uśmiechnął się do niej i wstał od stołu. Przepraszam, że na chwilę zostawiam panią samą, ale wydaje mi się, że pani Morland dostała wiadomość od wielebnego Theo.
Gdy zamknął za sobą drzwi, patrzyła przed siebie niewiążącym wzrokiem. W uniesionej dłoni trzymała zapomniany kawałek sera. Postanowienie Markusa tak ją zaskoczyło, że nie była w stanie zebrać myśli i wypytać go o wszystkie szczegóły, aby natychmiast rozwiać wszelkie nękające ją wątpliwości. Nie miała pojęcia, czy mówił szczerze, czy to kolejny podstęp, który miał uśpić jej czujność. Do niedawna była pewna, że spróbuje namówić ją, aby zrezygnowała z wyprawy i wróciła do domu, więc teraz miała w głowie kompletny zamęt.
Zatopiona w myślach, żuła machinalnie kawałek sera. Czy mogła zaufać Markusowi? Z doświadczenia wiedziała, że raczej nie. Do tej pory nie był wobec niej uczciwy: kłamał, cofał dane słowo, oszukiwał. Chciała mu jednak wierzyć. Instynkt podpowiadał, że powinna odrzucić wątpliwości i zdobyć się na całkowite zaufanie. To był dla niej niebezpieczny wybór. Zbyt wiele ryzykowała, a teraz nie mogła sobie na to pozwolić. Musiałaby dać wyraz tłumionym dotąd uczuciom, które do niego żywiła, a wówczas stałaby się bezbronna. Miała wrażenie, że stoi nad przepaścią, a wewnętrzny głos zachęca, żeby śmiało w nią skoczyła. Wrodzona ostrożność nakazywała jednak cofnąć się i przemyśleć sprawę.
Beth westchnęła ciężko. Co za pech, że Charlotte źle się czuje. W przeciwnym razie można by poprosić ją o radę. Po namyśle uznała, że nie warto zwracać się z tym do kuzynki, bo odpowiedź była łatwa do przewidzenia. Charlotte od początku uważała ją za nawiedzoną i kręciła głową na szaloną wyprawę. Dlatego niewątpliwie przyklaśnie Markusowi. Zrobi to z ulgą, więc nie należy przejmować się jej sugestiami, ponieważ była stronnicza. Beth spochmurniała. Poza Charlotte nie miała nikogo, kto mógłby jej doradzić, więc sama musiała podjąć decyzję.
Zafrasowana i pogrążona w smutnych myślach, poszła na górę, żeby sprawdzić, jak się czuje chora. Spała mocno, więc Beth cicho wymknęła się z pokoju. Gdy zeszła do holu, natknęła się na panią Morland.
– Dobrze, że panią widzę, lady Allerton – powiedziała zaaferowana gospodyni. – Mam wiadomość od wielebnego Marcha. Kazał przekazać, że spędzi w Hoveton całe popołudnie. Bardzo prosi, żeby pani nie miała mu tego za złe. – Uśmiechnęła się i dodała: – Zależało mu również, aby lord Trevithick odszukał w piwnicy kilka butelek znakomitego czerwonego bordeaux. Mają je państwo wypić do obiadu. Życzył sobie, żeby jego lordowska mość przyniósł też słodkie wino do deseru oraz trochę porto. Mówię o tym, bo chcę, aby pani wiedziała, dlaczego lord Markus zniknął na tak długo. Buszuje teraz w piwnicy.
– Dziękuję pani – mruknęła Beth. Odprowadziła spojrzeniem gospodynię, która pobiegła do kuchni, a potem ruszyła wolno ku drzwiom salonu, nieustannie rozmyślając o Fairhaven. Położyła dłoń na klamce i nagle doznała olśnienia. Pomysł był nader śmiały, wręcz szokujący. Nie wiedziała, czy starczy jej odwagi, żeby.
Musiała wybierać: Fairhaven albo Markus. Zaufać mu czy zachować ostrożność… Trudna decyzja.
Na palcach zbiegła po schodach wiodących do piwnicy. Ciężkie dębowe drzwi otwarte były na oścież, a za nimi kamienne stopnie majaczyły niewyraźnie i ginęły w mroku.
i W głębi pomieszczenia o łukowatym stropie migotał płomień świecy. Beth słyszała brzęk szkła. To Markus przekładał butelki, żeby co do joty wypełnić instrukcje wielebnego Theo.
Podczas wczorajszej kolacji duchowny zwierzył się gościom, że ma tylko jeden klucz do piwnicy z obawy, że duplikaty mogą dziwnym trafem dostać się w ręce przyjaciół. Nie wątpił, że ci jako wytrawni koneserzy bez skrupułów podbieraliby mu najlepsze wina. Popatrzyła na drzwi. Klucz tkwił w zamku.
Długo mu się przyglądała, a następnie podkradła się do drzwi i pchnęła je lekko. Chodziły gładko na dobrze naoliwionych zawiasach i zamknęły się bezszelestnie. Obróciła klucz w zamku, wyjęła go i schowała do kieszeni.
Ogarnięta szaloną radością, omal nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Wbiegła po schodach i popędziła do swojego pokoju. Na szczęście nie rozpakowała się, więc szybko zebrała najpotrzebniejsze przedmioty i wrzuciła je bezładnie do sakwojażu. Zamknęła go na kluczyk. Napisała jeszcze krótki Ust do Charlotte, nasłuchując pilnie, czy z piwnicy nie dobiegają desperackie wrzaski oznaczające, że jej podstęp został odkryty. Żadnych odgłosów. Zupełna cisza. Zeszła po schodach, niezdarnie dźwigając ciężki sakwojaż. Najszybciej, jak się dało, pobiegła do frontowych drzwi i wypadła na ganek. Cieszyła się jak dziecko, że przechytrzyła Markusa i mimo przeszkód zdołała mu uciec. Teraz ona była górą.
Wioska Ashlyn leżała niedaleko plebanii. Beth szła forsownym marszem, raz po raz oglądając się przez ramię z obawy, że ktoś ją śledzi i zaraz spróbuje zawrócić. Początkowo zamierzała odnaleźć Fowlera i kazać mu zaprzęgać, ale doszła do wniosku, że byłoby przy tym zbyt wiele zachodu. Przygotowanie powozu do drogi jest czasochłonne, a stangret i konie robią dużo hałasu. Od morza dzieliło ją przecież tylko kilka kilometrów. Zakładała, że w Ashlyn wynajmie dwukółkę z woźnicą, który dowiezie ją do portu Bridgwater.
Nie pomyliła się w swoich rachubach. Przed kuźnią stał częściowo załadowany chłopski wóz. Łaciaty wałach leniwie skubał trawę, a jego pan gawędził z kowalem. Obaj z ciekawością przyglądali się maszerującej w ich kierunku Beth.
– Przepraszam bardzo! Dobry człowieku, moglibyście zawieźć mnie do Bridgwater? Dobrze zapłacę…
Furman miał już swoje lata i nie lubił się spieszyć. Popatrzył na kowala. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Zdjął kapelusz, podrapał się w głowę i ponownie go włożył.
Beth omal nie tupała ze złości.
– Dobra – mruknął po długim namyśle. – Niech będzie. Mogę zawieźć jaśnie panią.